czwartek, 11 sierpnia 2011

Najdłuższy rejs (4)

                                                                                 

Zofia Sumczyńska                                                        akwarela
                        To pytanie spowodowało, że Misiu się przebudził. Wiedział od marynarzy, że całe życie kręci się wokół fiuta. Nigdy nie traktował tego poważnie, chociaż czuł, że jest tu - jak zwykle w takich opowieściach - odrobina prawdy. Skończyło się błogie wypoczywanie, wśród młodych pielęgniarek oklepujących plecy. Razem z pytaniem żony nadszedł też dzień, kiedy nakazano mu opuszczenie łóżka. Pierwsze dwa metry w stronę okna były dla niego przerażające. Zaczątki kwietniowego kwitnienia, nabrzmiałe chęcią do życia pąki, kolory wiosny, którymi tak bardzo pragnął się napawać z perspektywy drugiego piętra - wszystko to stało się mało ważne. Całkowicie gumowe nogi nakazały mu zwrócić uwagę na siebie. Mocno dysząc, kurczowo wbijał palce w lastryko parapetu. Był tak zdumiony swoją słabą kondycją, że dziewicze odcienie zieleni szpitalnych trawników widział rozmazane, jakby przez mgłę.
          - Panie Misiu, czy wszystko w porządku? - W drzwiach w przeszklonej ścianie pokazała się głowa pielęgniarki.
          - Ta...ak. Dam sobie radę...
          - Tylko pomalutku. Jakby co, proszę wołać.
          Misiu odwrócił się i popatrzył na salę. Do łóżka miał ze dwa metry, na pewno dojdzie. Musi tylko odsapnąć. W dłoni ściskał wiązkę kabli, którymi wciąż był przypięty do monitora. Z ukosa kardiogram wyglądał trochę inaczej, był bardzo skrócony. Jednak wyraźnie pokazywał, że jego serce pracuje. Na dalszym łóżku spał drugi zawałowiec. „Ciekawe, jesteśmy tu razem już tyle dni, a właściwie wcale nie rozmawiamy ze sobą. On ciągle śpi, albo jęczy z bólu”.
       „...Wokół fiuta.” To jednak była myśl bardziej zajmująca. To stwierdzenie Misiu zawsze traktował raczej jako śmieszne, alegoryczne definiowanie sensu życia w całonocnych, pseudofilozoficznych dyskusjach marynarzy, mocno wspomaganych piwem. Alegoria alegorią, jednak teraz nastał moment, kiedy poczuł to na sobie, i to w sposób bardzo obrazowy. Poczuł się strasznie słaby i niepełnowartościowy. Poczuł strach przed utratą potencji – i bynajmniej nie tej związanej z seksem. Poczuł strach przed czymś, czego nie był jeszcze w stanie zdefiniować. Czuł gdzieś podświadomie, a może alegorycznie właśnie: on, Misiu, nie jest w stanie być alegorią czegoś mocnego, zdrowego, w kategorii "a" - sztywnego penisa.
          Kiedy kładł się na szpitalne łóżko, jego gumowe nogi zamieniły się w nogi z waty. Otarł z czoła krople potu. To chyba był strach taki w ogóle. Strach przed życiem, ale też przed niemocą, która nie pozwoli przeć do przodu, z pozycji wyprostowanego, silnego człowieka - ku wyznaczonym celom.
          - Panie Misiu, czy wszystko w porządku? - W drzwiach znowu pokazała się głowa pielęgniarki. - Proszę chodzić pomalutku, koło łóżka. Jutro musi pan sam dojść do łazienki.

                                                      Doktor Pediatra siedział na krześle pod oknem. W szarości jego twarzy pod światło trudno było rozpoznać jakiś wyraz. Misiu nie miał jednak wątpliwości, że mówi poważnie i szczerze.
       - To ciekawe, że tak szybko doszedłeś do siebie. W sensie psychicznym. Praktyka pokazuje, że zawałowcy w tak młodym wieku mają z tym problem i popadają w depresję.
             - Ja nie...
          - Ty nie. Obserwuję ciebie od kilku dni i przecież widzę. To, że jesteś taki słaby jest najzupełniej normalne po tygodniu leżenia. Nie łam się i wstawaj z wyra. Pomału, stopniowo, jak ci każą. Musisz wszystkie mięśnie rozruszać, a jutro dalej, na korytarz. No dawaj, trochę tu posiedzę i popatrzę.
            Misiu przeniósł szklany wzrok na sufit. Doktor Pediatra miał w sobie coś uspokajającego. "Ma rację. Przecież gdyby coś się działo, sam bym zauważył." Krzywa na ekranie monitora odzwierciedlała rytm wzorcowy. Było mu bardzo wygodnie i gdyby jeszcze rozwarł się sufit, mógłby rzec, że leży gdzieś wysoko, na pokładzie pelengowym, z dłońmi pod głową, tak jak kiedyś lubił po wachcie. Znowu patrzy z centrum idealnej sfery, podzielonej na pół powierzchnią zmarszczonego oceanu. I czuje, jak pod presją błękitu, ograniczonego nieskazitelną linią horyzontu, staje się coraz to mniejszy i spokojniejszy, osiągając w końcu rozmiar i błogostan embrionu, wtulonego w łono Kosmosu. Z dołu, przez kilka pokładów, z najgłębszych czeluści maszynowni, którą przed chwilą opuścił, przebija się odgłos pracy silnika głównego. Miarowy rytm serca statku, dający poczucie siły i bezpieczeństwa.
          - Wiesz, Pediatro...? Słyszę pracę swojego serca. Ja nigdy przedtem nie słyszałem...
       - I bardzo dobrze. To znaczy tylko tyle, że żyjesz. Wstawaj! - Doktor Pediatra wesoło się zaśmiał.
        Misiu odetchnął głęboko, naciągając kable przypięte do nagiego torsu. Opuścił stopy prosto w filcowe kapcie i usiadł na pościeli.



3 komentarze: