czwartek, 21 lipca 2011

Najdłuższy rejs (1)

Piszę też taką oto minipowieść. 
I postanowiłem wrzucać tutaj po kolei. 
Może mnie to zmobilizuje, żeby wreszcie dokończyć?






                                                                    Filigranowa tralka szybko wirowała w kłach tokarni. Chropowatość papieru ściernego wyciągała z jej powierzchni doskonały glanc. Teraz można już położyć nitrolak. Misiu zmniejszył obroty do minimum i sięgnął po pędzel. Musi to opatentować. Takie malowanie na tokarni mocno przyśpiesza robotę. Dwie już gotowe, zostały jeszcze cztery do zrobienia.
            Przerwa na papierosa, który nie smakuje w oparach nitro. Daje jednak chwilę wytchnienia. Odstresowuje. Tego dnia Misiu był mocno zestresowany i palił kilka papierosów na tralkę. Musi zdążyć do jedenastej, bo Krawiec już będzie czekał.
           Z Krawcem nie ma żartów. Mógłby nie zapłacić uzgodnionej ceny w przypadku opóźnienia. Dlatego Misiu idąc do warsztatu, ulokowanego w piwnicy Julka, zaopatrzył się w niezły zapas papierosów.
             Może nie tylko dlatego. Nie zjadł śniadania, bo Żona była na niego obrażona. Nie odzywała się, choć błagał o przynajmniej jedno słowo. Kroiła produkty na sałatkę warzywną, którą mieli zjeść goście. Misiu miał tego dnia trzydzieste trzecie urodziny.
            W kłach tokarni wirował następny wałek. Prowadząc nóż po szablonie uważnie obserwował, jak z chmury drewnianych trocin wyłaniają się kształty. Oprócz tego wciąż intensywnie myślał. Nie mógł zrozumieć, jak można robić warzywną sałatkę z taką zawziętością na twarzy? Jak można w ogóle być taką zawziętą w swojej złości, nie odzywać się? Tylko dlatego, że wczoraj wieczorem nie wrócił prosto do domu - z galerii, w której Kaczor wystawiał swoje obrazy? Owszem, dał się potem zaciągnąć przez Kaczora na jeszcze jednego papierosa i podsumowanie ciekawego dnia. Ale co z tego? Co z tego, że jeden papieros zamienił się w całą stertę petów? Przecież uczta duchowa, jakiej tego dnia zaznali, była ponad wszystkim.

                              
                                                                          Tego ranka Misiu trochę się przeliczył. Był przekonany, że zapas papierosów zastąpi mu śniadanie. Zaczynał po trochu żałować, że nie przegryzł choćby małej kromki chleba. Wyszedł wkurwiony, trzaskając drzwiami. Dlatego ssanie w żołądku przy czwartej tralce zaczynało być dokuczliwe.
           Szczęśliwie na blacie frezarki stało od wczoraj miętowe mleczko do gaszenia zgagi. Dwa łyki przyniosły ulgę. Do tego papieros i dalej, do przodu. Jednak pod koniec piątej tralki ból w żołądku zaczynał być nie do zniesienia. Misiu wyłączył maszynę, łyknął mleczka i usiadł na krześle. Czekając na ulgę wyciągał papierosa. "Kupa..." - Nagle doznał olśnienia. - "Przecież dzisiaj nie robiłem kupy!"
             Zgięty z bólu, ale też pełen nadziei, że oddanie stolca przyniesie mu ulgę, skierował się w kierunku kibelka. Stanął przed otwartą muszlą klozetową, jednak nie odważył się usiąść. Coś kazało mu szukać pomocy.
           Słaniając się na nogach dotarł do parteru. Julek siedział na kanapie w jadalni, na stole leżała sterta dokumentów. W kuchni krzątała się Mirka.
           - Kur...na...nie mogę... wyro...bić... Dajcie mi coś na żołądek - Misiu zdziwił się słabowitością swego głosu.
           - Misiu? Co ci...? Coś ty taki blady? - Julek  poderwał się, wyraźnie przestraszony. - Mireczko, jakieś krople na żołądek...Hej, uważaj! Mój...
          Kiedy Misiu leciał na kanapę, Julek ledwo zdążył usunąć duży kalkulator.
          - Mirka, dawaj te krople!
     
                                
                                                                         Misiu widział oddalający się świat jak przez szparkę w ledwo uchylonych drzwiach. Widział dłoń Mirki, trzymającą szklankę z zielonym płynem. Nogi i ręce miał sztywne, jakby wytoczone z drewna.
           - Wypij te krople... - Jej blaszany głos też się oddalał.
          - Ja... chyba... mam... zawał... serca - ledwo wyszeptał przez szparę w drzwiach.
          - Co...? Jaki zawał? Co ty gadasz...?
          - Wezwij... po...go... towie. - Misiu już nie wiedział, kto mówi jego głosem.
           Nie czuł rąk i nóg, ani świata, który go otaczał. O tym, że w ogóle cokolwiek czuł, świadczył jedynie potworny ucisk w żołądku. Jak po cienkim drucie dochodziły do niego blaszane głosy i odgłosy. Z zepsutego patefonu.
           - Kurwa mać, przyjeżdżajcie natychmiast, ja nie chcę mieć trupa w domu. - To był głos Mirki, z jednoczesnym odgłosem tłuczonej o podłogę szklanki. Krople się rozlały. Misiu poczuł, że się dusi. Tak, to już koniec. Wiedział, że to już koniec. Chciało mu się śmiać i płakać. Przecież jeszcze za wcześnie. Tyle spraw nie dokończył. Dziwne. Tak mocno pierdolnął drzwiami, a nie domknęły się. Przez szczelinę wciąż słyszy jakieś głosy. Bieganina. Stukanie butami. Przesuwanie stołu.
          - Co pan czuje? - to nie był głos Mirki ani Julka.
          Drzwi zaczęły powoli się rozchylać. Misiu stwierdził, że nie leży już na kanapie. Wiozą go na noszach. Próbują wydostać się z mieszkania.
           - Dałem panu zastrzyk, jak się pan czuje?
           - Duszę się... - odpowiedział, chyba lekarzowi.
           - Nie! Tylko nie nogami do przodu! Jeszcze nie czas na to! - to był głos Julka.
           Poczuł, że nosze obracają się i jego głowa zbliża się do drzwi wyjściowych. Z prawej zobaczył Julka. Pomagał.
          - Powiedz...
          - Tak...? - Julek pochylił się.
          - Powiedz mojej Żonie, że... bardzo... ją kocham...
          - Tak...
          - I...przepraszam...za wszystko.
          - Tak... Ale sądzę, że później sam jej to powiesz.
       

                                                                          Łzy samoistnie spływające z kącików oczu od razu były spłukiwane przez krople drobnego deszczu. Krople deszczu osiadały także na czole Misia. Były zimne, jak przystało na wczesnowiosenną porę roku. "Doktorze, to chyba rzeczywiście zawał, bo na czole zimny pot widać..."


                                                                          Panie Misiu... Panie Misiu... Panie... Można by rzec, że w ciemnej Otchłani pojawiło się malutkie światełko a raczej otworek, przez który z innego świata przeciska się jasność. Przeciskały się też dźwięki, niezdarnie próbujące naśladować jego imię.
          - Panie Misiu... - Na ramieniu poczuł wyraźny dotyk. "Jak to, przecież jest jeszcze w Otchłani. Jeszcze nie przeszedł na Jasną Stronę a już czuje i słyszy...? Przecież zawsze mówili..."
          - Panie Misiu, jak się pan czuje...? - Światełko zaczęło podskakiwać. Jednostajnie wykreślało jakiś rytm pozostawioną za sobą świetlistą kreską. Misiu wpatrywał się w tą kreskę dosyć długo i w końcu zrozumiał, że to rym pracy jego serca. Podniósł oczy do góry, żeby dostrzec chudą, kobiecą twarz z czerwonym nosem; taki rodzaj czerwieni, który raczej kojarzy się z wąchaniem alkoholu a nie z katarem. Ciekawe, bo oczka zupełnie do tego nie pasowały; choć rozstawione zbyt wąsko i nieduże, miały w sobie wielką głębię i wyrażały bardzo szczerą troskę.
          - ...Jak pan się czuje...?
          Misiu nie wiedział jak się czuje. Chyba dobrze. Nie rozumiał tylko po co mu jakiś odważnik postawili na piersiach.
          - Ten odważnik mi trochę przeszkadza...
          - Jaki odważnik?
          - Ten co mi na klacie stoi.
          - Czuje pan ból...?
          - Jaki ból...? - Świetlista linia zamieniła się na powrót w kropkę. Wszystko  zaczęło się oddalać i Misiu znowu znalazł się w Otchłani.





2 komentarze:

  1. Ten odważnik mnie zaintrygował. Zdecydowanie faceci piszą inaczej niż kobiety.Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zwykle przeczytałam jednym tchem od deski do deski.
    To naprawdę chyba jest zawał, podobno takie właśnie są objawy.
    Skąd Ty to wiesz? :)

    OdpowiedzUsuń