poniedziałek, 9 maja 2011

Misiu i Małgorzata - początek


Maj, cholera... Kiedyś mi powiedział jeden filozof, że na wiosnę, a szczególnie w maju, organizmy płci przeciwnej lgną ku sobie.
A ja, z tej okazji, że jest maj, wrzucę tu taki majowy kawałek - fragment powieści, nad którą pracuję, pod tytułem „Misiu i Małgorzata”. Potem będzie jeszcze kilka fragmentów.



                    Przedzierał się wśród trzcin i krzewów. Wąska ścieżka wydeptana wzdłuż brzegu jeziora była skrótem łączącym centrum miasta z częścią, gdzie mieściła się jego szkoła. Szedł tam bardzo niechętnie, jak zwykle zresztą, kiedy z powodu spóźnienia musiał skracać sobie drogę. Było brzydko i nieprzyjemnie. Teren nie dość, że bagnisty, to jeszcze zawalony stertami wszelakiego śmiecia, świadczącego o umiłowaniu okolicy przez tą część miejskiej społeczności, która musi robić pewne rzeczy w ukryciu, a nie bardzo ma gdzie. „I jeszcze ta brudna, śmierdząca woda. A jezioro, o ironio, nazywa się Domowe Małe” – myślał sobie. „Żeby choć jakiś łabędź zechciał tu pływać. Od razu byłoby ciekawiej.”

           Nawet gdzieniegdzie widoczne dzikie kaczki swoim brudno-brązowo-szarym upierzeniem jeszcze bardziej podkreślały smutek tego miejsca. A szkoda – gdyby to pozostawić samej przyrodzie, szedłby teraz przez rajski zakątek.
          Misiu przyśpieszył kroku, przeskoczył nad zmurszałym pniem powalonej olchy, ominął krzew czarnego bzu okryty świeżą, majową zielenią, skręcił w prawo na ostatnią prostą tego nieszczęsnego skrótu i nagle gwałtownie wyhamował. Zobaczył coś, czego tu niewątpliwie brakowało; dostojnym krokiem, jakby w zwolnionym tempie, po ścieżce poruszały się łabędzie. Łabędzie – tak mu się pomyślało. Oba jednak były w ludzkiej skórze. 
          Tamten wiosenny dzień był przełomowym w życiu siedemnastoletniego ucznia małomiasteczkowego liceum; Misiu wnet zapomniał o drobnej blondynce, którą pamiętał jeszcze z poprzedniej szkoły, którą znał co prawda tylko z widzenia, w której jednak był wciąż zakochany – dziwną miłością, wyidealizowaną, ze snu.
          Polubił skrót nad jeziorem. Biegał tamtędy już codziennie z nadzieją, że znowu dozna olśnienia. I nie zawiódł się. Trafiał bardzo często. Napawał się widokiem długich nóg, które wciąż poruszały się z wolna, jakby leniwie. Łabędź. Długie, ciemne włosy, falując w harmonii z odmierzaniem kroków, spływały prawie do pasa.
          Dziewczyny były dwie. Jedna jednak, o włosach jasnych i krótkich, stanowiła tylko dopełnienie obrazu; była tłem i z czasem nawet zaczęła przeszkadzać. Pragnął koncentrować się wyłącznie na tej ciemnowłosej, a kiedy był już pewny, że chodzi do tej samej co ona szkoły, żył w ciągłym niepokoju. Na przerwach przemierzał wszystkie korytarze, lustrował boisko i z biciem serca napawał się widokiem tajemniczej istoty. Przeważnie z oddali poznawał jej twarz, jej zachowania, jej mimikę, wyraz oczu. A kiedy przypadkiem udawało mu się podejść bliżej, dostrzegał szczegóły - zmysłowe, szerokie usta i lekko figlarne spojrzenie zza dużych okularów.
          Z każdym też dniem coraz bardziej nabierał pewności, że i ona go obserwuje. Może to było tylko złudzenie, jednak chciał tego i zaczął żyć wielkim marzeniem.
          Wiedział o sobie jedno: nigdy nie odważy się podejść do niej i odezwać. Wrodzona nieśmiałość skazywała go na następną miłość w marzeniach – przedsennych i sennych.

                     Wracał do domu po trzech tylko lekcjach. Było więc wcześnie i można by rzec: “Dzień się dopiero zaczyna“. Fakt ten, a także ciągła obecność wiosennego słońca nastrajały go bardzo pozytywnie. Szedł główną ulicą miasta, oglądając co ciekawsze wystawy sklepowe; zajrzał do księgarni, zerknął na ruski kolorowy telewizor w sklepie AGD i dalej - koło kwiaciarni, przez parking przy głównym skrzyżowaniu.
          – „A cóż to?” – Nagle poczuł, że serce zaczyna mu walić jak na lekcji wuefu. Chodnikiem od strony jeziora, jak zwykle leniwym krokiem szła ona, obiekt jego marzeń. Była jednak zdublowana! Dwie były! Identyczne! Misiu był tak zdumiony, że przez chwilę zapomniał dokąd zmierza. 
          – „A to niespodzianka. Niechybnie bliźniaczki, jednojajowe” – stwierdził, kiedy jego mózg powrócił do normalnego funkcjonowania.
          Szedł dalej w lekkim oszołomieniu, a kątem oka widział, że przeszły na jego stronę. Doznał niezwykłego uczucia; coś mu podpowiedziało, że jest śledzony. Wrażenie to pogłębiło się, kiedy za rogiem z apteką wszedł w swoją ulicę.
          – “Jeśli skręcą, będzie to oznaczało, że idą za mną. Na sto procent” – wymyślił sobie. Skręciły. Miał więc całkowitą pewność. I wtedy też postanowił zwolnić kroku. Zwolnił do tego stopnia, że na plecach prawie poczuł bliźniacze oddechy. I nagle, a było to prawie koło domu, usłyszał ściszone głosy:
          – Chyba tu gdzieś mieszka... Jeśli wejdzie do domu idziemy dalej, jak gdyby nigdy nic... – Jakaś babska konspiracja. Misiu miał całkowitą pewność, że dotyczy jego osoby. I może ta pewność właśnie sprawiła, że nagle, przynajmniej na chwilę, zniknęła gdzieś cała jego wrodzona nieśmiałość.
          Zdyszany rzucił teczkę na łóżko i podbiegł do okna od ulicy. Dyskretnie zerknął na chodnik. – “Gdzie skręcą?” – gorączkowe pytanie. Już wie.
          Wyskoczył z domu, gotowy na wszystko. Pognał w stronę Bolesława Chrobrego i w lewo, w stronę dworca. Dogonił je przy samym banku, a zrobił to tak delikatnie i cicho, że wrażenie, jakie na nich wywołał, dało mu ogromną satysfakcję.
          – Czy koleżanki mają do mnie jakąś sprawę? – Misiu poczuł się bardzo dumny, kiedy usłyszał swój opanowany głos. Cisza. Patrzył i obserwował, jak zaczyna pąsowieć – tylko jedna z bliźniaczek.
          W taki właśnie sposób nabrał całkowitej pewności, która jest tą z jego marzeń.


          – Misiu...
          – Renata...
          – Małgorzata...
          Krótka prezentacja poszła gładko. I znowu cisza. Wobec perspektywy, że przeciągnie się aż do bólu, prawie zaczął tracić pewność siebie. 
          – No to... ja już sobie pójdę – odezwała się Renata-sobowtór. Ach, co za ulga.
          – Tak, idź już. – Małgorzata ciągle się rumieniła. – Ja tu jeszcze zostanę...
          Małgorzata. Małgorzata i Misiu. M i M... Czy to było gdzieś zapisane? Chyba tak - jak to, że jednomyślnie ruszyli w tą samą stronę, wzdłuż szpaleru kwitnących kasztanów, pomalutku i z wielką tremą. Półsłówka, całe słowa, zdania. Wreszcie powstał obraz. Misiu nie był za bardzo zdziwiony; był to obraz, który w swojej wyobraźni widział dostatecznie długo; oboje czuli to samo, tego samego pragnęli, brnęli w tym samym kierunku – musieli się spotkać. Było to naturalną konsekwencją niedawnej przeszłości. Już patrzą na siebie bezpośrednio, prosto w oczy. Coraz śmielej i z radosnym uśmiechem. Cieszyli się z tego, że z każdym słowem znikają obawy przed rozczarowaniem.
          Potem były delikatne muśnięcia dłoni o dłoń, jak to w czasie spaceru. Zaczęli czuć swój zapach. Poczuli swoją bliskość.
          Doszli do kiosku koło LOK-u. W wypolerowanej powierzchni szkła na tle gazet i innych drobiazgów dostrzegł słabe odbicie twarzy. Twarzy ich obojga – obok siebie. “Niewiarygodne, nagłe, tak bardzo niespodziewane“.
          Lekki uśmiech zza okularów Małgorzaty – czuł to – był odpowiedzią na jego myśli.
          – Czas wracać. Muszę już iść do domu – wyszeptała.
          – Mogę cię odprowadzić? – Była to właściwie odpowiedź na pytanie w jej oczach.

                 Wracał uskrzydlony. Prawie unosił się do ukwieconych koron kasztanów. Czuł się młodym, wiosennym ptakiem. Chciało mu się śpiewać. Dosyć daleki spacer w nieznane mu okolice miasta, długie „do widzenia” przy furtce małego domu, na samym końcu jakiejś bocznej uliczki, wspólna obietnica następnego spotkania, wiosna, kwitnąca wiosna. Misiu był prawie pewny, że poznał, co to znaczy być szczęśliwym.
          Do domu też wleciał ptakiem. I jak ptak, uderzający z dużą prędkością w szybę, nagle padł na ziemię [...]





4 komentarze:

  1. Majowy Misiu... nonono, pięknie... tylko dlaczego padł?

    OdpowiedzUsuń
  2. No wlasnie... Dlaczego?
    Czekam na nastepne z niecierpliwoscia:)
    Pozdrawiam;

    OdpowiedzUsuń
  3. Czyta się! Będę wyglądał książki. Ściskam najserdeczniej JJ

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobre! :) owszem, potwierdzam, maj to najlepszy afrodyzjak ;)

    OdpowiedzUsuń