środa, 2 marca 2011

Romek




Zofia Sumczyńska                                         Ilustracja
Niektóre dusze mają piekło już tu, na ziemi. Trafiają do nieudanego ciała, a ich cierpienie, tak sądzę, jest dla nas niewyobrażalne. Patrząc na to odczuwamy ból, jednak nie ulega wątpliwości, że największy jest ból matki.



       








          Czerwcowa niedziela i w samochodzie było dosyć gorąco. W Bobowie skręcił w lewo za damskim głosem z gps-u, na skróty. Znaleźli się w tunelu z zielonych liści i auto zaczęło podskakiwać na wyboistej drodze.
          Misiu uwielbiał takie skróty, niespodziewane, nieznane, wymyślane przez głupie urządzenie. Uwielbiał oglądać wioski i lasy, których, choć w pobliżu, nigdy dotychczas nie widział.
Matka też chyba lubiła. Chociaż nie wiadomo, bo wciąż milczała, wpatrując się w umykający do tyłu krajobraz. Siedziała trzymając  kurczowo uchwyt nad oknem, lewą ręką obejmując wszystkie blizny swojego życia. Te od chorób kobiecych, od woreczka żółciowego, od tarczycy  i otwartego serca. I tą najstarszą, największą, która teraz, w miarę jak się zbliżali, zaczynała się otwierać i krwawić.
Na kolanach miała też damską torebkę, a z tyłu na kanapie w foliowej torbie leżało pudełko z ptasim mleczkiem i kurtka na wietrzną pogodę z lumpeksu.
Matka wciąż milczała  i Misiowi było to na rękę. Wolał w ciszy kontemplować mijane wioski, gotyckie kościółki i gniazda z młodymi bocianami. Jego rana też zaczynała sączyć. To była wspólna rana.

          Po czterdziestu kilometrach gps kazał skręcić w prawo. Dwa kilometry jechali polną drogą. W niezłej trzęsiawce ciągnęli za sobą chmurę pyłu.
Bagienko po prawej, które przez lata tu widział, całkiem pożarły zarośla.
Dalej na lewo otwarta brama. Długim podjazdem pod konarami dębów wjechali na dziedziniec przed pałacem. Misiu zawrócił i zaparkował pod tym samym drzewem, jak zawsze.
          - Chyba jeszcze mają obiad - powiedziała Matka. - Pójdę zobaczyć i cię zawołam.
          - Dobra... - Misiu też wygramolił się z auta. - Pójdę już teraz.

          Od strony pałacu biegła jakaś pokręcona dziewczyna.
          - Uważaj, ona będzie chciała od ciebie pieniądze. I na telefon uważaj, bo potrafi wyciągnąć z kieszeni. - Matka widać już to poznała. Poczuł się nieswojo, bardzo dawno tu nie był.
          - Przepraszam pana, mogę pana o coś zapytać? - Za Misia plecami nie wiadomo skąd zjawił się jakiś wychudzony chłopak. Jego głowa podrygiwała w dziwnych odruchach.
          - Pytaj, nie ma sprawy.
          - Czy może mnie pan poczęstować papierosem.
          - Oj, niestety nie, ja nie palę.
          Zza węgła pałacu, od strony parku, wybiegł grubas. Grubasa Misiu pamiętał dobrze i wiedział czego można się spodziewać. Podał mu rękę i zaczął wysłuchiwać monotonnych dźwięków: „...eska, ...omek, ...aeska, ...omek” -  z wtrąceniami bardziej nieludzkimi, na kształt nocnych zawodzeń, które czasami można usłyszeć głęboko w lesie - ogólnie jednak pełnych radosnych emocji.

          Weszli do holu i dalej, po szerokich schodach, na korytarz. Na wprost w świetlicy chmara potworków oglądała coś w telewizorze. Poszli na lewo do gabinetu pani Marysi, pielęgniarki.
          - Ooo!!! Witam, witam! Proszę wejść. Zaraz zobaczę, czy Romek zjadł obiad. - Nic się nie zmieniła. Jedynie w jej kruczoczarne włosy zaczęły się wciskać drobiny srebra. - Aniu, zobacz co się z Romkiem dzieje, ma gości! - wrzasnęła w korytarz, w stronę stołówki.
          Po chwili z oddali usłyszeli charakterystyczne odgłosy, miarowe hy, hy, ni to śmiech, ni to chrząkanie.  W drzwiach pojawił się Romek. Mikre ciałko strasznie pokręcone, jakby według Henry Moore'a, podbiegło prosto do foliowej reklamówki. Romek zajrzał do środka, błyskawicznie wyciągnął kurtkę z lumpeksu i zaczął ubierać, wciąż wydając te same dźwięki, jedyne, jakie potrafił z siebie wydobyć. Potem spojrzał w oczy Misia, wzrokiem spode łba, nieobecnym, z innego świata. Pokręconą dłonią zaczął ciągnąć na zewnątrz, do samochodu. Hy, hy... hy, hy. Przy aucie zaczął kaszleć. Był słabiutki, nie ciągnął już tak, jak kiedyś. Na pewno ostatnie zapalenie płuc dało mu się nieźle we znaki.

          W lesie zajechali na małą polankę, tam gdzie zawsze. Romek pochłaniał ptasie mleczko, ale też nie tak, jak kiedyś. Już się nie upierał, był coraz spokojniejszy i w końcu, o dziwo, sam zaczął wracać do samochodu. Widać był bardzo zmęczony, jego wychudzone nóżki trzęsły się jak gałęzie krzewów wokół polany. Był przyjemny wiaterek.

          Wracali przez Gniew znaną drogą, bez gps-a. Matka chciała zobaczyć, jak wylała Wisła. Poza tym  oboje milczeli. W milczeniu szybciej zasklepiała się wspólna rana.


                                                          ***

4 komentarze:

  1. Otwierasz moje stare rany, ale to nic złego. Czasem dobrze wrócić i w sobie wszystko od nowa ułożyć :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj:) Mam wrażenie, że z Misiem już spotkałam sie:)Ten sam sposób ukazywania świata, hm...

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj, Alicjo:) Bardzo mi miło, że ten sposób ukazywania świata skłonił Cię do zerknięcia i tutaj:) Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Piszesz o bardzo głębokich emocjach... Będę musiała sobie dawkować Twoje opowieści.
    Ta jest bardzo prawdziwa i budzi we mnie olbrzymie pokłady współczucia.

    OdpowiedzUsuń