środa, 23 marca 2011

Michaś





                                         Od dzisiaj Misiu czuje się duży. No, powiedzmy, prawie duży. Odważył się wreszcie powalczyć o swoje. Myślał o tym już od dawna, ale wciąż nie mógł się zdecydować. Coś na kształt buntu narastało w nim i narastało, i w końcu poczuł się jak nadmuchany balon, i czekał już tylko na szpilkę, która go przekłuje.

                                        I wczoraj wieczorem się doczekał. Na podwórko wyszła Dzidzia, córka sąsiadów z góry. Wszyscy wiedzieli, że lada chwila pójdzie do pierwszej klasy. Dzidzia wrzaskiem  przerwała zabawę gromadce dzieciaków, a zaraz potem rozkazała wszystkim zebrać się przy ławce pod ścianą domu. Sama wskoczyła na ławkę i doniosłym głosem oświadczyła:
          - Słuchać mi tu wszyscy! Za dwa dni idę do pierwszej klasy! Jestem już duża i od tej chwili wolno do mnie mówić tylko Hanka! Jeśli jakiś smarkacz powie Dzidzia, to oberwie po ryju!
          Trzeba przyznać, że po takiej przemowie nikt już więcej nie odważył się powiedzieć o niej nieprawidłowo, nawet za plecami. I to nie tylko tego wieczoru, ale i potem; dnia następnego, i po tygodniu, i po miesiącu, a nawet po wielu latach. Misiu jednak nie zamierzał czekać, żeby sprawdzić efekt jej przemowy. Zaraz potem pobiegł do domu i desperacko, wręcz na granicy histerii wrzasnął przed rodzicami:
          - Ja nie jestem Misiu! Od dzisiaj jestem Michaś!
          I jakież było jego zdziwienie, kiedy zamiast spodziewanego klapsa na twarzach rodziców zobaczył łagodny uśmiech. Oboje spojrzeli na niego bardzo przychylnie, z pełnym zrozumieniem. I powiedzieli:
          - Dobrze, Misiu. Od teraz będziemy mówić do ciebie Michaś.

                                          Tak było wczoraj. A dzisiaj już jest rano i Misiu dzielnie wędruje do przedszkola, trzymając za rączkę Adasia. Braciszek jeszcze nie jest starszakiem, dlatego trzeba się nim opiekować. A teraz, kiedy Misiu już nie jest Misiem, tylko Michasiem, poczucie odpowiedzialności za braciszka, o dziwo, jeszcze bardziej wzrosło. Do tego stopnia, że nawet Kogut Dumańskiego nie będzie straszny. Dotychczas obaj przed kogutem uciekali w te pędy, ale dzisiaj Misiu postanowił, że to on, jako Michaś, zmusi koguta do ucieczki.
          Wędrowali swoją stałą, wydeptaną ścieżką, najpierw wzdłuż płotu Miszewskiego, a potem wzdłuż płotu Kickmuntera. Szli nieśpiesznie, bo mieli jeszcze dużo czasu, śpiewając „rypcium pypcium”. Ale też Misiu pozwolił Adasiowi szorować patykiem po siatce płotu. W ten sposób wyobrażali sobie, że władają jakimś motorem.
          Za domem Wiśniewskiego weszli na asfalt ulicy, a potem już widać było dom Dumańskiego. Przekroczyli wysoki krawężnik, gotując się do pokonania dużej pochyłości w dół tuż koło krzaków jaśminu. I tu Misiowi serduszko zaczęło bić nieco szybciej, ale nie aż tak szybko, bo był już przecież Michasiem. Zza węgła domu Dumańskiego, od strony chlewików wybiegł Kogut Dumańskiego, pochylił swój koguci łeb i w szalonym pędzie zaczął gnać prosto w ich stronę. Obaj zatrzymali się jak zawsze przestraszeni i przez chwilę zdawało się, że będzie jak co dzień; że obaj wezmą nogi za pas, a kogut biegnąc tuż za nimi będzie im skubał tyłki. Jednak Misiu jako Michaś postanowił zachować zimną krew i krzyknął do Adasia:
          - Biegnij tam, w stronę Dołka Dla Józwy. Ja się nim zajmę.
      Braciszek w mig pojął polecenie i pognał, a Misiu pozostał, patrząc Kogutowi Dumańskiego w oczy prosto i nieustraszenie, i nawet - choć wiedział, że koguty nie znają ludzkiej mowy - wyrwało mu się:
          - Uważaj... Bo ja teraz jestem Michaś...
          Kogut Dumańskiego zawahał się, nieco zwolnił i w końcu też się zatrzymał. Misiu westchnął głęboko i poczuł wielką dumę. Nagle w pełni pojął, co to znaczy być Michasiem. Nawet Kogut Dumańskiego się z nim liczy. „Teraz możesz sobie nawet mnie uszczypnąć. I tak się nie boję”. Pomału odwrócił się i poszedł w stronę Dołka Dla Józwy. Tam czekał Adaś, z miną nieco zdumioną i pełną podziwu. Jednak nie za długo, bo nagle zaczął krzyczeć:
          - Misiu! Uważaj!
          - Co...? Auć...! - Misiu wrzasnął z bólu i spojrzał za siebie. Za nim stał Kogut Dumańskiego. Uparty skubaniec. Jednak nie był już taki nastroszony, jak zawsze. Misiu to zauważył i wcale się nie przestraszył. Mocno tupnął nogą i Kogut Dumańskiego odwrócił się, i sobie poszedł. Od tego momentu więcej ich nie atakował.
          Misiu podszedł do braciszka jak bohater.
          - Mówiłem ci, że nie masz już do mnie wołać Misiu.
          - Dobrze Mi... Michaś. - Adaś był pełen podziwu.
         - I uważaj,  bo w końcu wpadniesz do Dołka Dla Józwy. - Złapał braciszka za rękę i poszli w stronę krzaka perskiego bzu, zza którego widać już było przedszkole. Za nimi pozostał lekki smród, który jeszcze dochodził z dołka. Jakby nie było, przedwczoraj zostawili tam wespół z Januszkiem trzy kupy. „Po przedszkolu trzeba będzie przykryć gałęziami” - pomyślał Misiu. - „Może jeszcze kogoś uda się wciągnąć w pułapkę...”

                                                                                                                                                       cdn.










6 komentarzy:

  1. Za każdym razem kiedy czytam o Michałku i kogucie uśmiecham się do autora, bo przecież, pewnie więcej nas jest z tymi wspomnieniami. Chociaż zupełnie nie potrafię ich spisać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam, jak bardzo bałam się naszego koguta! Pewnego dnia wskoczył mi na plecy i dostałam ataku histerii. Wtedy mój chrzestny ojciec wziął siekierę... i był rosół;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Znaczy z koguta:) Nie ze mnie;)

    OdpowiedzUsuń
  4. I ja się uśmiecham do tych wspomnień Michasia, trochę żałuję, że moje tak słabo pamiętam.

    A Michasiowi gratuluję odwagi! I fantazji w tworzeniu zasadzek :))

    OdpowiedzUsuń
  5. Michaś to inteligentna bestyjka:) Ciekawe, jaki będzie, gdy dorośnie?:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo przejmująca opowieść o braniu sie z życiem za bary, o dojrzałości, o odwadze, fragment z kogutem mrożący krew w żyłach.

    OdpowiedzUsuń