poniedziałek, 28 marca 2011

Galabija



          Port Casablanca         fot. autor 
       Chyba w każdym życiu następuje w końcu taki moment, że większość podróży, które odbywamy, można zaliczyć do podróży sentymentalnych. Mało tego - podwójnie sentymentalnych. Może to brzmi śmiesznie, ale takiego właśnie dokonałem odkrycia. Podwójnie dlatego, że każda przeszłość ma swoją przeszłość. Czyli moja przeszłość ma swoją przeszłość - rozumianą jako zespół faktów i wydarzeń determinujących przebieg mojej przeszłości.

      Wybraliśmy się z żoną do Muzeum Wisły. No i wpadłem. Zacząłem odkrywać przeszłość mojej przeszłości. Bo jak się okazało, wciąż tam jeszcze była ekspozycja dotycząca Szkoły Morskiej w Tczewie. Bez reszty oddałem się studiowaniu życiorysów jej twórców, pierwszych wykładowców i legendarnych absolwentów. Wszyscy spoglądali na mnie z ogromnych fotografii przenikliwym wzrokiem, pełnym niewysłowionego blasku. I sądzę, że to nie było wynikiem jakiegoś retuszu, lecz autentycznej pasji, widocznej nie tylko w oczach, ale też w całej ich posturze. Pasji odzianej w marynarskie mundury.
        Poczułem   ducha  tamtych  czasów i ducha morza. Tego samego, który na stałe osiedlił się w książkach Karola Olgierda Borchardta, i który mnie też kiedyś zagnał na morze. Czytałem życiorysy Antoniego Garnuszewskiego, Gustawa Kańskiego i Kazimierza Bielskiego. Życiorysy wielkich kapitanów, inżynierów i - bardzo często - artystów.
       Z zapartym tchem oglądałem stare legitymacje, pamiętniki, dzienniki okrętowe i pierwsze w języku polskim podręczniki do nauki morskiego zawodu. Oglądałem stare mapy z wytyczonymi trasami szkoleniowych rejsów „Lwowa”. Oglądałem model tego żaglowca, a także model mniejszego statku szkolnego „Kopernik”
          I nagle stanąłem jak wryty. Za szkłem prostopadłościennej gabloty stał model statku, którego swojskie kształty wprawiły moje serce w rytm godny spotkania z którąś z dawnych, nieobojętnych mi koleżanek. Aż nie do wiary. Założyłem okulary do bliży i pochyliłem się. Tak - napis na dziobie potwierdził, że przyspieszone kołatanie w mojej klatce piersiowej było uzasadnione: „Antoni Garnuszewski”. Oto moja młodość; czas przeszły mojego życia, do którego mam okazję wrócić w tej podwójnej podróży sentymentalnej.
       Zaszedłem od lewej burty, przyłożyłem oko do samej szyby, żeby lepiej widzieć i zacząłem liczyć bulaje; począwszy od dziobu, te na wysokości mniej więcej górnego pokładu. Najpierw dwa, potem po trzy na kabinę. Trzecia trójka należała do mojej kabiny, więc wytężyłem wzrok, żeby zajrzeć do środka.

           Kabina była sześcioosobowa. Pod szotami, od dziobu i od rufy, stały piętrowe koje, a między nimi szafy. Stół stał pod środkowym bulajem, przy nim sześć krzeseł i to wszystko. Mieszkańcy kabiny byli, o dziwo, w komplecie. Wszyscy krzątali się, wyraźnie podekscytowani, jakby statek stał przy kei w Gdyni, a oni czekali już tylko na opuszczenie trapu, żeby pognać do domu.
           Rzeczywiście – statek stał przy kei, jednak nie w Gdyni, tylko w porcie Casablanca. A chłopaki czekali na przybycie „kupców” w nadziei na sprzedanie niebagatelnych ilości kremu Nivea i wody kolońskiej Prastara.
           Misiu też wypakował swój towar i położył na górnej koi, tuż przy drzwiach po lewej. Był po wachcie, zmęczony i senny, i najchętniej poszedłby w kimono. Ale nie było litości. Biznes jest biznes. Zresztą kumple i tak by mu pospać nie dali. Wyjrzał przez bulaj. Wielkie portowe żurawie zastygły w popołudniowej drzemce. Wszystko drzemało, dokerzy także. I jakby się dobrze przyjrzeć, to w mroku prawie każdego cienia można by zobaczyć kończyny jakiegoś odpoczywającego człowieka.
        – No... – Zdzichu też swoje wypakował i z zadowoleniem zatarł ręce. – Teraz już tylko pozostało czekać. Zobaczycie, zaraz się jakiś Arab pojawi.
        Zdzichu wiedział. Jako jedyny z całej szóstki był już raz w takim rejsie. A pozostali korzystali z jego doświadczenia:
          – I jeszcze raz powtarzam: targować się, bo Arab ma to we krwi. Obrazi się, jak się z nim nie potargujesz. Ale też pamiętajcie: łan krema, łan dolar! Żeby mi się czasem nikt nie wyłamywał! I uważać na łapy Araba, jak przyjdzie! Bo oni tylko czekają na okazję, żeby nas, niewiernych, zrobić na szaro. Za to mają podobno grzechy odpuszczone.
         Misiu nie wiedział, czy w tych opowieściach Zdzicha jest chociaż cząstka prawdy. Nie znał tematu. Nigdy nie widział Araba na żywo, z bliska, twarzą w twarz. Ale bardzo chciał zobaczyć. I tak naprawdę najbardziej chyba to właśnie go ekscytowało. Bardziej niż ten cały „biznes”. Nie mógł się doczekać, aż wreszcie się doczekał. Ktoś mocno stuknął w drzwi i w kabinie pojawił się Arab. Prawdziwy Arab. Ubrany był w luźne, spływające aż do podłogi okrycie, w kolorze złamanej, a może przyżółconej bieli. Była to galabija. Misiu odniósł wrażenie, jakby zobaczył kogoś w najzwyklejszej koszuli nocnej, jaką pamiętał z czasów dzieciństwa. Na głowie Araba leżała bawełniana kefija, też biała i uformowana w krążek, przypominający turban. Błyskające z ogorzałej twarzy oczy szybko zlustrowały całą kabinę i Arab, używając czystej polszczyzny, wypowiedział następujące zdanie:
            – Cześć kurwa Stasiu, jest biznes?
        Wszystkich na moment zatkało. A najbardziej chyba Stasia, który siedział na krześle pod bulajem. Otworzył ze zdziwienia gębę i chyba się zastanawiał, o co tu chodzi? Zdzichu wiedział i błyskawicznie zareagował:
            – Cześć Stasiu! Dawaj, dawaj! Jest Prastara, jest krema Nivea!
      I zaraz potem zrobił się gwar jak na jakimś miejskim targowisku. Było wesoło, wszyscy się cieszyli, bo Arab szybko napełniał towarem swoją plecioną z kolorowej żyłki torbę, no i też dlatego, bo okazało się, że za pomocą dwóch słów - „Stasiu” i tego drugiego - można się całkiem nieźle dogadać. I w końcu się uspokoiło. Arab sobie poszedł, a chłopaki zaczęli się pokładać na koje. Misiu też, z myślą, że się jeszcze trochę zdrzemnie przed kolacją. Zamknął oczy i po chwili już zaczął popadać w błogostan. Jednak nie na długo, bo nagły wrzask Zdzicha wszystkich poderwał jakby na alarm „opuszczanie statku”. Zdzichu siedział na koi i wpatrywał się w podłogę wzrokiem wyrażającym nie tylko wściekłość, ale też bezgraniczne zdumienie. W miejscu, gdzie stawiał swoje nowiutkie adidasy, stały stare, obdrapane klapki. Wszystko wskazywało na to, że kiedyś miały kolor żółty, a ich nosy wciąż unosiły się do góry jakby mówiąc: „I co, niewierny? Nie podobają ci się nasze buty?”

        Podniosłem głowę, bo na ramieniu poczułem dłoń żony. Uśmiechała się do mnie pytającym wzrokiem.
           – Pływałem na tym statku.
           – Wiem przecież. Opowiadałeś mi o tym wiele razy.
           – Ciekawe, co teraz się z nim dzieje?

           „W 1991 statek w ciągle idealnym stanie technicznym został sprzedany armatorowi chińskiemu. Według nieoficjalnych źródeł statek uległ spaleniu bądź został złomowany.” Tyle dowiedzieliśmy się z opisu, umieszczonego nad gablotą z modelem. Zrobiło mi się smutno; pewne rzeczy umykają w przeszłość zupełnie bezpowrotnie i nie da się ich odwiedzić, nawet w podróży najbardziej sentymentalnej.
         No i ten Arab. Ciekawe, czy nadal jest w stanie tak zgrabnie zmieniać buty przebierając nogami pod galabiją?

Casablanca                                       fot. autor

środa, 23 marca 2011

Michaś





                                         Od dzisiaj Misiu czuje się duży. No, powiedzmy, prawie duży. Odważył się wreszcie powalczyć o swoje. Myślał o tym już od dawna, ale wciąż nie mógł się zdecydować. Coś na kształt buntu narastało w nim i narastało, i w końcu poczuł się jak nadmuchany balon, i czekał już tylko na szpilkę, która go przekłuje.

                                        I wczoraj wieczorem się doczekał. Na podwórko wyszła Dzidzia, córka sąsiadów z góry. Wszyscy wiedzieli, że lada chwila pójdzie do pierwszej klasy. Dzidzia wrzaskiem  przerwała zabawę gromadce dzieciaków, a zaraz potem rozkazała wszystkim zebrać się przy ławce pod ścianą domu. Sama wskoczyła na ławkę i doniosłym głosem oświadczyła:
          - Słuchać mi tu wszyscy! Za dwa dni idę do pierwszej klasy! Jestem już duża i od tej chwili wolno do mnie mówić tylko Hanka! Jeśli jakiś smarkacz powie Dzidzia, to oberwie po ryju!
          Trzeba przyznać, że po takiej przemowie nikt już więcej nie odważył się powiedzieć o niej nieprawidłowo, nawet za plecami. I to nie tylko tego wieczoru, ale i potem; dnia następnego, i po tygodniu, i po miesiącu, a nawet po wielu latach. Misiu jednak nie zamierzał czekać, żeby sprawdzić efekt jej przemowy. Zaraz potem pobiegł do domu i desperacko, wręcz na granicy histerii wrzasnął przed rodzicami:
          - Ja nie jestem Misiu! Od dzisiaj jestem Michaś!
          I jakież było jego zdziwienie, kiedy zamiast spodziewanego klapsa na twarzach rodziców zobaczył łagodny uśmiech. Oboje spojrzeli na niego bardzo przychylnie, z pełnym zrozumieniem. I powiedzieli:
          - Dobrze, Misiu. Od teraz będziemy mówić do ciebie Michaś.

                                          Tak było wczoraj. A dzisiaj już jest rano i Misiu dzielnie wędruje do przedszkola, trzymając za rączkę Adasia. Braciszek jeszcze nie jest starszakiem, dlatego trzeba się nim opiekować. A teraz, kiedy Misiu już nie jest Misiem, tylko Michasiem, poczucie odpowiedzialności za braciszka, o dziwo, jeszcze bardziej wzrosło. Do tego stopnia, że nawet Kogut Dumańskiego nie będzie straszny. Dotychczas obaj przed kogutem uciekali w te pędy, ale dzisiaj Misiu postanowił, że to on, jako Michaś, zmusi koguta do ucieczki.
          Wędrowali swoją stałą, wydeptaną ścieżką, najpierw wzdłuż płotu Miszewskiego, a potem wzdłuż płotu Kickmuntera. Szli nieśpiesznie, bo mieli jeszcze dużo czasu, śpiewając „rypcium pypcium”. Ale też Misiu pozwolił Adasiowi szorować patykiem po siatce płotu. W ten sposób wyobrażali sobie, że władają jakimś motorem.
          Za domem Wiśniewskiego weszli na asfalt ulicy, a potem już widać było dom Dumańskiego. Przekroczyli wysoki krawężnik, gotując się do pokonania dużej pochyłości w dół tuż koło krzaków jaśminu. I tu Misiowi serduszko zaczęło bić nieco szybciej, ale nie aż tak szybko, bo był już przecież Michasiem. Zza węgła domu Dumańskiego, od strony chlewików wybiegł Kogut Dumańskiego, pochylił swój koguci łeb i w szalonym pędzie zaczął gnać prosto w ich stronę. Obaj zatrzymali się jak zawsze przestraszeni i przez chwilę zdawało się, że będzie jak co dzień; że obaj wezmą nogi za pas, a kogut biegnąc tuż za nimi będzie im skubał tyłki. Jednak Misiu jako Michaś postanowił zachować zimną krew i krzyknął do Adasia:
          - Biegnij tam, w stronę Dołka Dla Józwy. Ja się nim zajmę.
      Braciszek w mig pojął polecenie i pognał, a Misiu pozostał, patrząc Kogutowi Dumańskiego w oczy prosto i nieustraszenie, i nawet - choć wiedział, że koguty nie znają ludzkiej mowy - wyrwało mu się:
          - Uważaj... Bo ja teraz jestem Michaś...
          Kogut Dumańskiego zawahał się, nieco zwolnił i w końcu też się zatrzymał. Misiu westchnął głęboko i poczuł wielką dumę. Nagle w pełni pojął, co to znaczy być Michasiem. Nawet Kogut Dumańskiego się z nim liczy. „Teraz możesz sobie nawet mnie uszczypnąć. I tak się nie boję”. Pomału odwrócił się i poszedł w stronę Dołka Dla Józwy. Tam czekał Adaś, z miną nieco zdumioną i pełną podziwu. Jednak nie za długo, bo nagle zaczął krzyczeć:
          - Misiu! Uważaj!
          - Co...? Auć...! - Misiu wrzasnął z bólu i spojrzał za siebie. Za nim stał Kogut Dumańskiego. Uparty skubaniec. Jednak nie był już taki nastroszony, jak zawsze. Misiu to zauważył i wcale się nie przestraszył. Mocno tupnął nogą i Kogut Dumańskiego odwrócił się, i sobie poszedł. Od tego momentu więcej ich nie atakował.
          Misiu podszedł do braciszka jak bohater.
          - Mówiłem ci, że nie masz już do mnie wołać Misiu.
          - Dobrze Mi... Michaś. - Adaś był pełen podziwu.
         - I uważaj,  bo w końcu wpadniesz do Dołka Dla Józwy. - Złapał braciszka za rękę i poszli w stronę krzaka perskiego bzu, zza którego widać już było przedszkole. Za nimi pozostał lekki smród, który jeszcze dochodził z dołka. Jakby nie było, przedwczoraj zostawili tam wespół z Januszkiem trzy kupy. „Po przedszkolu trzeba będzie przykryć gałęziami” - pomyślał Misiu. - „Może jeszcze kogoś uda się wciągnąć w pułapkę...”

                                                                                                                                                       cdn.










piątek, 18 marca 2011

Misiu




Zofia Sumczyńska                                               Olej na płótnie
                                  Misiu frunął na swoich chudych, siedmioletnich nóżkach niczym zefirek. Musiał tak, bo wyszedł z domu trochę za późno, a do szkoły były prawie trzy kilometry. Zbliżał się już do przejazdu kolejowego, który znaczył początek miasta. Błagał wszystkie siły, żeby szlaban nie został zamknięty. No i wybłagał. Stał przed grubą metalową rurą, pomalowaną na przemian białą i czerwoną farbą, a broda zaczynała mu drgać ze strachu przed spóźnieniem na pierwszą lekcję.
               Pociąg na szczęście przemknął dosyć szybko, jednak zefirek odtąd musiał zamienić się w zefir. Tornister na plecach podskakiwał miarowo, a z mleka, które mamusia dała mu w małej butelce po lemoniadzie, najprawdopodobniej wytrąciło się  masło. Koło licealnej bursy ostro skręcił na lewo i wybiegł na przedostatnią prostą - dosyć długą, bo aż do Sklepu Na Rogu. Jeszcze kawałek, już niedaleko. Ostrożnie na przejściu przez jezdnię i już - dobiega do sklepu. Mocno zdyszany, roztrzęsiony, z głową opuszczoną w pozycji biegacza, wciąż w największym pędzie wychodzi z ostrego wirażu w prawo. Jeszcze tylko raz na drugą stronę ulicy i po schodach do gmachu szkoły.
               Chodnikowe kafle wciąż błyskawicznie umykały z pola jego widzenia i nagle stało się bum. Wielkie bum! Wszystko stanęło w miejscu. Tak, w miejscu. Brzuch Starej Pani, w który z wielką siłą uderzył głową, tak dobrze   zamortyzował kolizję, że nawet na centymetr nie odrzuciło go do tyłu.
               Stał przez dłuższą chwilę oszołomiony, zastygły w przerażeniu. I zdawało mu się, że ruch Starej Pani jest całkiem powolny. I gdyby ktoś chciał, to bez problemu mógłby ją złapać. Żeby nie upadła do tyłu, na plecy, głową o chodnik.
                - I co zrobiłeś, chłopczyku? - Czyjś głos wyrwał go z osłupienia. - Trzeba uważać, jak się biega.
                Stał sparaliżowany i zdawać by się mogło, że tak już pozostanie. Jednak dzwonek na lekcję zdołał znów poderwać go do biegu. Przeskoczył przez ulicę i prawie z płaczem wbiegł do szkoły.
               Struchlały w przekonaniu, że znowu oberwie linijką po łapach za spóźnienie, przekroczył drzwi klasy i po raz wtóry tego poranka doznał szoku: klasa była pusta. Może nie klasa, lecz ławki. Dzieci były obecne, stłoczone jednak przy okiennych parapetach. Wszystkie z wielkim przejęciem obserwowały coś na zewnątrz.
                Misiu podszedł do okna pierwszego od prawej. Wcisnął wzrok w szczelinę między głowami Wojtka i Rysia. Dostrzegł garbaty dach białej karetki, stojącej po przeciwnej stronie ulicy. Tłumek gapiów prawie całkowicie zasłaniał duży, czerwony krzyż, namalowany na bocznych drzwiach auta.
               - Co tam się stało? - Był w stanie wydobyć z siebie tylko drżący głosik w poczuciu, że przecież zna odpowiedź.
               - Misiu? Cześć! - Wojtek był wyraźnie poruszony tym, co obserwował i bardzo chętny do przekazywania sensacji. - Wiesz, jakaś dziewczynka biegła i przewróciła Starą Panią i teraz zabierają ją do szpitala.
               - Dziewczynka? - Głos Misia w zdumieniu zaczął nabierać mocy.
               - Tak, dziewczynka, jakaś dziewczynka biegła, ale nie wiadomo jaka, bo pobiegła dalej i uciekła  i nie wiadomo, kto to był - Wojtek wyrecytował jednym tchem nadal podekscytowany.

               Głośne klaskanie Pani Nauczycielki szybko przywróciło porządek w klasie. Misiu siedział w swojej ławce, obok Wojtka, już zupełnie spokojny. Grzebał w tornistrze w poszukiwaniu odpowiedniego zeszytu.
              - Kochane dzieci, posłuchajcie - Pani Nauczycielka rzekła bardzo poważnie. - Miałyście okazję przed chwilą oglądać ciekawe, choć smutne wydarzenie. Dziewczynka pobiegła sobie dalej, chociaż z całą pewnością widziała, co złego uczyniła. Możecie być pewne, że do końca życia będzie miała wyrzuty sumienia.
  
              Misiu poczuł, że broda znowu zaczyna mu drgać, a oczy wilgotnieją.

                                                              ***






piątek, 4 marca 2011

Śpiący Mietek



Stanisław Wyspiański                                          Śpiący Mietek
                     Szczebelki w łóżeczku właściwie są  niepotrzebne. Misiu przecież zna swoje możliwości. Jest już na tyle dużym chłopczykiem, że podczas snu nie wypadnie na podłogę. Szkoda, że nie dostał jeszcze tapczanika dla większych dzieci. Rodzice już długo o nim mówią, ale co z tego, kiedy wciąż pozostaje to w sferze obietnic. Gdyby nie było tych szczebelków, lepiej widziałby portret Śpiącego Mietka, wiszący na ścianie. Namalował go jakiś pan Wyspiański - najprawdopodobniej jeden z pacjentów Kocborowa, ale co do tego Misiu nie miał pewności.

                 Śpiący Mietek jest bardzo ważny dla Misia. Oprócz tego, że pomaga zasnąć, jest wciąż obecny w tej znaczącej części jego życia, ograniczonej  ścianami dziecinnego pokoju – z dwoma łóżeczkami, czarną szafą na ubrania i tak zwaną biblioteczką, służącą za magazyn akcesoriów, pomagających wymyślać z braciszkiem przeróżne zabawy. Śpiący Mietek najczęściej udaje, że śpi. Misiu jest o tym przekonany, bo czuje się obserwowany w każdej sytuacji – w czasie zabaw z braciszkiem, albo podczas różnorakich eksperymentów, polegających na przykład na wkładaniu gwoździa w jedną z dziurek w tak zwanym gniazdku elektrycznym, albo też podczas zaglądania w dziurkę od klucza, w celu poszukania odpowiedzi na pytanie: „Co też tam się dzieje w pokoju rodziców?” Jedynie podczas odmawiania paciorka do Bozi Śpiący Mietek wygląda na prawdziwie śpiącego, może dlatego, że faktycznie zaczyna się pora do spania.

              Szkoda. Braciszek już śpi od dłuższej chwili, sądząc po miarowym sapaniu, a Misiu wciąż próbuje ogarnąć całą postać Śpiącego Mietka – w świetle słabej żarówki, którą mamusia obiecała zgasić dopiero wtedy, gdy Misiu zaśnie.
             Już chyba niedługo, bo obraz zaczął się rozmywać, oddalać i zapadać w ciemność. I teraz właśnie Misiu poczuł to, co już nieraz się zdarzyło. Poczuł, że jego głowa zaczyna się powiększać, a cała reszta pozostaje malutka. Zaczęła puchnąć do monstrualnych rozmiarów i staje się coraz cięższa i cięższa. Mimo to  jednak –  mimo rosnącego ciężaru i wielkości – ciągnie gdzieś w górę, gdzieś  byle dalej od reszty ciała, od wszystkiego. A może nie? Może tylko trochę, żeby jedynie zerknąć z góry na pozostałość? Jak zwykle Misiu nie wie, ale chce się dowiedzieć. Ciekawość rośnie tym bardziej, im bardziej pęcznieje jego głowa. Pojawia się coraz więcej przeróżnych ciekawskich pytań, aż wreszcie nadchodzi pytanie to ostatnie, to co zawsze – inne od pozostałych. Inne, bo przepełnione nagłym, potwornym lękiem: „Co się stanie, jeśli to jest nieodwracalne? Dokąd to zmierza?”

             I znowu lęk wygrał z ciekawością. Misiu już wie z doświadczenia, co ma zrobić. Z trudem podnosi powieki, żeby zobaczyć chociaż fragment Śpiącego Mietka. Fuuu – lęk ulatuje, jakby dymek od zdmuchniętej świeczki, i wszystko wraca do rozmiarów łóżeczka. Śpiący Mietek śpi naprawdę z pewnością, bo nic nie zauważył. I nic złego się nie stało.
          Misiu także zasnął. Bardzo dobrze, bo jutro przecież pójdzie po raz pierwszy do przedszkola.[...]

środa, 2 marca 2011

Romek




Zofia Sumczyńska                                         Ilustracja
Niektóre dusze mają piekło już tu, na ziemi. Trafiają do nieudanego ciała, a ich cierpienie, tak sądzę, jest dla nas niewyobrażalne. Patrząc na to odczuwamy ból, jednak nie ulega wątpliwości, że największy jest ból matki.



       








          Czerwcowa niedziela i w samochodzie było dosyć gorąco. W Bobowie skręcił w lewo za damskim głosem z gps-u, na skróty. Znaleźli się w tunelu z zielonych liści i auto zaczęło podskakiwać na wyboistej drodze.
          Misiu uwielbiał takie skróty, niespodziewane, nieznane, wymyślane przez głupie urządzenie. Uwielbiał oglądać wioski i lasy, których, choć w pobliżu, nigdy dotychczas nie widział.
Matka też chyba lubiła. Chociaż nie wiadomo, bo wciąż milczała, wpatrując się w umykający do tyłu krajobraz. Siedziała trzymając  kurczowo uchwyt nad oknem, lewą ręką obejmując wszystkie blizny swojego życia. Te od chorób kobiecych, od woreczka żółciowego, od tarczycy  i otwartego serca. I tą najstarszą, największą, która teraz, w miarę jak się zbliżali, zaczynała się otwierać i krwawić.
Na kolanach miała też damską torebkę, a z tyłu na kanapie w foliowej torbie leżało pudełko z ptasim mleczkiem i kurtka na wietrzną pogodę z lumpeksu.
Matka wciąż milczała  i Misiowi było to na rękę. Wolał w ciszy kontemplować mijane wioski, gotyckie kościółki i gniazda z młodymi bocianami. Jego rana też zaczynała sączyć. To była wspólna rana.

          Po czterdziestu kilometrach gps kazał skręcić w prawo. Dwa kilometry jechali polną drogą. W niezłej trzęsiawce ciągnęli za sobą chmurę pyłu.
Bagienko po prawej, które przez lata tu widział, całkiem pożarły zarośla.
Dalej na lewo otwarta brama. Długim podjazdem pod konarami dębów wjechali na dziedziniec przed pałacem. Misiu zawrócił i zaparkował pod tym samym drzewem, jak zawsze.
          - Chyba jeszcze mają obiad - powiedziała Matka. - Pójdę zobaczyć i cię zawołam.
          - Dobra... - Misiu też wygramolił się z auta. - Pójdę już teraz.

          Od strony pałacu biegła jakaś pokręcona dziewczyna.
          - Uważaj, ona będzie chciała od ciebie pieniądze. I na telefon uważaj, bo potrafi wyciągnąć z kieszeni. - Matka widać już to poznała. Poczuł się nieswojo, bardzo dawno tu nie był.
          - Przepraszam pana, mogę pana o coś zapytać? - Za Misia plecami nie wiadomo skąd zjawił się jakiś wychudzony chłopak. Jego głowa podrygiwała w dziwnych odruchach.
          - Pytaj, nie ma sprawy.
          - Czy może mnie pan poczęstować papierosem.
          - Oj, niestety nie, ja nie palę.
          Zza węgła pałacu, od strony parku, wybiegł grubas. Grubasa Misiu pamiętał dobrze i wiedział czego można się spodziewać. Podał mu rękę i zaczął wysłuchiwać monotonnych dźwięków: „...eska, ...omek, ...aeska, ...omek” -  z wtrąceniami bardziej nieludzkimi, na kształt nocnych zawodzeń, które czasami można usłyszeć głęboko w lesie - ogólnie jednak pełnych radosnych emocji.

          Weszli do holu i dalej, po szerokich schodach, na korytarz. Na wprost w świetlicy chmara potworków oglądała coś w telewizorze. Poszli na lewo do gabinetu pani Marysi, pielęgniarki.
          - Ooo!!! Witam, witam! Proszę wejść. Zaraz zobaczę, czy Romek zjadł obiad. - Nic się nie zmieniła. Jedynie w jej kruczoczarne włosy zaczęły się wciskać drobiny srebra. - Aniu, zobacz co się z Romkiem dzieje, ma gości! - wrzasnęła w korytarz, w stronę stołówki.
          Po chwili z oddali usłyszeli charakterystyczne odgłosy, miarowe hy, hy, ni to śmiech, ni to chrząkanie.  W drzwiach pojawił się Romek. Mikre ciałko strasznie pokręcone, jakby według Henry Moore'a, podbiegło prosto do foliowej reklamówki. Romek zajrzał do środka, błyskawicznie wyciągnął kurtkę z lumpeksu i zaczął ubierać, wciąż wydając te same dźwięki, jedyne, jakie potrafił z siebie wydobyć. Potem spojrzał w oczy Misia, wzrokiem spode łba, nieobecnym, z innego świata. Pokręconą dłonią zaczął ciągnąć na zewnątrz, do samochodu. Hy, hy... hy, hy. Przy aucie zaczął kaszleć. Był słabiutki, nie ciągnął już tak, jak kiedyś. Na pewno ostatnie zapalenie płuc dało mu się nieźle we znaki.

          W lesie zajechali na małą polankę, tam gdzie zawsze. Romek pochłaniał ptasie mleczko, ale też nie tak, jak kiedyś. Już się nie upierał, był coraz spokojniejszy i w końcu, o dziwo, sam zaczął wracać do samochodu. Widać był bardzo zmęczony, jego wychudzone nóżki trzęsły się jak gałęzie krzewów wokół polany. Był przyjemny wiaterek.

          Wracali przez Gniew znaną drogą, bez gps-a. Matka chciała zobaczyć, jak wylała Wisła. Poza tym  oboje milczeli. W milczeniu szybciej zasklepiała się wspólna rana.


                                                          ***