piątek, 15 kwietnia 2011

Holter

Zofia Sumczyńska                  technika mieszana




          Od dobrych dwóch miesięcy moje serducho znowu świruje: jakaś arytmia. Nieraz już się zdarzało, ale tak długo i tak intensywnie jeszcze nigdy. Założyli mi więc aparacik Holtera, żeby zrobić całodobowe EKG. Z raportem z badania kazali pójść do tak zwanego lekarza pierwszego kontaktu. Ponieważ ten jednak zachorował, trafiłem do lekarki, która - żeby było ciekawiej - nazywa się Wymądrzyńska.

          Za biurkiem zobaczyłem kobietę o posturze dziecka i przedziwnej urody; tego typu, który od razu wymusza pytanie: "Ładna ona, czy brzydka?"
          - W czym mogę pomóc? - zapytała głosem, w którym jednak już nie dało się znaleźć ani odrobiny niedojrzałości.
          - Odebrałem wynik z badania Holtera - nieśmiało wydukałem. - Właściwie chodzi mi tylko o zerknięcie, czy jest tu coś groźnego…
          - Badanie robiono panu w jakim celu? - W jej głosie było coś niesamowitego; jakieś ciepło i bezgraniczny spokój. I pomyślałem sobie, że relanium, które połknąłem w poczekalni z powodu paniki, było niepotrzebne.
          Po moich wyjaśnieniach zaczęła studiować raport. Jej dziwne, jakby zaspane oczka wpatrywały się w pismo bardzo długo, a krótkimi palcami małych rączek wklepywała coś do laptopa.
          Trwało to długo. Na tyle długo, że wzbudziło u mnie wątpliwości: „Młoda i nie wie, o co w tym chodzi. Relanium jednak było…”
          - Proszę pana… - znowu ten głos. - To badanie jest bardzo obiektywne. I dla pana najlepsze, jakie mogło być w pańskiej sytuacji. Pokazuje rzeczywisty stan pracy pańskiego serca, a w chwilach, w których pan zaznaczył zwiększone odczuwanie dolegliwości, praca ta jest wręcz wzorcowa. Co pan jeszcze odczuwał oprócz zaburzeń rytmu?
          - Lęk… Najgorszy ten lęk, cholera...
          - Czy oprócz zawału, który miał pan trzydzieści lat temu, zdarzyło się jeszcze coś, co może powodować lęk?
          - W zasadzie nie… Trzydzieści lat temu były inne czasy. Zostałem mocno przestraszony. Powiedzieli mi, że miałem zawał, więc jestem inwalidą, że nie wolno mi ręki podnieść… A byłem młody, silny, w pełni sprawny, kategoria "a"...
          - Podcięto panu skrzydła. - Jej głos można było przyrównać już chyba tylko do miodu. Relanium było całkiem niepotrzebne.
          - Tak, dokładnie…
          - Czy próbował pan coś brać, żeby zmniejszyć lęk?
          - Tak, coaxil, pramolan, sinequan…
          - Czy coaxil…?
          - Zero efektu.
          - Jest coś takiego, jak hydroxyzyna….
          - Nie, nie mogę. Powoduje u mnie arytmię. Relanium…. Tylko relanium.
          - Ale wie pan, że relanium…
          - Tak, wiem. Staram się tylko doraźnie…

          Po takiej mniej więcej wymianie zdań na temat znajomości różnych farmaceutyków uzyskałem pewność, że gadam jak równy z równym. Natomiast pani  doktor Wymądrzyńska  na dłuższą chwilę zagłębiła się w laptopie.
          - Bierze pan w tej chwili acard, atrox i betaloc? Czy coś jeszcze?
          - Relanium… Ale tylko doraźnie…
          - Proszę pana, zapiszę panu taki zestaw elektrolitów. Magnez i potas. I betaloc zamienimy na coś bardziej wybiórczego. To na dzień dzisiejszy powinno wystarczyć.

          Podziękowałem za recepty. Kiedy wstałem, pani Wymądrzyńska też wstała. To, że sięgała mi nieco powyżej pasa wcale mnie nie zdziwiło. Poczułem jednak coś dziwnego; jakieś takie wrażenie, jakbym to ja był przy niej bardzo malutki.
          - To znaczy, że jeszcze nie umieram…? - zapytałem nieśmiało. - Nie muszę na gwałt ganiać do kardiologa?
          - Nie musi pan. - Coś od niej promieniowało. - Otrzymał pan energetyczną dawkę, która powinna wystarczyć. Tak jakby na środku miasta postawiono nową elektrownię.

          Przez całą drogę do domu zastanawiałem się, co to właściwie miało znaczyć. Kobieta, nie wiadomo czy stara, czy młoda, czy ładna, czy brzydka, o posturze dziecka, jakieś dziwne rzeczy o elektrowni opowiada.

          Jakaś nawiedzona, czy ki diabeł?
A może po prostu mądra ta Wymądrzyńska i wie, jak ze świrami postępować…?
          Dopiero wieczorem uświadomiłem sobie, że nie odczuwam żadnej arytmii. Tych nowych tabletek jeszcze nie kupiłem.
         

7 komentarzy:

  1. Daj mi namiar, potrzebuję takiej właśnie lekarki :) szczęściarz :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Po prostu dobry fachowiec z sercem we właściwym miejscu :) Oby Jej elektrownia działała i działała ... :)
    pozdrowienia i powodzenia, żebyś się z tym Holterem nie musiał za często nosić :)!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki IW :) Tekst jest, co nieco, konfabulacją, jednak - rzeczywiście - z tym Holterem nie chciałbym mieć za dużo do czynienia. Chociaż z drugiej strony nie ukrywam, że takie "gadżety" mnie fascynują. Zwłaszcza, kiedy mogę obserwować, jak ulegają miniaturyzacji :)

    OdpowiedzUsuń
  4. tez miałem holtera i jednego - tego na przylepce - i drugiego - ciśnieniowego. Oba są fajne:) a pani doktor Wymądrzyńska przywraca moją wiarę w ludzi:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ależ by mi się taka dr Wymądrzyńska przydała!

    OdpowiedzUsuń
  6. Kolejny przykład na to, że pozory mylą. To nie wina doktor, że ma posturę taką, jaką ma. Być może wolałaby mieć inną.

    Ciekawe opowiadania, lubię takie obrazki z życia. Pozdrawiam

    A.K.

    OdpowiedzUsuń