piątek, 4 marca 2011

Śpiący Mietek



Stanisław Wyspiański                                          Śpiący Mietek
                     Szczebelki w łóżeczku właściwie są  niepotrzebne. Misiu przecież zna swoje możliwości. Jest już na tyle dużym chłopczykiem, że podczas snu nie wypadnie na podłogę. Szkoda, że nie dostał jeszcze tapczanika dla większych dzieci. Rodzice już długo o nim mówią, ale co z tego, kiedy wciąż pozostaje to w sferze obietnic. Gdyby nie było tych szczebelków, lepiej widziałby portret Śpiącego Mietka, wiszący na ścianie. Namalował go jakiś pan Wyspiański - najprawdopodobniej jeden z pacjentów Kocborowa, ale co do tego Misiu nie miał pewności.

                 Śpiący Mietek jest bardzo ważny dla Misia. Oprócz tego, że pomaga zasnąć, jest wciąż obecny w tej znaczącej części jego życia, ograniczonej  ścianami dziecinnego pokoju – z dwoma łóżeczkami, czarną szafą na ubrania i tak zwaną biblioteczką, służącą za magazyn akcesoriów, pomagających wymyślać z braciszkiem przeróżne zabawy. Śpiący Mietek najczęściej udaje, że śpi. Misiu jest o tym przekonany, bo czuje się obserwowany w każdej sytuacji – w czasie zabaw z braciszkiem, albo podczas różnorakich eksperymentów, polegających na przykład na wkładaniu gwoździa w jedną z dziurek w tak zwanym gniazdku elektrycznym, albo też podczas zaglądania w dziurkę od klucza, w celu poszukania odpowiedzi na pytanie: „Co też tam się dzieje w pokoju rodziców?” Jedynie podczas odmawiania paciorka do Bozi Śpiący Mietek wygląda na prawdziwie śpiącego, może dlatego, że faktycznie zaczyna się pora do spania.

              Szkoda. Braciszek już śpi od dłuższej chwili, sądząc po miarowym sapaniu, a Misiu wciąż próbuje ogarnąć całą postać Śpiącego Mietka – w świetle słabej żarówki, którą mamusia obiecała zgasić dopiero wtedy, gdy Misiu zaśnie.
             Już chyba niedługo, bo obraz zaczął się rozmywać, oddalać i zapadać w ciemność. I teraz właśnie Misiu poczuł to, co już nieraz się zdarzyło. Poczuł, że jego głowa zaczyna się powiększać, a cała reszta pozostaje malutka. Zaczęła puchnąć do monstrualnych rozmiarów i staje się coraz cięższa i cięższa. Mimo to  jednak –  mimo rosnącego ciężaru i wielkości – ciągnie gdzieś w górę, gdzieś  byle dalej od reszty ciała, od wszystkiego. A może nie? Może tylko trochę, żeby jedynie zerknąć z góry na pozostałość? Jak zwykle Misiu nie wie, ale chce się dowiedzieć. Ciekawość rośnie tym bardziej, im bardziej pęcznieje jego głowa. Pojawia się coraz więcej przeróżnych ciekawskich pytań, aż wreszcie nadchodzi pytanie to ostatnie, to co zawsze – inne od pozostałych. Inne, bo przepełnione nagłym, potwornym lękiem: „Co się stanie, jeśli to jest nieodwracalne? Dokąd to zmierza?”

             I znowu lęk wygrał z ciekawością. Misiu już wie z doświadczenia, co ma zrobić. Z trudem podnosi powieki, żeby zobaczyć chociaż fragment Śpiącego Mietka. Fuuu – lęk ulatuje, jakby dymek od zdmuchniętej świeczki, i wszystko wraca do rozmiarów łóżeczka. Śpiący Mietek śpi naprawdę z pewnością, bo nic nie zauważył. I nic złego się nie stało.
          Misiu także zasnął. Bardzo dobrze, bo jutro przecież pójdzie po raz pierwszy do przedszkola.[...]

2 komentarze:

  1. Bardzo wzruszająca opowieść o dziecięcych lękach :) A ja miałam ducha na szafie!
    pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja będąc dzieckiem, obserwowałam przesuwające się po ścianach światła przejeżdżających pociągów.Zawsze mnie uspakajały... pozdrawiam:))

    OdpowiedzUsuń