wtorek, 6 września 2011

Kruzensztern (Крузенштерн)




Było zupełnie tak, jak wczoraj. Też dotknąłem czarnych, nitowanych blach kadłuba. Nie wiem dlaczego coś każe to robić? Może na szczęście? Tak się mówi. A przynajmniej tak się odpowiada na pytanie: „Dotknąć? A po co?” A może zwyczajnie, żeby poczuć duszę statku? Chyba tak, bo coś poczułem. Poczułem ciepło wszystkich mórz i oceanów, po których pływał. I ciepło krajów, z których woził saletrę i zboże. Ale też ciepło, tak sądzę, ludzkich istot, podczas codziennej harówy, w zmaganiu się z żywiołem. Czy to jest dusza statku?

Zaraz potem Gienek nacisnął spust migawki. Klik, i oto stoję – ja, przystojniak, na jego tle, w środku wielkiej imprezy. „The Cutty Sark Tall Ships' Races" - Gdynia 1974.

Po chwili poszliśmy na drugą stronę, za Oceanarium, do basenu jachtowego. Tam też roiło się od żagli, ale mniejszych. Dużo mniejszych, bardzo dużo mniejszych i całkiem małych. Wszystkie przypłynęły razem z wielkimi żaglowcami. Też brały udział w wielkim wyścigu. Jeden, taki malutki, stał na samym początku, przy falochronie. Tak mały, że jego pokład był dobry metr poniżej poziomu kei. Z włazu na rufie wystawał nagi tors ogorzałego Żeglarza. Jego twarz, okolona czarnym zarostem, smagana przez wszystkie wiatry świata, była pełna ciepła i pełna przychylności. Nie sposób było nie zagadać:
          - Good... afternoon -  zaczął  Gienek,  bo chyba lepiej znał angielski.
          - Good afternoon.
          - How was... there... on the sea?
          - Eee... thank you... very good.
          - How long... have you been... on the sea... in this year?
          - Ooo... about fifty days...
Żeglarz też się jąkał, więc pomyśleliśmy, że to jakiś Hiszpan, albo Portugalczyk. Ale wypadało zapytać:
          - Where are you from..?
          - From Szczecin...
Właściwie zatkało nas wszystkich trzech, na moment. Zaraz potem Żeglarza już nie było widać, za to gdzieś z dna jachtu dało się słyszeć stłumiony rechot. My też zawróciliśmy stamtąd czym prędzej, chcąc opanować niekontrolowane wybuchy śmiechu, które nie przystały chłopakom w mundurach studentów pierwszego roku Szkoły Morskiej. Zawróciliśmy pod bark Towariszcz (Товарищ), gdzie z kolegami ze Szkoły Morskiej w Odessie łatwiej było się dogadać, za pomocą kombinacji angielskiego z rosyjskim, ze wskazaniem na to drugie.

Gnaliśmy autostradą, żeby zdążyć. Zapragnąłem jeszcze raz dotknąć ciepłych blach kadłuba, kilkadziesiąt lat później. Udało się. I nawet zdjęcie zrobiłem, i coś widać, chociaż słońce poszło już sobie daleko, gdzieś za Sea Towers.






3 komentarze:

  1. Lubię kiedy opowiadasz :)

    Kiedy w Szczecinie był zlot żaglowców przyjechała moja bratowa z Poznania. Łaziłyśmy od świtu, od żaglowca do żaglowca... w końcu usiadłyśmy w kątku żeby odetchnąć - a po chwili z daleka ktoś do nas krzyczy... Zdębiałyśmy, ciocia z Warszawy do nas energicznie machała łapką... Przyjechała specjalnie nie dając znaku życia oczywiście. Się wszystkie spotkałyśmy pod Kurzenszternem, bo sobie chłopcy z marynarzami gaworzyli - więc tak to tak, z tymi nagłymi spotkaniami :P


    A Tobie pięknie w mundurze kolego :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, statki mają piękne, choć sfatygowane dusze i dotknięcia takowej ( w jakikolwiek sposób) już się nigdy nie zapomina...:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Takie morskie klimaciki...
    Tęsknota za czymś, co nieosiągalne.
    Marzenia, które spełniają się nielicznym.
    Morskie marzenia...

    OdpowiedzUsuń