czwartek, 21 lipca 2011

Misiu i Małgorzata (2)


             Trzy dni wytchnienia nad jeziorem i pogoda oczywiście do dupy. Ale i tak Mazury - jak mówią - to cud natury.
I do tego wpędzają w nostalgię. Dlatego nie znalazłem lepszego miejsca dla  Misia i Małgorzaty. Oto jeszcze jeden mały fragment.                                                                                      


                                   Nie dojechali do samych Nart. Zielona nyska, która ich wiozła na stopa, skręciła gdzieś w las tuż za Dzierzkami. Dalej poszli piechotą, było już niedaleko. Po ponad dwóch kilometrach marszu skończył się las i po prawej zobaczyli długie jezioro.
           - Misiu, a może tutaj pójdziemy. Tam w lesie też jest fajna plaża, taka mała, dzika.
           - A co? Masz już dość chodzenia? - Misiu spojrzał zdziwiony na Małgorzatę. Przecież mieli dojść do Nart. - Jest dopiero dziewiąta, mamy jeszcze cały dzień...
           - Nieee...! - Małgorzata zaczęła tupać nogami, udając złość rozkapryszonego dziecka. - Ja chcę tutaaaj!
           - Małgorzato, tam jest lepiej. Woda krystalicznie czysta...
           - Tak, ale ja jestem nieopalona i się wstydzę. Tam jest za dużo ludzi.
           - Co z tego, ja też nie jestem... - Nie dokończył. Małgorzata szarpnęła go za rękę i pociągnęła na ścieżkę z powrotem w las. Znała te tereny i bezbłędnie trafili do małego skrawka piachu wśród trzcin. I może dobrze, bo przynajmniej kameralnie było. Ludzi dało się policzyć na palcach, a wśród drzew spokojnie znaleźli miejsce na rozłożenie koca.
          Pluskali się dobre dwie godziny, z przerwami na wylegiwanie się w słońcu. Leżąc, Misiu prężył pierś, żeby zrobić na Małgorzacie wrażenie, a ona zabawiała się w łaskotanie go źdźbłem trawy. W jej oczach słońce wciąż rozpalało figlarne ogniki. Dzień był pełen lata.

                                    Około południa stwierdzili, że chcą wracać. Poszli przez las, na nosa, na ukos. W stronę szosy na Szczytno. Szli boso, nie wkładali ubrań, chcieli wyschnąć. Trochę błądzili, szukając najwygodniejszej drogi. W końcu i tak trafili na młody, gęsty lasek, przez który trzeba było się przedzierać. Przy odrobinie szczęścia w takich młodych, gęstych laskach można trafić na małą, uroczą polankę. I okazało się, że Misiu i Małgorzata mieli szczęście.
          Było jeszcze wcześnie, postanowili więc rozłożyć koc, żeby się jeszcze trochę poopalać.

                                        Dzień był pełen lata. Biel ciała Małgorzaty parzyła Misia w oczy. Promienie słońca przenikały przez gałęzie młodych sosen, żeby pieścić jej piersi i uda. Jej nagość drżała razem z leśną trawą, w niecierpliwym oczekiwaniu. On też drżał stremowany. Pierwszy raz byli nadzy wobec niemych świadków upalnego południa. Oboje wiedzieli, że patrzy na nich cały świat. Wszystkie drzewa, kwiaty, mrówki i motyle. I ptak, choć milczał, bo było za gorąco.
          Kiedy wchodził, jej rozkoszne wnętrze jeszcze pachniało jeziorem. Potem byli już tylko lasem, trawą i ziemią. Zapach jeziora zamienił się w zapach potu, a pszczoła, która przysiadła na jego pośladku, nie była w stanie im przeszkodzić.
           - Misiu... jak długo... - szepnęła radośnie do jego ucha.
          Lubiła, kiedy było długo. A najbardziej, kiedy było w nieskończoność. Żar z jej rozpalonej twarzy rozpalał twarz Misia i ulatywał dalej, do góry, prosto w błękit. Kwiat między udami Małgorzaty wciąż próbował dojrzeć, wciąż pęczniał, aż do bólu i zaraz tulił płatki, jakby ze strachu, że przedwcześnie przekwitnie. W końcu jednak stało się: eksplodował wszystkimi kolorami wszystkich kwiatów. Nawet tych na młodych sosnach wokół; kwiatów męskich i żeńskich, radujących się przy każdym podmuchu wiatru.







3 komentarze:

  1. Widze, ze znajomosc Misia z Malgorzata zrobila sie bardzo... zazyla :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja ulubiona opowieść o Małgorzacie, brawo!

    OdpowiedzUsuń