poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Najdłuższy rejs (3)




Zofia Sumczyńska                        olej na płótnie

                Ojciec przyjechał autobusem trzeciego dnia. Jak to się stało nie wiadomo, bo przecież autobusem nie jeździł nigdy w życiu. Na pewno długo błądził po mieście, zanim dowiedział się, gdzie jest szpital. Bez Matki był zupełnie bezradny, jak ślepiec bez przewodnika. Wyszło mu jednak na dobre; trochę obejrzał Miasto, którego tak naprawdę nie znał.
          Całe dwa dni studiował kardiologię i potem kłócił się z Czerwononosą. I dobrze, że przy użyciu telefonu, bo mogliby się jeszcze pobić, albo co. Twierdził, przeciwnie do niej, że to zawalik, a nie zawał.
          - To tylko zawalik, nie żaden zawał. Nie masz się czym przejmować. Szybko dojdziesz do siebie. Czerwononosa jest głupia i niepotrzebnie cię nastraszyła. - Stał oparty o przeszkloną ścianę i wyglądał na bardzo przestraszonego.
          - No... nie wiem. To się chyba dopiero okaże. Mówią coś, że chcą mnie wysłać na koronarografię.
          - Na co...?
          - Na koronarografię. Takie badanie tętnic wieńcowych...
          - Ja wiem, co to jest. Tylko to się nazywa ikonografia.
          - Koronarografia...
          - Ikonografia.
          - Koronarografia...
          - A co ty za bzdury wygadujesz?! Starego lekarza chcesz uczyć? - Na twarzy Ojca nie było już widać śladu przestraszenia, za to stała się mocno purpurowa.
          - Dobra, niech będzie... - Misiu obserwował na monitorze, jak wzrasta częstotliwość pracy jego serca. - Co tam w domu? Daje sobie Ojciec radę bez Matki?
          - A co ty myślisz...? Przecież nie jestem dzieckiem... - Wzburzenie z poprzedniej wymiany słów kryło się także w tym zdaniu.
          - Tak... Tak tylko pytam... Właściwie nikt mnie tutaj nie przestraszył, raczej odwrotnie. Wszyscy mnie uspokajają i dziwią się, że tak szybko dochodzę do siebie.
          - No właśnie. Mówiłem: zawalik, nie żaden zawał.


                          Brat przyszedł tylko raz. Był jednak bardzo długo. Siedział na brzegu łóżka i prawie cały czas popłakiwał. Misiu zobaczył prawdziwego braciszka sprzed lat - tego z którym, wcielając się w role Winnetou i Old Shatterhanda, obskakiwali wszystkie krzaki parku; z którym śmigali na nartach przez pola i lasy wokół Miasta; z którym na rowerach pokonywali potężne odległości, od mazurskich jezior po nadmorskie plaże.
          Siedział na brzegu łóżka i żałował, że to wszystko przeminęło. Obiecywał, że powróci, że będzie jak dawniej - prawdziwe braterstwo krwi. Obiecywał, że od tej pory znowu brat będzie z bratem, na każde zawołanie, kiedy tylko będzie potrzebna pomoc.
          - Jak tylko stąd wyjdziesz – powiedział - pomogę ci przy betoniarce. Dokończymy zalewać ściany tego szamba.


                           Bratowa, podobnie jak Ciocia Wandzia, wpadała niezbyt często, jednak przynosiła dużo jedzenia. Misiu nie mógł jeść byle czego, długo miał specjalną dietę. Potem także nie miał ochoty na podjadanie poza szpitalnym menu. Po tygodniu szafka stojąca przy jego łóżku zamieniła się w magazyn żywności i był zmuszony poprosić Żonę o dyskretne jej opróżnianie.


                          Żona miała specjalne przywileje nie tylko jako żona - była pracownikiem szpitala. Pracowała na kierowniczym stanowisku w administracji i wszyscy lekarze mówili do niej: pani magister. Odwiedzała więc Misia kiedy tylko mogła, kilka razy w ciągu dnia, przeważnie w godzinach swojej pracy.
          Misiu bardzo tęsknił do tych wizyt. Tak samo bardzo, jak na morzu. Tam też leżał w chwilach odczuwania tęsknoty. W czasie pracy nie było na to czasu. Dopiero na koi, przed spaniem, patrząc na przytwierdzone pinezkami do szotu fotografie, próbował przenieść się w inne miejsce globu.
          Tutaj koja nie kołysała na fali i nie było żadnych fotografii. Po dniu pełnym ruchu, kiedy przygasało zaokienne światło i wszystko nabierało koloru ciemnobursztynowego, Misiu koncentrował się już tylko na monitorze z kardiogramem, albo na spękanym tynku w suficie i zaczynał tęsknić. Do następnego dnia z wizytą Żony, do jej pytań, jej troski i namiastki domu, którą z sobą przynosiła. Do atmosfery, w której czuł się mniej skrępowany - jedynej, w której mógł oddać stolec do płaskiego naczynia zwanego basen.
          Któregoś dnia Żona przyprowadziła dzieci. Misiu był bardzo szczęśliwy. Jednak innym szczęściem od tego przywożonego z długich rejsów. Wiedziały, że nie jest już dzielnym marynarzem. Były jednak za małe żeby zrozumieć, w jakim jest stanie.
          Pod koniec pierwszego tygodnia w pełni już operował sterowaniem łóżka. Pozwalano mu często zmieniać pozycję, stopniowo nawet do siedzącej. Żona przybiegała z rana świeża i uśmiechała się na jego widok, bo coraz bardziej wyglądał na zdrowego, młodego człowieka. Widać było, że przybiegała także po godzinach tęsknoty, po samotności w dwuosobowym łóżku. I poprawiając poduszkę pod jego głową szeptała mu do ucha, pytając:
          - Misiu... A nie wiesz, czy ty... Czy tobie będzie jeszcze stawał...?





2 komentarze:

  1. Dobrze, że Misiu dochodzi do siebie. A żona ma prawidłowe pytania :)
    Zawalik - nikomu nie życzę nawet tego!
    pozdrowienia i dzięki za wierszyk o Sójce, nie mogłam sobie przypomnieć jak on biega :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No wiesz Michał - egzystencjalne pytanie. I stawał?

    OdpowiedzUsuń