poniedziałek, 6 czerwca 2011

Guo Tie, czyli kanarek z Szanghaju (2)

                                                                                     
                                                                                                              Ciepło prawie jak tam, na Morzu Południowochińskim i nic się nie chce. Jednak spróbowałem trochę się przełamać i wrzucam dalej co nieco  o żółtym ptaszku. Może komuś zechce się poczytać? :)                                                                                                                    

                                  Kanarek milczał także następnego dnia. I jeszcze następnego, i po tygodniu. Za każdym razem Misiu wychodził z maszyny z nadzieją, że usłyszy coś ciekawszego od hałasu swoich sprężarek. Jednak nie. Schładzał ładownie pod załadunek szynki, potem dokerzy już ładowali szynkę, a kanarek milczał. I potem, kiedy na statek przyszło chyba z milion Chińczyków, żeby obskrobać rdzę i pomalować blachy, kanarek nadal milczał. Wieczorami do kabiny Misia przychodził Andrzej z gitarą. Pili piwo i śpiewali, raz nawet „Międzynarodówkę”, jednak ptaszek nie miał ochoty zawtórować.
          - Wygląda na to, że kitajec cię zrobił na szaro - powiedział w końcu Andrzej.
          - Na to wygląda... - Misiu pokiwał głową zrezygnowany. - Ale nie będę składał reklamacji na ptaka. Niech już sobie tu żyje. Nawet go polubiłem, wiesz?
          - No tak, to widać - Andrzej wybałuszył oczy nieco ironicznie. - Nie możesz już żyć bez niego. A tak serio - Andrzej zrobił przerwę na duży łyk piwa - spróbuj jeszcze go wypuścić z klatki. Może on musi sobie polatać?
          - Polatać...? - Misiu też zassał z butelki. - A co ma latanie, kurwa, do śpiewania?
          - No... wiesz... - Andrzej głośno wypuścił nadmiar gazów z żołądka. - Wszystko możliwe. Możliwe, że to sprawa harmonii, rozumiesz? Takie, kurwa, ptasie jing i jang. Nie ma latania, nie ma śpiewania.
          - Tak, tak... - Misiu też beknął, dając tym samym do zrozumienia, co sądzi o tych teoriach. - Nie ma chlania, nie ma sikania.
          Wstał i poszedł do łazienki. I zza niedomkniętych drzwi krzyknął:
          - Dopijemy i idziemy spać. Za dużo tego piwa. Od jutra morskie wachty, wychodzimy w morze.
          Kiedy już został sam, sprawdził, czy okna są dobrze zamknięte, w drzwiach przekręcił klucz i podszedł do klatki. Delikatnie wyciągnął zatyczkę i uchylił małe drzwiczki.
          - Polataj sobie, ptaszku - powiedział. I zaraz potem zasnął.

                               Wszystkie sprężarki ze wszystkich pokładów obu ładowni bzyczały jak pszczółki w ulu. Pracowały bezawaryjnie, a ich dźwięk układał się w swoisty chór - pod batutą termostatów. Temperatura była wzorcowa; chińska szynka zamrożona do minus dwudziestu dwóch stopni Celsjusza płynęła do kraju. Misiu był bardzo zadowolony i czuł się panem tego ogromnego urządzenia chłodniczego. Poznał je do perfekcji i był spokojny o delikatny ładunek. Jeśli będzie tak dalej, to jego praca ograniczy się jedynie do rutynowych czynności eksploatacyjnych, a poza tym będzie jak na wakacjach.
          Statkiem delikatnie kiwało na boki, szli jakieś szesnaście węzłów po niezbyt wzburzonym morzu. Misiu wpisał do dziennika co trzeba, sprawdził sprężarkę od prowiantówki, potem tę większą od klimatyzacji i zaczął się szykować do fajrantu. Wyszedł z maszynowni do rękawa, gdzie było wejście do łazienki. I jak co dzień, od kilku dni, myjąc ręce, pomyślał:  „Ciekawe, czy dzisiaj zaśpiewa...?”
          Tak - już kilka dni minęło, odkąd wyszli z Szanghaju. Teraz zmierzali przez Morze Południowochińskie w kierunku Singapuru. Zaczęło się robić naprawdę gorąco i wilgotno, jak przystało na te okolice globu. A kanarek nie śpiewał. Mało tego: nawet najmniejszego pisku z siebie nie wydobył. Misiu spłukiwał pastę Black Out z dłoni i zerkał w lustro, na odbicie - co tu dużo gadać - twarzy smutnego człowieka. Kanarek miał śpiewać „Międzynarodówkę”, a tu nic, cisza. Wszelkie zabiegi nie pomogły. Nauczył się za to latać po kabinie. Nauczył się nawet sam wracać do klatki. Misiu nie musiał już polować na niego z wykorzystaniem fortelu, który wymyślił, polegającego na tym, żeby zagnać ptaka do łazienki, tam zgasić światło, po chwili zapalić i kanarek stawał się całkiem ślepy. Wystarczyło podejść i wziąć go do ręki.
          Misiu był smutny. Nawet wtedy, kiedy już osuszał ręce ręcznikiem i zaraz potem, kiedy do łazienki wszedł Józwa Motorek, od razu mówiąc:
          - Czołem, panie Trzeci. Jak tam pańska szyneczka? Mrozi się?
          - Mrozi się, mrozi. Jest ok... - Misiu nie miał specjalnie ochoty do konwersacji. - A co u ciebie? Dalej z Czwartym jeździsz?
          - Tak, z Czwartym. Ale dzisiaj cały dzień na pokładzie. Puszcza hydraulika na dwójce i cybanty zakładałem.
          - Aha...
          - A wiesz, panie Trzeci... Z tym kanarkiem to żeś pan trafił w dziesiątkę.
          - No...?
          - No, że tę klatkę z nim pan w oknie na forszocie postawiłeś...
          - Taa... Tylko, kurwa, śpiewać nie chce.
          - Jak to? - Józwa Motorek  bardzo się zdziwił. - Przecież słychać go aż na dziobie. I na mostku. A marynarze mówią, że od razu im się lepiej rdzę z pokładu obstukuje.
          - Co?! - Misiu wrzasnął i natychmiast wybiegł, a w łazienkowym lustrze pozostało jedynie odbicie zdumionego oblicza Józwy Motorka.


(cdn)

3 komentarze:

  1. Kitajce to są szczwane lisy i chińskie kanarki też są cwane - nie śpiewają na rozkaz :)
    Michał świetne są Twoje dialogi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozkaz,rozkazem, mam nadzieję, że i Ty usłyszysz jego śpiew i uśmiech rozjaśni Twoją twarz :)

    OdpowiedzUsuń