poniedziałek, 28 marca 2011

Galabija



          Port Casablanca         fot. autor 
       Chyba w każdym życiu następuje w końcu taki moment, że większość podróży, które odbywamy, można zaliczyć do podróży sentymentalnych. Mało tego - podwójnie sentymentalnych. Może to brzmi śmiesznie, ale takiego właśnie dokonałem odkrycia. Podwójnie dlatego, że każda przeszłość ma swoją przeszłość. Czyli moja przeszłość ma swoją przeszłość - rozumianą jako zespół faktów i wydarzeń determinujących przebieg mojej przeszłości.

      Wybraliśmy się z żoną do Muzeum Wisły. No i wpadłem. Zacząłem odkrywać przeszłość mojej przeszłości. Bo jak się okazało, wciąż tam jeszcze była ekspozycja dotycząca Szkoły Morskiej w Tczewie. Bez reszty oddałem się studiowaniu życiorysów jej twórców, pierwszych wykładowców i legendarnych absolwentów. Wszyscy spoglądali na mnie z ogromnych fotografii przenikliwym wzrokiem, pełnym niewysłowionego blasku. I sądzę, że to nie było wynikiem jakiegoś retuszu, lecz autentycznej pasji, widocznej nie tylko w oczach, ale też w całej ich posturze. Pasji odzianej w marynarskie mundury.
        Poczułem   ducha  tamtych  czasów i ducha morza. Tego samego, który na stałe osiedlił się w książkach Karola Olgierda Borchardta, i który mnie też kiedyś zagnał na morze. Czytałem życiorysy Antoniego Garnuszewskiego, Gustawa Kańskiego i Kazimierza Bielskiego. Życiorysy wielkich kapitanów, inżynierów i - bardzo często - artystów.
       Z zapartym tchem oglądałem stare legitymacje, pamiętniki, dzienniki okrętowe i pierwsze w języku polskim podręczniki do nauki morskiego zawodu. Oglądałem stare mapy z wytyczonymi trasami szkoleniowych rejsów „Lwowa”. Oglądałem model tego żaglowca, a także model mniejszego statku szkolnego „Kopernik”
          I nagle stanąłem jak wryty. Za szkłem prostopadłościennej gabloty stał model statku, którego swojskie kształty wprawiły moje serce w rytm godny spotkania z którąś z dawnych, nieobojętnych mi koleżanek. Aż nie do wiary. Założyłem okulary do bliży i pochyliłem się. Tak - napis na dziobie potwierdził, że przyspieszone kołatanie w mojej klatce piersiowej było uzasadnione: „Antoni Garnuszewski”. Oto moja młodość; czas przeszły mojego życia, do którego mam okazję wrócić w tej podwójnej podróży sentymentalnej.
       Zaszedłem od lewej burty, przyłożyłem oko do samej szyby, żeby lepiej widzieć i zacząłem liczyć bulaje; począwszy od dziobu, te na wysokości mniej więcej górnego pokładu. Najpierw dwa, potem po trzy na kabinę. Trzecia trójka należała do mojej kabiny, więc wytężyłem wzrok, żeby zajrzeć do środka.

           Kabina była sześcioosobowa. Pod szotami, od dziobu i od rufy, stały piętrowe koje, a między nimi szafy. Stół stał pod środkowym bulajem, przy nim sześć krzeseł i to wszystko. Mieszkańcy kabiny byli, o dziwo, w komplecie. Wszyscy krzątali się, wyraźnie podekscytowani, jakby statek stał przy kei w Gdyni, a oni czekali już tylko na opuszczenie trapu, żeby pognać do domu.
           Rzeczywiście – statek stał przy kei, jednak nie w Gdyni, tylko w porcie Casablanca. A chłopaki czekali na przybycie „kupców” w nadziei na sprzedanie niebagatelnych ilości kremu Nivea i wody kolońskiej Prastara.
           Misiu też wypakował swój towar i położył na górnej koi, tuż przy drzwiach po lewej. Był po wachcie, zmęczony i senny, i najchętniej poszedłby w kimono. Ale nie było litości. Biznes jest biznes. Zresztą kumple i tak by mu pospać nie dali. Wyjrzał przez bulaj. Wielkie portowe żurawie zastygły w popołudniowej drzemce. Wszystko drzemało, dokerzy także. I jakby się dobrze przyjrzeć, to w mroku prawie każdego cienia można by zobaczyć kończyny jakiegoś odpoczywającego człowieka.
        – No... – Zdzichu też swoje wypakował i z zadowoleniem zatarł ręce. – Teraz już tylko pozostało czekać. Zobaczycie, zaraz się jakiś Arab pojawi.
        Zdzichu wiedział. Jako jedyny z całej szóstki był już raz w takim rejsie. A pozostali korzystali z jego doświadczenia:
          – I jeszcze raz powtarzam: targować się, bo Arab ma to we krwi. Obrazi się, jak się z nim nie potargujesz. Ale też pamiętajcie: łan krema, łan dolar! Żeby mi się czasem nikt nie wyłamywał! I uważać na łapy Araba, jak przyjdzie! Bo oni tylko czekają na okazję, żeby nas, niewiernych, zrobić na szaro. Za to mają podobno grzechy odpuszczone.
         Misiu nie wiedział, czy w tych opowieściach Zdzicha jest chociaż cząstka prawdy. Nie znał tematu. Nigdy nie widział Araba na żywo, z bliska, twarzą w twarz. Ale bardzo chciał zobaczyć. I tak naprawdę najbardziej chyba to właśnie go ekscytowało. Bardziej niż ten cały „biznes”. Nie mógł się doczekać, aż wreszcie się doczekał. Ktoś mocno stuknął w drzwi i w kabinie pojawił się Arab. Prawdziwy Arab. Ubrany był w luźne, spływające aż do podłogi okrycie, w kolorze złamanej, a może przyżółconej bieli. Była to galabija. Misiu odniósł wrażenie, jakby zobaczył kogoś w najzwyklejszej koszuli nocnej, jaką pamiętał z czasów dzieciństwa. Na głowie Araba leżała bawełniana kefija, też biała i uformowana w krążek, przypominający turban. Błyskające z ogorzałej twarzy oczy szybko zlustrowały całą kabinę i Arab, używając czystej polszczyzny, wypowiedział następujące zdanie:
            – Cześć kurwa Stasiu, jest biznes?
        Wszystkich na moment zatkało. A najbardziej chyba Stasia, który siedział na krześle pod bulajem. Otworzył ze zdziwienia gębę i chyba się zastanawiał, o co tu chodzi? Zdzichu wiedział i błyskawicznie zareagował:
            – Cześć Stasiu! Dawaj, dawaj! Jest Prastara, jest krema Nivea!
      I zaraz potem zrobił się gwar jak na jakimś miejskim targowisku. Było wesoło, wszyscy się cieszyli, bo Arab szybko napełniał towarem swoją plecioną z kolorowej żyłki torbę, no i też dlatego, bo okazało się, że za pomocą dwóch słów - „Stasiu” i tego drugiego - można się całkiem nieźle dogadać. I w końcu się uspokoiło. Arab sobie poszedł, a chłopaki zaczęli się pokładać na koje. Misiu też, z myślą, że się jeszcze trochę zdrzemnie przed kolacją. Zamknął oczy i po chwili już zaczął popadać w błogostan. Jednak nie na długo, bo nagły wrzask Zdzicha wszystkich poderwał jakby na alarm „opuszczanie statku”. Zdzichu siedział na koi i wpatrywał się w podłogę wzrokiem wyrażającym nie tylko wściekłość, ale też bezgraniczne zdumienie. W miejscu, gdzie stawiał swoje nowiutkie adidasy, stały stare, obdrapane klapki. Wszystko wskazywało na to, że kiedyś miały kolor żółty, a ich nosy wciąż unosiły się do góry jakby mówiąc: „I co, niewierny? Nie podobają ci się nasze buty?”

        Podniosłem głowę, bo na ramieniu poczułem dłoń żony. Uśmiechała się do mnie pytającym wzrokiem.
           – Pływałem na tym statku.
           – Wiem przecież. Opowiadałeś mi o tym wiele razy.
           – Ciekawe, co teraz się z nim dzieje?

           „W 1991 statek w ciągle idealnym stanie technicznym został sprzedany armatorowi chińskiemu. Według nieoficjalnych źródeł statek uległ spaleniu bądź został złomowany.” Tyle dowiedzieliśmy się z opisu, umieszczonego nad gablotą z modelem. Zrobiło mi się smutno; pewne rzeczy umykają w przeszłość zupełnie bezpowrotnie i nie da się ich odwiedzić, nawet w podróży najbardziej sentymentalnej.
         No i ten Arab. Ciekawe, czy nadal jest w stanie tak zgrabnie zmieniać buty przebierając nogami pod galabiją?

Casablanca                                       fot. autor

5 komentarzy:

  1. Bardzo lubię Twoje pisanie... a Casablanca to moje marzenie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Może i ja kiedyś zobaczę Casablancę! :)
    A Twoje historie z podwójnym dnem są jeszcze bardziej apetyczne. Rozmarzyłam się razem z Tobą :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam Twoją opowieść z podróży:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jejku, aż mnie dreszczyk przeszedł... :))

    OdpowiedzUsuń
  5. Szukałem o Prastarej, a trafiłem do Maroko :) Ładnie napisane... :)

    OdpowiedzUsuń