środa, 23 lutego 2011

Szachy

                                   Zatoka Biskajska. Wchodzili od południa i wyglądało na to, że tym razem nie będzie wielkiego rzygania. Figury na szachownicy stały spokojnie, nawet przy tych większych przechyłach, kiedy wszystko już zaczynało pojękiwać. Góra sześć, może ciut więcej, w skali Beauforta. Jak będzie tak dalej, to za pięć dni powinni stać na redzie w Gdyni. Misiu wstał z fotela i podszedł do okna. Nic ciekawego. Jak to Biskaje po zachodzie słońca. Sina kipiel zmieszana z sinym nieboskłonem, z zupełnie zatartą linią horyzontu. Wrócił na fotel, żeby dalej samotnie kontemplować szachownicę.

                                            Wszystkie figury patrzyły na niego w niemej gotowości do walki, ale też z niemym pytaniem: „I co tam, Misiu? Będziesz miał w końcu z kim zagrać?” W mesie było jeszcze tylko dwóch. Siedzieli na kanapie przed telewizorem. Radio nadawał film z magnetowidu. „Seksmisja” - już chyba po raz trzydziesty w tym rejsie. Jasiu Praktykant gapił się z wielkim przejęciem, jakby pierwszy raz oglądał. A Chief Połomski chyba spał, bo peruka na jego głowie wyraźnie za mocno na prawe ucho naszła, co raczej człowiekowi na jawie nie przystało.

                                                         „Kurwa!” - dało się też słyszeć z wnętrza pentry. A zaraz potem mocne trzaśnięcie drzwiami od lodówki i w mesie pojawiła się potężna postać Drugiego Mechanika.
          - Czy tego już nikt nie potrafi dopilnować?! - wrzasnął. - Sto osiem dni i dzień w dzień to samo?!
          Nikt nie zareagował. Nawet Jasiu Praktykant. Takie retoryczne pytania zadawane przez zgłodniałych wachtowych już wszystkim zobojętniały.
          - Gdzie jest ten jebany steward? Ja go w końcu nauczę, że o tej porze w lodówce leżą tylko nocne porcje dla wachtowych. I co ja mam teraz...? Topiony serek wpierdalać?
          Jasiu Praktykant nadal był pochłonięty przez telewizor, choć widać było, że od czasu do czasu coś tam przeżuwa. Chief Połomski spał, a Misiu wpatrywał się w precyzyjną intarsję szachownicy, wciąż w nadziei, że komuś się grać zachce.

                                            Do wachty miał trzy godziny i bardzo chciał się jeszcze zrelaksować. Ciekawe, czy się doczeka na chętnego.
          - Mały rewanż? - Z zamyślenia wytrącił go głos Doktorka. Nareszcie! Doktorek przytrzymując fajkę w zębach ukrył w dłoniach dwa piony. Misiu wylosował białego i musieli obrócić szachownicę.
          - No... Wychodź waść. - Doktorek trochę szelmowsko zmrużył oczy, jakby dając do zrozumienia, że nie da przeciwnikowi dzisiaj pograć.
Ale Misiu też nie był w ciemię bity. „Ja go tu zaraz czymś zaskoczę. Coś nietypowego mu walnę, czego się nie spodziewa... Może by tak...” - Misiu trochę zaczął grzebać w pamięci. - „O właśnie... Debiut Ponzianiego... On nie lubi takich otwartych, skubaniec”. I śmiało wysunął piona na e4. Doktorek odparował prawidłowo, czarnym na e5. Teraz czas na białego skoczka, na f3, lecz nagle stało się coś dziwnego. Najpierw od strony korytarza dobiegł nietypowy hałas. Coś, jakby ktoś biegł obijając się na przemian o oba szoty. Następnie do oficerskiej mesy wpadł Felek Marynarz. Kiwał się mocno i wcale nie dlatego, że statkiem kiwało. Był pijany, ale też coś jeszcze. W jego oczach widać było wielkie przerażenie, a wszystkie atletycznej budowy mięśnie drżały, jakby ktoś je do prądu podłączył.
          - Doktorek! - wrzasnął. - Czy jest tu Doktorek?!
          Doktorek pomału wyjął z ust swoja brujerkę i jeszcze wolniej zaczął się odwracać.
          - O... Jesteś! Ratuj, bo ze mną coś się niedobrego... - W jego krzyku
można było usłyszeć cierpienie wszystkich chyba wariatów z Kocborowa. Jednocześnie to wystarczyło, żeby obudzić Chief'a Połomskiego, który zerwał się, nazbyt gwałtownie, bo jego peruka pozostała na oparciu kanapy.

                                                     Chief Połomski wybiegł z mesy z peruką w dłoni, a o jego wściekłości świadczyła czerwień łysiny, zbliżona do czerwieni w znaku armatora na kominie. Jasiu Praktykant oglądał „Seksmisję”. Doktorek wstał z fotela i powoli zaczął zmierzać w kierunku Felka Marynarza. Misiu posmutniał, bo już wiedział, że nie będzie mu dane postawić konia na f3.
          - Co się dzieje? - Doktorek syknął, bo fajkę miał znowu między zębami.
          - Ja... Ja... Mam... Chyba... - Cała szczęka Felka Marynarza tak mocno kłapała, że nie mógł wydusić z siebie słowa.
          - Follow me. - Doktorek krokiem flegmatyka ruszył ku wyjściu. Felek Marynarz poszedł za nim, jak przemarznięty kundel.

                                             Misiu został sam w mesie. Jasiu Praktykant się nie liczył. Był tak, jakby go nie było. „Pozostała jakaś lektura w koi i może mała drzemka...” Już prawie zaczął się podnosić z fotela, kiedy znowu wróciła nadzieja. W drzwiach pokazał się Edzio Elektryk i od razu zauważył, że Misiu sam z sobą próbuje grać w szachy.
          - Partyjkę? - Edzio Elektryk też miał łeb nie od parady.
          - Jasne... - Piony wróciły na pozycje wyjściową. - Już myślałem, że dzisiaj nie pogram. Zacząłem z Doktorkiem, ale coś mu wypadło.
          Przez chwilę obaj milczeli. Gotowali się do burzy mózgów.
          - Dopiero wylazłeś? Miałeś jakąś awarię? - Misiu zapytał, bo zauważył roboczy uniform Edzia Elektryka.
          - Co? A... Nie... Tak sobie dłubałem. Swoje sprawy.
          - No...? Coś ciekawego budujesz? - Chwila ciszy, bo Edziu Elektryk
przyjął otwarty debiut Misia. Zaczął kombinować.
          - He, he... Badania naukowe przeprowadzam.
          - O...! To ciekawe. Rozumiem, że w swojej branży?
          - A nie. Wiesz... Te cholerne karaluchy mnie ciekawią. A konkretnie ich wędrówki. Dzisiaj wpadłem na genialny pomysł, jak to zaobserwować.
          Znowu chwila ciszy, bo tym razem Misiu skoncentrował się na czarnym gońcu przeciwnika.
          - No i co? - Udał trochę większe zainteresowanie. Szachów i tak nic nie przebije. Zresztą po ponad stu dniach rejsu słowa Edzia Elektryka były zupełnie normalne. Każdy próbował sobie czymś zabić nudę i tęsknotę. A takich badaczy karaluchów na każdym statku się spotyka. Misiu też się tym kiedyś zajmował. Zbierał karaluchy do słoika i wlewał lub wsypywał przeróżne świństwa, żeby zbadać, jak na co zareagują. - Przywiązałeś nitkę do karalucha?
          - Nie, no. Co ty. To wszystko już było. Mam coś lepszego.
          - Kur...na. Zżera mnie ciekawość.
          - Pomalowałem kilka, wiesz. Pomalowałem kilka białą farbą. I teraz będę obserwował, gdzie się pojawią.
          - Aha...! - Misiu poczuł się z lekka rozbawiony. - To musiała być ciężka i precyzyjna robótka. Nie dziwię się, że w drelich wskoczyłeś.
        
                                                            Znowu obaj zatopili się w grze, już na dłużej. Temat „karaluchy” w zasadzie został wyczerpany. Misiu był bardzo zadowolony z układu figur na szachownicy i pomału zaczął się przymierzać do krótkiej roszady. Czekał jeszcze na ruch Edzia Elektryka. I wtedy w mesie pojawił się Doktorek. Wchodząc ugniatał tytoń w fajce. Po chwili stał już nad stolikiem.
          - Zająłeś moje miejsce? - rzucił, ale nie wiadomo w czyją stronę, bo wpatrywał się intensywnie w układ figur.
          - I co...? - Misiu podniósł głowę. - Coś poważnego?
          - E tam. Przestraszył się i w jakąś histerię wpadł. Zdawało mu się, że ma już delirium. Musiałem go uspokoić co nieco.
          - A co? Białe myszki już widział?
          - Nie. Właśnie nie. - Doktorek wyprostował się, żeby dobrze zaciągnąć z fajki. Po chwili mesę wypełnił przyjemny aromat; Prince Albert. - Chociaż śmieszna sprawa. On się na wszystkie świętości zaklina, że widział białego karalucha.

                                                             ***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz