sobota, 23 lipca 2011

Najdłuższy rejs (2)

                                                                          Coś kapnęło mu na nos. Nie był to deszcz, bo trochę za ciepłe jak na tę porę roku. Otworzył oczy. W półmroku zdołał zobaczyć, że znajduje się w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Przez chwilę nawet pomyślał, że porwali go kosmici. Wszystko było nie z tej ziemi. Najprędzej wpadł mu w oczy ekran monitora, gdzie po zielonym tle przesuwał się jakiś wykres. Monitor wisiał na przeszklonej ścianie, a za nią, w pomieszczeniu podobnym trochę do Centrali Manewrowo-Kontrolnej  maszynowni okrętowej, poruszały się cienie. Wyglądały jak cienie ludzi.
           Z ciemności pod sufitem dał się słyszeć czyjś szept. Wytężył wzrok i rozpoznał twarz Żony. To z jej oczu kapał deszcz. Trochę za ciepły, jak na tę porę roku.
          - Misiu... Obudziłeś się... Jak się czujesz...? - Lękliwe drżenie jej głosu było dla Misia czymś zupełnie nowym.
          To jednak nie była CMK na statku. Tam - kiedy zeszła do niego na nocną wachtę, jej głos nie był drżący. Też się wtedy obudził i szybko zdjął nogi z pulpitu; lekko go przestraszyła. Na twarzy miała zalotny uśmiech i szeptała bez lęku, bo nawet Ocean im sprzyjał. To była najpiękniejsza wachta Misia w ciągu całego pływania.
          - Dobrze się czuję. Dlaczego wszyscy o to pytają? - Chciał przewrócić się na lewy bok, żeby lepiej ją widzieć.
          - Leż spokojnie, nie wolno ci się ruszać... Miałeś zawał... - Jej głos całkiem się załamał i zaczęła szlochać.

                                                                          Do Misia wreszcie zaczęło coś docierać. Jakby świeczki zapalane w mroku po kolei rozświetlały szczegóły minionego dnia. "Zawał...? Jak to zawał? Przecież mam dzisiaj urodziny. To niemożliwe... Czyżbym postawił sobie trafną diagnozę?"
          - Miałeś zawał serca, ale nieduży. Będzie dobrze... Musisz tylko kilka dni poleżeć i odpocząć. Wszystko będzie dobrze... - Żona już się uspokajała.
          - Ale... Przecież... A moje urodziny...? Czy ktoś przyszedł?
          - Trudno. Poczekają... Wiesz, przyszli wszyscy... Gdybyś mógł wyjrzeć przez okno, zobaczyłbyś... Stoją na trawniku, bo nie mogli tu wejść. Trzymają za ciebie kciuki. Nawet Krawiec przyszedł.
         - Krawiec...? Miałem mu coś zrobić... Teraz mi nie zapłaci...
         - Powiedział, żebyś się nie martwił. Poczeka.
         - Jak... długo tu będę? - Misiu poczuł się nagle błogo i sennie. Za szybą był półmrok i nie mógł dostrzec silnika głównego. I nic nie słyszał, jakby nie chodziły nawet agregaty.
         - Kilka dni, może trochę dłużej...
         Zasnął. I tak nie było nic do roboty. Na pewno stoją w suchym doku, w remontówce, więc pozostaje przeczekać do rana.

                                                                          Po czterech dniach leżenia plackiem Misiowi zachciało się sikać. Przyzwyczaił się już do wielu rzeczy w tym dziwnym miejscu. Wczesne pobudki w celu połknięcia tabletek, pomiaru temperatury i pobierania krwi - to wszystko już spowszedniało. Plątanina kabli, rurek, elektrody przyklejone do nagiego torsu - był to już nieodłączny element jego życia. Na rytualne oklepywanie pleców przez urocze pielęgniarki, w aromacie spirytusu salicylowego,  czekał z utęsknieniem cały dzień.
         Wciąż czekał też na gości i wciąż się pojawiali. Młodzi lekarze, znajomi i nieznajomi, przychodzili zobaczyć ciekawostkę. Czuł się wtedy jak zwierzę w klatce. Jedynie Doktora Pediatrę przyjmował jak członka rodziny. On gadał nie jak lekarz. Gadał jak kumpel:
        - Misiu, miałeś wielkie szczęście, że Czerwononosa była na dyżurze. Uratowała ci życie. Gdyby był jakiś młody, na pewno byśmy już nie gadali.
        Przede wszystkim przychodziła rodzina: Żona, Brat, Bratowa, Matka i Ojciec. Matka była tylko raz, drugiego dnia. Zaraz potem pojechała do Turcji z wycieczką. Tak to się wtedy nazywało, choć wszyscy wiedzieli, że chodziło o co innego. Znajomi, koledzy, przyjaciele, pseudo-przyjaciele - też przychodzili, w miarę możliwości, bo na intensywną terapię wstęp był w zasadzie zabroniony.
        Niezła kwietniowa pogoda tego roku obdarowywała go codziennym słońcem, wciskającym się przez duże okno. Misiu był w dobrym nastroju. Przyzwyczaił się do ciągłego leżenia na plecach. Przyzwyczaił się do niepalenia papierosów i przyzwyczaił się nawet do niesikania.
        Kiedy czwartego dnia pęcherz mu o tym przypomniał, był zaskoczony. Nie wiedział, jak rozwiązać ten problem. Przecież nie może się ruszać. Do łóżka też nie może sikać, a wrodzona nieśmiałość nie pozwalała mu rozmawiać o problemie z pielęgniarką.

                                                                          Kaczka. Jak mógł zapomnieć o takim wynalazku. Przecież był już w szpitalu jako dziecko i coś takiego widział. Wstyd, że goście muszą o tym przypominać. Wystarczyło powiedzieć: "Siostro, poproszę o kaczkę".  I po bólu.
         No i okazało się, że jednak nie po bólu. Trzymał swoje przyrodzenie w  metalowym otworze metalowej puszki chyba ze dwie godziny i nic. "Cholera, nie dam rady. Zaraz pęknę." Za szybą uwijały się młode kobiety, obok stękał świeży zawałowiec, a on w pozycji horyzontalnej, pod kołderką. "Co do kurwy nędzy? Jakaś blokada... ? Psychiczna...?" -  To chyba było najtrafniejsze podsumowanie sytuacji. Misiu postanowił zaczekać do zmroku.

                                                                  Czerń nocy za oknem przekształcała się już w odcień szarości, a z uchylonego lufcika buchnęło świeżym powietrzem. Jak po wyjściu na pokład po odbębnieniu psiej wachty. Wszyscy wszędzie spali, mimo wyraźnej oznaki rychłego nadejścia świtu. Gdyby jednak ktoś czuwał w pobliżu szpitalnego łóżka, na którym leżał Misiu, usłyszałby dźwięk, jakby coś metalowego stuknęło o podłogę. Potem nastąpiło głębokie westchnienie i kilka chwil później dało się słyszeć delikatne chrapanie.
         Na podłodze stała kaczka wypełniona po brzegi.
                                                   
                                                 
                                               

3 komentarze:

  1. Samo życie. Zapraszam na bloga. Niespodzianka! Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. no i masz u mnie prezent - może słaby, ale jedenak dla mojego ulubionego bloggera :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Margo, tak mi głupio! Dopiero zauważyłem... Serdeczne dzięki, buziole :)

    OdpowiedzUsuń