czwartek, 28 lipca 2011

Przy ogrodowym stoliku





                       Makaron był kolorowy, a właściwie dwukolorowy i wyglądał wyśmienicie - zmieszany z grzybami, pomidorami, kawałkami cukinii, i sosem, który był tylko jej tajemnicą. Uśmiech w jej oczach też wyglądał wyśmienicie, kiedy zanurzała chochlę w porcelanowej misce, przekładając spaghetti na talerze.
          - Cukinia z mojego ogródka - powiedziała z dumą. - A makaron jest włoski. Szpinakowy i pomidorowy.
          - Tak? I to nazywa się spaghetti? - zapytał, nie przestając rozlewać czerwonego wina.
          - Tak. Takie moje spaghetti - uśmiechnęła się jeszcze szerzej, pokazując wszystkie śnieżnobiałe zęby.  -  Można jeszcze posypać serem.
          Przyjął skwapliwie  miseczkę z wypolerowanej stali i zagarnął łyżką rozdrobniony ser. Uwielbiał takie specjały.
         Przez chwilę jedli w milczeniu. W końcu zadała pytanie, którego można było się spodziewać:
          - I jak? Smakuje?
          - Tak, bardzo - odpowiedział zupełnie szczerze. - I trochę mi głupio, że jestem takim niezdarą, i nigdy Ci o tym nie mówię. Ale wiesz, że wszystko co robisz, bardzo mi smakuje.
          Dalej skupili się na jedzeniu, aż do pierwszej dokładki. Gdzieś z gałęzi gruszy doleciało skrzeczenie sroki.
          - To chyba sroka? - zapytała.
          - Tak, sroka - odpowiedział tonem znawcy. Zamyślił się na chwilę, popijając z kieliszka i zaraz pociągnął dalej - właściwie nie wyobrażam sobie, żeby ptak o takim upierzeniu wydawał inne dźwięki.
          - Czarno-białym? Mówisz o kolorach?
          - No właśnie. To coś jak pingwin.
          - Pingwiny też tak skrzeczą?
          - A wiesz, że nie wiem? Ale chyba nie śpiewają.
          Oboje się uśmiechnęli, nabierając następną dokładkę. Sroka jeszcze raz zaskrzeczała, ale zza płotu dało się też słyszeć pohukiwanie innego ptaka. „Hu, huu, hu, hu, huu, hu...”
          - To jednak dziwne, nie uważasz? Jak on, to znaczy samiec sroki, chce zachęcić samicę takim skrzeczeniem?
          - He, he - zaśmiał się. - A skąd ta pewność, że to nie jest skrzeczenie samicy?
          - Nie no... Wiesz... - też się zaśmiała. - To chyba jasne, że jak brzydko skrzeczy, to musi być samiec.
          Porcelanowa miska była już pusta i teraz delektowali się tylko winem.
          - A ten ptak, co tak dziwnie pohukuje? - zaczął. - Wiesz, co to za jeden?
          - No właśnie... Często myślałam o tym, czy to czasem nie jakaś sowa? Ale w dzień sowy przecież śpią. Może to jakiś gołąb?
          - Tak, synogarlica. Śmieszne to jej pohukiwanie, nie? Muszę się przyznać, że dopiero od niedawna wiem, co to za ptak. Dowiedziałem się przez przypadek. I właściwie wbrew swojej woli.
          - Jak to wbrew swojej woli? - Zaciekawiła się mocniej, bo jakoś jej to nie pasowało. - Ty i niechęć do poznawania? Dlaczego?
          - No wiesz... Jakoś tak mi pozostało z dzieciństwa. Legenda, którą sam sobie zbudowałem i w którą wierzyłem. Prawda by ją zburzyła, a tego nie chciałem. Było mi z tym dobrze. - Dopił wino i sięgnął po butelkę.
          - Cha, cha... Ciekawe. - Też szybko dopiła i podsunęła kieliszek. - Opowiadaj dalej.
          - Wyobrażałem sobie, że to jakiś duszek woła, nawołując do życia.
          - Hm... Duszek życia?
          - Nie no... Nie aż tak. Raczej oznaka życia. To jego wołanie, ni to śmieszne, ni to straszne, ponure jakieś takie... Jako dziecko zdarzało mi się chorować latem. I wtedy zawsze, przez otwarte okno, docierało do mnie smętne:„Hu, huu, hu, hu, huu, hu...”. Tak właśnie to odbierałem: z jednej strony jako wyraz smutku, że jestem chory, odizolowany od pełnego zabawy podwórka, a z drugiej jako znak, że za oknem trwa życie, że wszystkie dzieci czekają na mnie, że straszna nuda jest tylko chwilowa i się skończy.
          - Nuda... - chciała coś wtrącić.
          - To jest jakieś paradoksalne. Teraz też często to czuję, kiedy budzę się przy otwartym oknie i słyszę na dzień dobry pohukiwanie synogarlicy, brzmiące jak zapowiedź bardzo nudnego dnia, jak zniechęcanie do wstawania. I w ogóle do wszystkiego.
           - Tak...
           - A jednak nie. W tych dźwiękach coś się kryje. Coś, co przeważa i zmusza do aktywności. Nie mam pojęcia, co to jest. He, he... Jakaś część składowych harmonicznych, dających pozytywną barwę? W każdym razie dodaje otuchy. Jest oznaką, że wszystko się toczy, jak dotychczas. Że jeszcze nie umarłem.
          - Wtedy, kiedy byłeś dzieckiem – chyba chciała  zmienić temat - nie było telewizorka? Wspomniałeś coś o nudzie w czasie choroby?
          - E... Nie. Telewizor był, ale za ścianą, u rodziców. Dla nas była dostępna tylko dobranocka.
          - Dobranocka...! Jacek i Agatka?
          - No jasne. Też. Ale najlepszy był Pies Huckleberry. Jak to było...? – rozmarzył się, przymknął oczy i zaczął nucić - Oh my darling, oh my darling, Oh my darling, Clementine!
          Nawet udało mu się zagłuszyć pohukiwanie synogarlicy.
          - I Gąska Balbina - ona zagłuszyła jego fałszowanie i zacytowała - Cześć Balbyna, Czo robisz?
          - Też. Pamiętam. Ale to było tylko takie rysowane, od tyłu, na planszach, nieruchawe i nudnawe.
          - Tak, ale mile to wspominam. Zresztą teraz, z naszej perspektywy... Chyba wszystko już się wspomina z łezką w oku...
          - Tak... Wiesz? Tak sobie myślę... Może właśnie o tym wciąż nam śpiewa ta synogarlica...?





sobota, 23 lipca 2011

Najdłuższy rejs (2)

                                                                          Coś kapnęło mu na nos. Nie był to deszcz, bo trochę za ciepłe jak na tę porę roku. Otworzył oczy. W półmroku zdołał zobaczyć, że znajduje się w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Przez chwilę nawet pomyślał, że porwali go kosmici. Wszystko było nie z tej ziemi. Najprędzej wpadł mu w oczy ekran monitora, gdzie po zielonym tle przesuwał się jakiś wykres. Monitor wisiał na przeszklonej ścianie, a za nią, w pomieszczeniu podobnym trochę do Centrali Manewrowo-Kontrolnej  maszynowni okrętowej, poruszały się cienie. Wyglądały jak cienie ludzi.
           Z ciemności pod sufitem dał się słyszeć czyjś szept. Wytężył wzrok i rozpoznał twarz Żony. To z jej oczu kapał deszcz. Trochę za ciepły, jak na tę porę roku.
          - Misiu... Obudziłeś się... Jak się czujesz...? - Lękliwe drżenie jej głosu było dla Misia czymś zupełnie nowym.
          To jednak nie była CMK na statku. Tam - kiedy zeszła do niego na nocną wachtę, jej głos nie był drżący. Też się wtedy obudził i szybko zdjął nogi z pulpitu; lekko go przestraszyła. Na twarzy miała zalotny uśmiech i szeptała bez lęku, bo nawet Ocean im sprzyjał. To była najpiękniejsza wachta Misia w ciągu całego pływania.
          - Dobrze się czuję. Dlaczego wszyscy o to pytają? - Chciał przewrócić się na lewy bok, żeby lepiej ją widzieć.
          - Leż spokojnie, nie wolno ci się ruszać... Miałeś zawał... - Jej głos całkiem się załamał i zaczęła szlochać.

                                                                          Do Misia wreszcie zaczęło coś docierać. Jakby świeczki zapalane w mroku po kolei rozświetlały szczegóły minionego dnia. "Zawał...? Jak to zawał? Przecież mam dzisiaj urodziny. To niemożliwe... Czyżbym postawił sobie trafną diagnozę?"
          - Miałeś zawał serca, ale nieduży. Będzie dobrze... Musisz tylko kilka dni poleżeć i odpocząć. Wszystko będzie dobrze... - Żona już się uspokajała.
          - Ale... Przecież... A moje urodziny...? Czy ktoś przyszedł?
          - Trudno. Poczekają... Wiesz, przyszli wszyscy... Gdybyś mógł wyjrzeć przez okno, zobaczyłbyś... Stoją na trawniku, bo nie mogli tu wejść. Trzymają za ciebie kciuki. Nawet Krawiec przyszedł.
         - Krawiec...? Miałem mu coś zrobić... Teraz mi nie zapłaci...
         - Powiedział, żebyś się nie martwił. Poczeka.
         - Jak... długo tu będę? - Misiu poczuł się nagle błogo i sennie. Za szybą był półmrok i nie mógł dostrzec silnika głównego. I nic nie słyszał, jakby nie chodziły nawet agregaty.
         - Kilka dni, może trochę dłużej...
         Zasnął. I tak nie było nic do roboty. Na pewno stoją w suchym doku, w remontówce, więc pozostaje przeczekać do rana.

                                                                          Po czterech dniach leżenia plackiem Misiowi zachciało się sikać. Przyzwyczaił się już do wielu rzeczy w tym dziwnym miejscu. Wczesne pobudki w celu połknięcia tabletek, pomiaru temperatury i pobierania krwi - to wszystko już spowszedniało. Plątanina kabli, rurek, elektrody przyklejone do nagiego torsu - był to już nieodłączny element jego życia. Na rytualne oklepywanie pleców przez urocze pielęgniarki, w aromacie spirytusu salicylowego,  czekał z utęsknieniem cały dzień.
         Wciąż czekał też na gości i wciąż się pojawiali. Młodzi lekarze, znajomi i nieznajomi, przychodzili zobaczyć ciekawostkę. Czuł się wtedy jak zwierzę w klatce. Jedynie Doktora Pediatrę przyjmował jak członka rodziny. On gadał nie jak lekarz. Gadał jak kumpel:
        - Misiu, miałeś wielkie szczęście, że Czerwononosa była na dyżurze. Uratowała ci życie. Gdyby był jakiś młody, na pewno byśmy już nie gadali.
        Przede wszystkim przychodziła rodzina: Żona, Brat, Bratowa, Matka i Ojciec. Matka była tylko raz, drugiego dnia. Zaraz potem pojechała do Turcji z wycieczką. Tak to się wtedy nazywało, choć wszyscy wiedzieli, że chodziło o co innego. Znajomi, koledzy, przyjaciele, pseudo-przyjaciele - też przychodzili, w miarę możliwości, bo na intensywną terapię wstęp był w zasadzie zabroniony.
        Niezła kwietniowa pogoda tego roku obdarowywała go codziennym słońcem, wciskającym się przez duże okno. Misiu był w dobrym nastroju. Przyzwyczaił się do ciągłego leżenia na plecach. Przyzwyczaił się do niepalenia papierosów i przyzwyczaił się nawet do niesikania.
        Kiedy czwartego dnia pęcherz mu o tym przypomniał, był zaskoczony. Nie wiedział, jak rozwiązać ten problem. Przecież nie może się ruszać. Do łóżka też nie może sikać, a wrodzona nieśmiałość nie pozwalała mu rozmawiać o problemie z pielęgniarką.

                                                                          Kaczka. Jak mógł zapomnieć o takim wynalazku. Przecież był już w szpitalu jako dziecko i coś takiego widział. Wstyd, że goście muszą o tym przypominać. Wystarczyło powiedzieć: "Siostro, poproszę o kaczkę".  I po bólu.
         No i okazało się, że jednak nie po bólu. Trzymał swoje przyrodzenie w  metalowym otworze metalowej puszki chyba ze dwie godziny i nic. "Cholera, nie dam rady. Zaraz pęknę." Za szybą uwijały się młode kobiety, obok stękał świeży zawałowiec, a on w pozycji horyzontalnej, pod kołderką. "Co do kurwy nędzy? Jakaś blokada... ? Psychiczna...?" -  To chyba było najtrafniejsze podsumowanie sytuacji. Misiu postanowił zaczekać do zmroku.

                                                                  Czerń nocy za oknem przekształcała się już w odcień szarości, a z uchylonego lufcika buchnęło świeżym powietrzem. Jak po wyjściu na pokład po odbębnieniu psiej wachty. Wszyscy wszędzie spali, mimo wyraźnej oznaki rychłego nadejścia świtu. Gdyby jednak ktoś czuwał w pobliżu szpitalnego łóżka, na którym leżał Misiu, usłyszałby dźwięk, jakby coś metalowego stuknęło o podłogę. Potem nastąpiło głębokie westchnienie i kilka chwil później dało się słyszeć delikatne chrapanie.
         Na podłodze stała kaczka wypełniona po brzegi.
                                                   
                                                 
                                               

czwartek, 21 lipca 2011

Najdłuższy rejs (1)

Piszę też taką oto minipowieść. 
I postanowiłem wrzucać tutaj po kolei. 
Może mnie to zmobilizuje, żeby wreszcie dokończyć?






                                                                    Filigranowa tralka szybko wirowała w kłach tokarni. Chropowatość papieru ściernego wyciągała z jej powierzchni doskonały glanc. Teraz można już położyć nitrolak. Misiu zmniejszył obroty do minimum i sięgnął po pędzel. Musi to opatentować. Takie malowanie na tokarni mocno przyśpiesza robotę. Dwie już gotowe, zostały jeszcze cztery do zrobienia.
            Przerwa na papierosa, który nie smakuje w oparach nitro. Daje jednak chwilę wytchnienia. Odstresowuje. Tego dnia Misiu był mocno zestresowany i palił kilka papierosów na tralkę. Musi zdążyć do jedenastej, bo Krawiec już będzie czekał.
           Z Krawcem nie ma żartów. Mógłby nie zapłacić uzgodnionej ceny w przypadku opóźnienia. Dlatego Misiu idąc do warsztatu, ulokowanego w piwnicy Julka, zaopatrzył się w niezły zapas papierosów.
             Może nie tylko dlatego. Nie zjadł śniadania, bo Żona była na niego obrażona. Nie odzywała się, choć błagał o przynajmniej jedno słowo. Kroiła produkty na sałatkę warzywną, którą mieli zjeść goście. Misiu miał tego dnia trzydzieste trzecie urodziny.
            W kłach tokarni wirował następny wałek. Prowadząc nóż po szablonie uważnie obserwował, jak z chmury drewnianych trocin wyłaniają się kształty. Oprócz tego wciąż intensywnie myślał. Nie mógł zrozumieć, jak można robić warzywną sałatkę z taką zawziętością na twarzy? Jak można w ogóle być taką zawziętą w swojej złości, nie odzywać się? Tylko dlatego, że wczoraj wieczorem nie wrócił prosto do domu - z galerii, w której Kaczor wystawiał swoje obrazy? Owszem, dał się potem zaciągnąć przez Kaczora na jeszcze jednego papierosa i podsumowanie ciekawego dnia. Ale co z tego? Co z tego, że jeden papieros zamienił się w całą stertę petów? Przecież uczta duchowa, jakiej tego dnia zaznali, była ponad wszystkim.

                              
                                                                          Tego ranka Misiu trochę się przeliczył. Był przekonany, że zapas papierosów zastąpi mu śniadanie. Zaczynał po trochu żałować, że nie przegryzł choćby małej kromki chleba. Wyszedł wkurwiony, trzaskając drzwiami. Dlatego ssanie w żołądku przy czwartej tralce zaczynało być dokuczliwe.
           Szczęśliwie na blacie frezarki stało od wczoraj miętowe mleczko do gaszenia zgagi. Dwa łyki przyniosły ulgę. Do tego papieros i dalej, do przodu. Jednak pod koniec piątej tralki ból w żołądku zaczynał być nie do zniesienia. Misiu wyłączył maszynę, łyknął mleczka i usiadł na krześle. Czekając na ulgę wyciągał papierosa. "Kupa..." - Nagle doznał olśnienia. - "Przecież dzisiaj nie robiłem kupy!"
             Zgięty z bólu, ale też pełen nadziei, że oddanie stolca przyniesie mu ulgę, skierował się w kierunku kibelka. Stanął przed otwartą muszlą klozetową, jednak nie odważył się usiąść. Coś kazało mu szukać pomocy.
           Słaniając się na nogach dotarł do parteru. Julek siedział na kanapie w jadalni, na stole leżała sterta dokumentów. W kuchni krzątała się Mirka.
           - Kur...na...nie mogę... wyro...bić... Dajcie mi coś na żołądek - Misiu zdziwił się słabowitością swego głosu.
           - Misiu? Co ci...? Coś ty taki blady? - Julek  poderwał się, wyraźnie przestraszony. - Mireczko, jakieś krople na żołądek...Hej, uważaj! Mój...
          Kiedy Misiu leciał na kanapę, Julek ledwo zdążył usunąć duży kalkulator.
          - Mirka, dawaj te krople!
     
                                
                                                                         Misiu widział oddalający się świat jak przez szparkę w ledwo uchylonych drzwiach. Widział dłoń Mirki, trzymającą szklankę z zielonym płynem. Nogi i ręce miał sztywne, jakby wytoczone z drewna.
           - Wypij te krople... - Jej blaszany głos też się oddalał.
          - Ja... chyba... mam... zawał... serca - ledwo wyszeptał przez szparę w drzwiach.
          - Co...? Jaki zawał? Co ty gadasz...?
          - Wezwij... po...go... towie. - Misiu już nie wiedział, kto mówi jego głosem.
           Nie czuł rąk i nóg, ani świata, który go otaczał. O tym, że w ogóle cokolwiek czuł, świadczył jedynie potworny ucisk w żołądku. Jak po cienkim drucie dochodziły do niego blaszane głosy i odgłosy. Z zepsutego patefonu.
           - Kurwa mać, przyjeżdżajcie natychmiast, ja nie chcę mieć trupa w domu. - To był głos Mirki, z jednoczesnym odgłosem tłuczonej o podłogę szklanki. Krople się rozlały. Misiu poczuł, że się dusi. Tak, to już koniec. Wiedział, że to już koniec. Chciało mu się śmiać i płakać. Przecież jeszcze za wcześnie. Tyle spraw nie dokończył. Dziwne. Tak mocno pierdolnął drzwiami, a nie domknęły się. Przez szczelinę wciąż słyszy jakieś głosy. Bieganina. Stukanie butami. Przesuwanie stołu.
          - Co pan czuje? - to nie był głos Mirki ani Julka.
          Drzwi zaczęły powoli się rozchylać. Misiu stwierdził, że nie leży już na kanapie. Wiozą go na noszach. Próbują wydostać się z mieszkania.
           - Dałem panu zastrzyk, jak się pan czuje?
           - Duszę się... - odpowiedział, chyba lekarzowi.
           - Nie! Tylko nie nogami do przodu! Jeszcze nie czas na to! - to był głos Julka.
           Poczuł, że nosze obracają się i jego głowa zbliża się do drzwi wyjściowych. Z prawej zobaczył Julka. Pomagał.
          - Powiedz...
          - Tak...? - Julek pochylił się.
          - Powiedz mojej Żonie, że... bardzo... ją kocham...
          - Tak...
          - I...przepraszam...za wszystko.
          - Tak... Ale sądzę, że później sam jej to powiesz.
       

                                                                          Łzy samoistnie spływające z kącików oczu od razu były spłukiwane przez krople drobnego deszczu. Krople deszczu osiadały także na czole Misia. Były zimne, jak przystało na wczesnowiosenną porę roku. "Doktorze, to chyba rzeczywiście zawał, bo na czole zimny pot widać..."


                                                                          Panie Misiu... Panie Misiu... Panie... Można by rzec, że w ciemnej Otchłani pojawiło się malutkie światełko a raczej otworek, przez który z innego świata przeciska się jasność. Przeciskały się też dźwięki, niezdarnie próbujące naśladować jego imię.
          - Panie Misiu... - Na ramieniu poczuł wyraźny dotyk. "Jak to, przecież jest jeszcze w Otchłani. Jeszcze nie przeszedł na Jasną Stronę a już czuje i słyszy...? Przecież zawsze mówili..."
          - Panie Misiu, jak się pan czuje...? - Światełko zaczęło podskakiwać. Jednostajnie wykreślało jakiś rytm pozostawioną za sobą świetlistą kreską. Misiu wpatrywał się w tą kreskę dosyć długo i w końcu zrozumiał, że to rym pracy jego serca. Podniósł oczy do góry, żeby dostrzec chudą, kobiecą twarz z czerwonym nosem; taki rodzaj czerwieni, który raczej kojarzy się z wąchaniem alkoholu a nie z katarem. Ciekawe, bo oczka zupełnie do tego nie pasowały; choć rozstawione zbyt wąsko i nieduże, miały w sobie wielką głębię i wyrażały bardzo szczerą troskę.
          - ...Jak pan się czuje...?
          Misiu nie wiedział jak się czuje. Chyba dobrze. Nie rozumiał tylko po co mu jakiś odważnik postawili na piersiach.
          - Ten odważnik mi trochę przeszkadza...
          - Jaki odważnik?
          - Ten co mi na klacie stoi.
          - Czuje pan ból...?
          - Jaki ból...? - Świetlista linia zamieniła się na powrót w kropkę. Wszystko  zaczęło się oddalać i Misiu znowu znalazł się w Otchłani.





Misiu i Małgorzata (2)


             Trzy dni wytchnienia nad jeziorem i pogoda oczywiście do dupy. Ale i tak Mazury - jak mówią - to cud natury.
I do tego wpędzają w nostalgię. Dlatego nie znalazłem lepszego miejsca dla  Misia i Małgorzaty. Oto jeszcze jeden mały fragment.                                                                                      


                                   Nie dojechali do samych Nart. Zielona nyska, która ich wiozła na stopa, skręciła gdzieś w las tuż za Dzierzkami. Dalej poszli piechotą, było już niedaleko. Po ponad dwóch kilometrach marszu skończył się las i po prawej zobaczyli długie jezioro.
           - Misiu, a może tutaj pójdziemy. Tam w lesie też jest fajna plaża, taka mała, dzika.
           - A co? Masz już dość chodzenia? - Misiu spojrzał zdziwiony na Małgorzatę. Przecież mieli dojść do Nart. - Jest dopiero dziewiąta, mamy jeszcze cały dzień...
           - Nieee...! - Małgorzata zaczęła tupać nogami, udając złość rozkapryszonego dziecka. - Ja chcę tutaaaj!
           - Małgorzato, tam jest lepiej. Woda krystalicznie czysta...
           - Tak, ale ja jestem nieopalona i się wstydzę. Tam jest za dużo ludzi.
           - Co z tego, ja też nie jestem... - Nie dokończył. Małgorzata szarpnęła go za rękę i pociągnęła na ścieżkę z powrotem w las. Znała te tereny i bezbłędnie trafili do małego skrawka piachu wśród trzcin. I może dobrze, bo przynajmniej kameralnie było. Ludzi dało się policzyć na palcach, a wśród drzew spokojnie znaleźli miejsce na rozłożenie koca.
          Pluskali się dobre dwie godziny, z przerwami na wylegiwanie się w słońcu. Leżąc, Misiu prężył pierś, żeby zrobić na Małgorzacie wrażenie, a ona zabawiała się w łaskotanie go źdźbłem trawy. W jej oczach słońce wciąż rozpalało figlarne ogniki. Dzień był pełen lata.

                                    Około południa stwierdzili, że chcą wracać. Poszli przez las, na nosa, na ukos. W stronę szosy na Szczytno. Szli boso, nie wkładali ubrań, chcieli wyschnąć. Trochę błądzili, szukając najwygodniejszej drogi. W końcu i tak trafili na młody, gęsty lasek, przez który trzeba było się przedzierać. Przy odrobinie szczęścia w takich młodych, gęstych laskach można trafić na małą, uroczą polankę. I okazało się, że Misiu i Małgorzata mieli szczęście.
          Było jeszcze wcześnie, postanowili więc rozłożyć koc, żeby się jeszcze trochę poopalać.

                                        Dzień był pełen lata. Biel ciała Małgorzaty parzyła Misia w oczy. Promienie słońca przenikały przez gałęzie młodych sosen, żeby pieścić jej piersi i uda. Jej nagość drżała razem z leśną trawą, w niecierpliwym oczekiwaniu. On też drżał stremowany. Pierwszy raz byli nadzy wobec niemych świadków upalnego południa. Oboje wiedzieli, że patrzy na nich cały świat. Wszystkie drzewa, kwiaty, mrówki i motyle. I ptak, choć milczał, bo było za gorąco.
          Kiedy wchodził, jej rozkoszne wnętrze jeszcze pachniało jeziorem. Potem byli już tylko lasem, trawą i ziemią. Zapach jeziora zamienił się w zapach potu, a pszczoła, która przysiadła na jego pośladku, nie była w stanie im przeszkodzić.
           - Misiu... jak długo... - szepnęła radośnie do jego ucha.
          Lubiła, kiedy było długo. A najbardziej, kiedy było w nieskończoność. Żar z jej rozpalonej twarzy rozpalał twarz Misia i ulatywał dalej, do góry, prosto w błękit. Kwiat między udami Małgorzaty wciąż próbował dojrzeć, wciąż pęczniał, aż do bólu i zaraz tulił płatki, jakby ze strachu, że przedwcześnie przekwitnie. W końcu jednak stało się: eksplodował wszystkimi kolorami wszystkich kwiatów. Nawet tych na młodych sosnach wokół; kwiatów męskich i żeńskich, radujących się przy każdym podmuchu wiatru.






niedziela, 10 lipca 2011

Jadzia i Jasiek (2)

Jadzia znowu grzebie w zdjęciach sprzed kilku lat.
          - Ckni mi się - mówi przy tym.
          - A cóż ty masz znowu za tęsknoty? - na to Jasiek, odrywając się od telewizora.
          - Ach... Tak mi się powiedziało. Zobacz. - Jadzia podsunęła jedno ze zdjęć Jaśkowi pod same okulary. - Pamiętasz, gdzie to było?
          - To...? - Jasiek wytężył wzrok i pamięć. - Nie pamiętam... Jakiś ogród, czy park...? Kogo właściwie mi tu pokazujesz?
          - Jak to? No wiesz?! Nie poznajesz?! - krzyknęła zaskoczona. - Przecież to my!
          - To my?! - Jasiek wydał się nie mniej zaskoczony. - Ja tu widzę tylko jakieś małpy na frytkach.