wtorek, 17 maja 2011

Guo Tie, czyli kanarek z Szanghaju (1)

Guo Tie 锅贴

Dwie szklanki mąki zalać wrzątkiem i zamieszać. Po przestygnięciu przez kilka minut wyrabiać ręcznie i odstawić, by odpoczęło. Dolewając wody, lub dodając mąki – doprowadzić do stanu elastyczności. Cienko rozwałkować.
Nadzienie zrobić z ćwierć kilograma zmielonej wieprzowiny i ćwierć kilograma posiekanych krewetek, doprawionych winem ryżowym, sosem sojowym, olejem sezamowym, imbirem i posiekanym szczypiorkiem.
Lepić pierożki nieduże, o wydłużonym kształcie.
Najpierw zrumienić je na patelni, na gorącym oleju, potem zalać wodą i dusić, aż staną się dobre do jedzenia.
Smacznego :)

                                              Terkot telefonu wdzierał się w świat sennych marzeń, niczym wiertło do trepanacji czaszki, a wciąż narastający ból w końcu uświadomił Misiowi, że istnieje też świat realny, na jawie. Leniwie wyciągnął dłoń spod koca, próbując odszukać słuchawkę.
          - B...b... ból... gól...brrr... - To miały być jakieś słowa, jednak w rezultacie został jedynie opluty kawałek telefonu.
         - Misiu! Jesteś tam?! - w głosie Andrzeja słychać było niepokój. - Jest kwadrans po siódmej! Wyskakuj z wyra!
       Misiu wysunął spod koca także głowę i rozpoczął otwieranie oczu. Jeszcze nie był dokładnie pewny, gdzie się aktualnie znajduje, dlatego - w nadziei, że dowie się czegoś więcej - postanowił zadać zasadnicze pytanie:
             - Tak...?
           - No wstawaj i wskakuj pod zimny prysznic! - Andrzej dalej naciskał. - O ósmej czekam na dole! Zmieniasz mnie, zapomniałeś?
             - Aha...
             - I ruszaj się, bo nie zdążysz zjeść śniadania!
             - Tak... śniadania...
             - I nie zapomnij nakarmić kanarka!
         - Tak... kanarka - powtórzył bezwiednie. - Kanarka?!!! - Misiu krzyknął oprzytomniałym z lekka głosem, bo usłyszał coś zdumiewającego. Gwałtownie usiadł na brzegu koi i wrzasnął jeszcze raz: - Auć!!!
          Zdawać się mogło, że w głowie ma tylko pustkę. Jednak - jednocześnie - coś rozsadzało mu głowę od wewnątrz. Pustka raczej nie rozsadza, więc z tego „coś” w końcu zaczęły wyłaniać się jakieś obrazy. Misiu oparł twarz na dłoniach, żeby lepiej się skupić, i zaczął mozolnie wyszarpywać skrawki z pamięci.

                                             Późnym wieczorem wybrali się we trzech do tej starszej części Szanghaju, gdzieś w okolice Bund. I Misiu nie dałby głowy, ale coś mu świtało, że to był jakiś Dom Marynarza. Po szerokich schodach wleźli na piętro, gdzie z lewej strony dużego holu był mały sklepik z pamiątkami, a na prawo wejście do sali restauracyjnej. Andrzej - Czwarty Mechanik - prowadził bezbłędnie; wiedział, gdzie robią najlepsze pierogi świata i wiedział też, że nazywają się Guo Tie.
          Kiedy siedzieli już przy kwadratowym stole, z ust Edzia Elektryka padło pytanie, które zwykle pada w takich okolicznościach:
          - Co pijemy?
         - Klonówę! - zaśpiewali wszyscy trzej chórem, łącznie z Edziem, bo jego pytanie było tylko retoryczne. Klonówa była najtańszą wódką w Chinach. I najprawdopodobniej najmocniejszą; tak mocną, że na szyjce butelki - w miejscu, gdzie kończy się alkohol, a nad nim są już tylko uwięzione pod nakrętką jego opary - widać było białawą obwódkę, świadczącą z pewnością o tym, że szkło było przez coś zżerane.
          Prawdę mówiąc nikt nie wiedział, jak faktycznie nazywa się ta wódka. Żaden marynarz nie był w stanie zrozumieć widniejących na nalepce „krzaków”, natomiast namalowany tuż nad nimi liść, kształtem przypominający liść klonu, podpowiedział nazwę, która powszechnie wśród marynarzy się przyjęła.
          Klonówa pojawiła się pierwsza. To było oczywiste. Można było ją pić nawet bez zakąski, bo w smaku była niezła i pozornie łagodna. Miała tylko jedną wadę: jak już się zaczęło, to strasznie trudno było przestać, bo kac był niemiłosierny.
        Wreszcie - kiedy na środku stołu pojawił się talerz z ogromną ilością pierogów okazało się, że nie ma już do nich popitki i trzeba było zamówić następną butelkę. Guo Tie właściwie nie były pierogami, tylko pierożkami, a sterta w ilości sześćdziesięciu sztuk była prawdziwą rozkoszą dla wszystkich zmysłów. Miały kształt wydłużony, z lekko wygiętym w łuk grzbietem, pomarszczonym przez palce Chińczyka. Z jednej strony były przyrumienione do pięknej mieszaniny brązu i złota, a zniewalający aromat zawładnął całym otoczeniem stołu.
          Misiu przegryzł pierożka na pół i tym sposobem poruszył zmysł najważniejszy w tej sytuacji. Zresztą nie tylko on; wszyscy trzej poczuli smak i poczuli się jakoś lekko. Może po trosze od klonówy, ale nie tylko. Smaku pierogów chyba nie da się opisać. Dość powiedzieć, że wszyscy poczuli rozkosz w gębie. Popadli w stan kulinarnej euforii – jak najbardziej pasujący do dziewiętnastowiecznej architektury wnętrza. Detale restauracyjnych mebli, ozdoby na ścianach, filary i stiuki na suficie – wszystko to nie miałoby racji bytu w tym miejscu bez zapachów dobiegających z kuchni, bez uwijających się wśród stołów kelnerów i bez tego, co na stole. Wszystko idealnie współgrało, było naturalne i oczywiste. Guo Tie także. Chociaż ich zawartość pozostawała dla trzech towarzyszy tajemnicą. Owszem, próbowali co jakiś czas, rozbierając pieroga, dostrzec co też takiego wyziera z wnętrza farszu. I nawet zdarzało się, że któryś zauważał wśród posiekanych krewetek kawałek psa, czy też szczura. Była to jednak rzecz drugorzędna. Najważniejsze, że bardzo im smakowało.
           Poszli sikać. Najpierw Andrzej, zaraz potem Misiu. Wracając zajrzeli do sklepiku z pamiątkami, a tam wielkie zaskoczenie; oprócz typowego dla takich miejsc asortymentu zobaczyli ogromną klatkę, zajmującą dobre pięć metrów kwadratowych pomieszczenia, w której widać było chyba ze dwieście przeróżnej maści kanarków. Wszystkie spały. Nie przeszkadzało to jednak, żeby Misiu nie przypomniał sobie, że kiedyś pewnemu hodowcy w kraju obiecał przywieźć z dalekich krajów kanarka, w celu - jak to tamten mówił - odnowienia krwi.
         I stało się. Chociaż nie tak prędko, bo negocjacje z bardzo chudym i bardzo ruchliwym sprzedawcą były dosyć żmudne. A głównie chodziło o to, że kanarek musi być kanarkiem śpiewającym. I to nie byle jak; musi śpiewać pięknie, niepowtarzalnie - tak, jak nie śpiewa żaden kanarek w Polsce. W sklepiku pojawił się też Edziu Elektryk i wszyscy trzej udowadniali Chińczykowi, że nie dadzą się nabrać na jego gadki o tym, że wszystkie kanarki uwięzione w wielkiej klatce śpiewają. A chudzielec upierał się, że gwarantuje na sto procent, że wszystkie śpiewają, ale nie udowodni tego, bo przecież w tej chwili śpią. Mogłoby to trwać do samego rana, z przerwami na opróżnianie następnej klonówy, jednak nagle przez gwar debatujących przebiło się cieniutkie: piiiii... Zupełnie tak, jakby jeden z ptaszków chciał powiedzieć: „cicho, do cholery, bo chcemy spać!” I zrobiło się cicho. Wszyscy czterej na moment zamilkli, wpatrując się w wielką klatkę.
          - To on! - Misiu przerwał ciszę, zbliżając wskazujący palec do bambusowych prętów. - To na pewno on. Widziałem, jak mu się dzióbek otworzył!
        - OK! - Chińczyk nie zważał na to, że palec Misia kiwał się mocno na boki, jak przystało na palec marynarza. - Zaraz go złapię.
          Otworzył delikatnie drzwi do klatki, wszedł do środka i drzwi zamknął. I kiedy zaczął wyciągać rękę w kierunku tego niby właściwego, stało się coś strasznego. W klatce zrobił się wielki tumult, jakby ktoś zaczął miksować kolorowe, przeważnie żółte, pierze z ptasim jazgotem. Chińczyk stał się widoczny dopiero wtedy, kiedy się wszystko uspokoiło. Wyszedł z klatki zdyszany, trzymając w garści ptaszka.
      - To ten - powiedział triumfalnym głosem, jak myśliwy po udanych łowach. - Gwarantuję, że jutro zaśpiewa „Międzynarodówkę”.

        Misiu wstał z koi i rozejrzał się po kabinie. Klatka stała na biurku i była piękna. Bambusowe pręciki, powyginane w łuki, tworzyły zgrabne sklepienie, zamykając od góry prostopadłościan. Przy małych drzwiczkach, od wewnątrz, doczepione były porcelanowe naczynia na pokarm i wodę. W środku siedział ptaszek, kurczowo obejmując pazurkami drewnianą poprzeczkę. Miał barwę zbliżoną do barwy pomarańczy, jedynie w dolnych partiach skrzydełek zdawało się, jakby ktoś maznął z lekka biała farbą. Ruszając główką patrzył na Misia, raz jednym, raz drugim okiem. Patrzył też jakby z ciekawością i też może sobie pomyślał, że to nie jest sen.
         Obok klatki stała duża, papierowa torebka z jakimś ziarnem. Misiu wsypał trochę do jednego z naczyń, do drugiego nalał wody i zaczął się szykować do wachty. Kiedy wychodził z kabiny, kanarek już sobie coś skubał, popijając wodą. Podreptał też po patyku, popatrzył wte i wewte, ale nie wydał żadnego głosu. Kanarek milczał.

(cdn)

poniedziałek, 9 maja 2011

Misiu i Małgorzata - początek


Maj, cholera... Kiedyś mi powiedział jeden filozof, że na wiosnę, a szczególnie w maju, organizmy płci przeciwnej lgną ku sobie.
A ja, z tej okazji, że jest maj, wrzucę tu taki majowy kawałek - fragment powieści, nad którą pracuję, pod tytułem „Misiu i Małgorzata”. Potem będzie jeszcze kilka fragmentów.



                    Przedzierał się wśród trzcin i krzewów. Wąska ścieżka wydeptana wzdłuż brzegu jeziora była skrótem łączącym centrum miasta z częścią, gdzie mieściła się jego szkoła. Szedł tam bardzo niechętnie, jak zwykle zresztą, kiedy z powodu spóźnienia musiał skracać sobie drogę. Było brzydko i nieprzyjemnie. Teren nie dość, że bagnisty, to jeszcze zawalony stertami wszelakiego śmiecia, świadczącego o umiłowaniu okolicy przez tą część miejskiej społeczności, która musi robić pewne rzeczy w ukryciu, a nie bardzo ma gdzie. „I jeszcze ta brudna, śmierdząca woda. A jezioro, o ironio, nazywa się Domowe Małe” – myślał sobie. „Żeby choć jakiś łabędź zechciał tu pływać. Od razu byłoby ciekawiej.”

           Nawet gdzieniegdzie widoczne dzikie kaczki swoim brudno-brązowo-szarym upierzeniem jeszcze bardziej podkreślały smutek tego miejsca. A szkoda – gdyby to pozostawić samej przyrodzie, szedłby teraz przez rajski zakątek.
          Misiu przyśpieszył kroku, przeskoczył nad zmurszałym pniem powalonej olchy, ominął krzew czarnego bzu okryty świeżą, majową zielenią, skręcił w prawo na ostatnią prostą tego nieszczęsnego skrótu i nagle gwałtownie wyhamował. Zobaczył coś, czego tu niewątpliwie brakowało; dostojnym krokiem, jakby w zwolnionym tempie, po ścieżce poruszały się łabędzie. Łabędzie – tak mu się pomyślało. Oba jednak były w ludzkiej skórze. 
          Tamten wiosenny dzień był przełomowym w życiu siedemnastoletniego ucznia małomiasteczkowego liceum; Misiu wnet zapomniał o drobnej blondynce, którą pamiętał jeszcze z poprzedniej szkoły, którą znał co prawda tylko z widzenia, w której jednak był wciąż zakochany – dziwną miłością, wyidealizowaną, ze snu.
          Polubił skrót nad jeziorem. Biegał tamtędy już codziennie z nadzieją, że znowu dozna olśnienia. I nie zawiódł się. Trafiał bardzo często. Napawał się widokiem długich nóg, które wciąż poruszały się z wolna, jakby leniwie. Łabędź. Długie, ciemne włosy, falując w harmonii z odmierzaniem kroków, spływały prawie do pasa.
          Dziewczyny były dwie. Jedna jednak, o włosach jasnych i krótkich, stanowiła tylko dopełnienie obrazu; była tłem i z czasem nawet zaczęła przeszkadzać. Pragnął koncentrować się wyłącznie na tej ciemnowłosej, a kiedy był już pewny, że chodzi do tej samej co ona szkoły, żył w ciągłym niepokoju. Na przerwach przemierzał wszystkie korytarze, lustrował boisko i z biciem serca napawał się widokiem tajemniczej istoty. Przeważnie z oddali poznawał jej twarz, jej zachowania, jej mimikę, wyraz oczu. A kiedy przypadkiem udawało mu się podejść bliżej, dostrzegał szczegóły - zmysłowe, szerokie usta i lekko figlarne spojrzenie zza dużych okularów.
          Z każdym też dniem coraz bardziej nabierał pewności, że i ona go obserwuje. Może to było tylko złudzenie, jednak chciał tego i zaczął żyć wielkim marzeniem.
          Wiedział o sobie jedno: nigdy nie odważy się podejść do niej i odezwać. Wrodzona nieśmiałość skazywała go na następną miłość w marzeniach – przedsennych i sennych.

                     Wracał do domu po trzech tylko lekcjach. Było więc wcześnie i można by rzec: “Dzień się dopiero zaczyna“. Fakt ten, a także ciągła obecność wiosennego słońca nastrajały go bardzo pozytywnie. Szedł główną ulicą miasta, oglądając co ciekawsze wystawy sklepowe; zajrzał do księgarni, zerknął na ruski kolorowy telewizor w sklepie AGD i dalej - koło kwiaciarni, przez parking przy głównym skrzyżowaniu.
          – „A cóż to?” – Nagle poczuł, że serce zaczyna mu walić jak na lekcji wuefu. Chodnikiem od strony jeziora, jak zwykle leniwym krokiem szła ona, obiekt jego marzeń. Była jednak zdublowana! Dwie były! Identyczne! Misiu był tak zdumiony, że przez chwilę zapomniał dokąd zmierza. 
          – „A to niespodzianka. Niechybnie bliźniaczki, jednojajowe” – stwierdził, kiedy jego mózg powrócił do normalnego funkcjonowania.
          Szedł dalej w lekkim oszołomieniu, a kątem oka widział, że przeszły na jego stronę. Doznał niezwykłego uczucia; coś mu podpowiedziało, że jest śledzony. Wrażenie to pogłębiło się, kiedy za rogiem z apteką wszedł w swoją ulicę.
          – “Jeśli skręcą, będzie to oznaczało, że idą za mną. Na sto procent” – wymyślił sobie. Skręciły. Miał więc całkowitą pewność. I wtedy też postanowił zwolnić kroku. Zwolnił do tego stopnia, że na plecach prawie poczuł bliźniacze oddechy. I nagle, a było to prawie koło domu, usłyszał ściszone głosy:
          – Chyba tu gdzieś mieszka... Jeśli wejdzie do domu idziemy dalej, jak gdyby nigdy nic... – Jakaś babska konspiracja. Misiu miał całkowitą pewność, że dotyczy jego osoby. I może ta pewność właśnie sprawiła, że nagle, przynajmniej na chwilę, zniknęła gdzieś cała jego wrodzona nieśmiałość.
          Zdyszany rzucił teczkę na łóżko i podbiegł do okna od ulicy. Dyskretnie zerknął na chodnik. – “Gdzie skręcą?” – gorączkowe pytanie. Już wie.
          Wyskoczył z domu, gotowy na wszystko. Pognał w stronę Bolesława Chrobrego i w lewo, w stronę dworca. Dogonił je przy samym banku, a zrobił to tak delikatnie i cicho, że wrażenie, jakie na nich wywołał, dało mu ogromną satysfakcję.
          – Czy koleżanki mają do mnie jakąś sprawę? – Misiu poczuł się bardzo dumny, kiedy usłyszał swój opanowany głos. Cisza. Patrzył i obserwował, jak zaczyna pąsowieć – tylko jedna z bliźniaczek.
          W taki właśnie sposób nabrał całkowitej pewności, która jest tą z jego marzeń.


          – Misiu...
          – Renata...
          – Małgorzata...
          Krótka prezentacja poszła gładko. I znowu cisza. Wobec perspektywy, że przeciągnie się aż do bólu, prawie zaczął tracić pewność siebie. 
          – No to... ja już sobie pójdę – odezwała się Renata-sobowtór. Ach, co za ulga.
          – Tak, idź już. – Małgorzata ciągle się rumieniła. – Ja tu jeszcze zostanę...
          Małgorzata. Małgorzata i Misiu. M i M... Czy to było gdzieś zapisane? Chyba tak - jak to, że jednomyślnie ruszyli w tą samą stronę, wzdłuż szpaleru kwitnących kasztanów, pomalutku i z wielką tremą. Półsłówka, całe słowa, zdania. Wreszcie powstał obraz. Misiu nie był za bardzo zdziwiony; był to obraz, który w swojej wyobraźni widział dostatecznie długo; oboje czuli to samo, tego samego pragnęli, brnęli w tym samym kierunku – musieli się spotkać. Było to naturalną konsekwencją niedawnej przeszłości. Już patrzą na siebie bezpośrednio, prosto w oczy. Coraz śmielej i z radosnym uśmiechem. Cieszyli się z tego, że z każdym słowem znikają obawy przed rozczarowaniem.
          Potem były delikatne muśnięcia dłoni o dłoń, jak to w czasie spaceru. Zaczęli czuć swój zapach. Poczuli swoją bliskość.
          Doszli do kiosku koło LOK-u. W wypolerowanej powierzchni szkła na tle gazet i innych drobiazgów dostrzegł słabe odbicie twarzy. Twarzy ich obojga – obok siebie. “Niewiarygodne, nagłe, tak bardzo niespodziewane“.
          Lekki uśmiech zza okularów Małgorzaty – czuł to – był odpowiedzią na jego myśli.
          – Czas wracać. Muszę już iść do domu – wyszeptała.
          – Mogę cię odprowadzić? – Była to właściwie odpowiedź na pytanie w jej oczach.

                 Wracał uskrzydlony. Prawie unosił się do ukwieconych koron kasztanów. Czuł się młodym, wiosennym ptakiem. Chciało mu się śpiewać. Dosyć daleki spacer w nieznane mu okolice miasta, długie „do widzenia” przy furtce małego domu, na samym końcu jakiejś bocznej uliczki, wspólna obietnica następnego spotkania, wiosna, kwitnąca wiosna. Misiu był prawie pewny, że poznał, co to znaczy być szczęśliwym.
          Do domu też wleciał ptakiem. I jak ptak, uderzający z dużą prędkością w szybę, nagle padł na ziemię [...]