czwartek, 6 października 2011

Misiu i Małgorzata (3)




          Dworcowa hala przytłaczała swoim ogromem. Misiu, choć wyprostowany marynarskim mundurem, z głową podniesioną pod białym deklem czapki, poczuł się karłem. Na ułamek sekundy popadł w stan nostalgii i dokładnie poczuł, że jest w samym środku, na skrzyżowaniu wędrówek ludów. W miejscu odjazdów i powrotów, odjazdów na stałe i na chwilę, radosnych powitań i łez pożegnania. Musi stąd odejść, to nie jest dobre miejsce na czekanie. Z ogromnych, półkolistych okien patrzyły na niego czarne źrenice nocy. Hala była prawie pusta. Przy wyjściu na perony tańczyła miotła, ożywiona przez silne dłonie sprzątaczki, a okienka kasowe przypominały martwe oczy antycznych figur z kamienia. Czekały na falę podróżnych, która w porannym przypływie zmyje z nich bielmo. Poszedł w stronę miasta. Stukanie mundurowych obcasów eksplodowało echem pod samo sklepienie.


          Metropolia zapadła już w głęboki sen, a nad czasem jego trwania delikatną poświatą czterech tarcz czuwał zegar, z wysokości bajkowej wieży, z bajki napisanej w czasach renesansu. Wskazówki sięgały godziny drugiej. Tuż obok, w mroku, zastygły wielkie skrzydła. Rozpostarte jakby do lotu, lecz dźwigające koło zamiast ptaka. Deutsche Reichsbahn.
          Misiu spacerował wokół pięknej architektury, nie oddalał się jednak zbytnio. Majowa noc nie była zbyt ciepła, pomyślał o drzemce w dworcowej poczekalni. Na postoju w taksówkach taksówkarze też drzemali. Śniło im się, że głos z megafonu zapowiada nadjeżdżający pociąg.
         - Marynarzu, kopsnij szluga. - Misiu  wzdrygnął  się  na dźwięk  chrapliwego głosu. Zmęczona kurwa miała błagalny wzrok. Paczkę philip morrisów kupił dla szpanu, żeby zabłysnąć następnego dnia. Kiedy przypalał, zobaczył w blasku ognia, jak błaganie zamienia się we wdzięczność.
          - Zimno... - Głębokie sztachnięcie i fala dreszczu przemknęła całą długością jej ciała. - Może chcesz się ugrzać, marynarzu? Ładny jesteś...
            - Nie. Dzięki. Dam sobie radę.
            - Niech Pan Bóg ci w dzieciach wynagrodzi.
          Poszła w stronę taksówki. Misiu odprowadził ją wzrokiem i pomyślał, że z tyłu wygląda jak bezpański pies, skulony z zimna.

              Na dworzec wrócił od strony peronów kolejki miejskiej. Przy samym wejściu był czynny bar. Pijąc herbatę spalił dwa papierosy. Rozmyślał nad planem, który zrodził się tak spontanicznie w jego głowie. Gienek od razu przyklasnął, może dlatego, że ma teraz wolny pokój, tylko dla siebie. Co i tak nic nie zmieniało, bo Misiu podjął decyzję nieodwołalnie. O dziewiątej na parkingu przed zamkiem będzie stał autobus. W autobusie będzie ona. Żeby zdążyć, musi wyjechać stąd o siódmej. Nie znalazł innej możliwości. Dlatego woli kiblować tu całą noc, bo z akademika na pewno by nie zdążył. Ale to będzie niespodzianka!
      W poczekalni zastał tłum ludzi. Ledwo znalazł wolne miejsce na ławce z twardych, dębowych listew. Czapkę przycisnął do brzucha, żeby nie zgubić kiedy głowa mu opadnie. W przerywanym półśnie bardziej czuwał, niż wypoczywał. Nie chciał przespać pociągu.
        O szóstej otworzył oczy na dobre. Już czas. O dziwo czuł się rześko. Zszedł do piwnic dworca w poszukiwaniu toalety. Przy pisuarach urzędował już jakiś zbok, waląc konia. Misiu z obrzydzeniem zamknął się w kabinie. Kiedy spuszczał wodę, spośród mnogości napisów na ścianie jeden przykuł jego uwagę: patrz w prawo. Popatrzył. I tam też: patrz w prawo. Co za diabli? Dalej: patrz w prawo. No tak, tego mógł się spodziewać: czego się chuju kręcisz?!
         Obok toalety był fryzjer. Misiu zobaczył wolne miejsce i postanowił się ogolić. Na peron pobiegł świeży i pachnący. Do pociągu wskoczył tuż przed odjazdem. Pojechał na spotkanie z Małgorzatą.


         Kluczył pośród stada autobusów. Jego serce wciąż szalało, nie tylko po długim dystansie ze stacji kolejowej, ale też w obawie, czy zdążył? Dopiero widok ostatniego, wciśniętego w sam koniec parkingu, przyniósł mu ulgę. Tak, to musi być ten. Wycieczka szkolna - głosił napis na tablicy za przednią szybą. Numer rejestracji też pasował. Autobus był pusty i bez kierowcy. Widocznie jeszcze zwiedzają zamek. Misiu, dysząc jeszcze, rozejrzał się dookoła. Pod baldachimem świeżej zieleni stało kilka ławek. Obok w kiosku kupił oranżadę i paczkę herbatników. Czas na śniadanie. Przysiadł na ławce i nie spuszczając oczu z monumentalnej sterty cegieł przeżuwał ciasteczka. Ciemna paszcza wejściowej bramy, obramowana gotyckim łukiem, na przemian połykała i wypluwała grupki turystów. Dalej, tuż za fosą, potężne mury dźwigały hektary dachu, z których gdzieniegdzie sterczały kominy. W głęboko osadzonych oknach nie grało żadne światło. Każde było ujściem czeluści, skrywającej jakąś tajemnicę, przez wieki. Po prawej cegły układały się w ażur. Zamknięta w trójkąt harmonia wysmukłych ostrołuków i okrągłych otworów, przetykana pasami przypór, na których zwieńczone kwiatonami pinakle strzelały wprost w niebo. Po bezchmurnym błękicie maleńki punkcik samolotu rysował białą smugę.
         Misiu poczuł się błogo i przymknął  oczy. Oddał  się chwili  wytchnienia w tym niesamowitym miejscu, na łonie wielkiej historii. Podeszwą mundurowego buta czuł powierzchnię kamienia w bruku, który pięćset lat temu też gdzieś tu się walał. Ciekawe pod czyją stopą wtedy leżał? Nie otwierając oczu odchylił głowę do tyłu. Podmuchy majowego powietrza łagodnie pieściły mu twarz.


            Nagłe spojrzenie na świat nieprzytomnym wzrokiem. Przez moment nie wiedział, gdzie się znajduje. Obaj milicjanci, którzy przed nim stali, prawie parskali ze śmiechu, widząc jego przestraszoną minę.
          - Nie śpij tu, marynarzu, bo cię okradną.
          - Ok... Dzięki...
        Szybko ochłonął i zaczął wytężać wzrok. Wejście na zamek zasłaniała duża grupa ludzi. Pozowali do zdjęcia. Misiu przez chwilę przyglądał się i nagle uświadomił sobie, że widzi coś swojskiego. Ze środka grupy około czterdziestu dziewczyn przebijało się coś męskiego. Gęsta czupryna Profesora była tak charakterystyczna, że nawet ciemne okulary nie były w stanie utrudnić identyfikacji. Misiu wstał uradowany i zrobił krok w stronę zamku. Oto Profesor od astronomii, który tak pięknie potrafił połączyć matematykę i fizykę z mitologią starożytnych. Jego wspaniałe opowieści, z sugestywną gestykulacją genialnego dyrygenta, kiedy to jednym ruchem dłoni potrafił otworzyć wszystkie gęby w klasie, będzie pamiętał do końca życia.  Co za niespodzianka!
Olej na płótnie             Zofia Sumczyńska
        No i jeszcze większa radość. Po lewej, w przysiadzie, uśmiechała się Małgorzata. Uśmiechała się do obiektywu nieświadoma, że jakaś miła koleżanka robi jej nad głową psikusa. Misiu zbliżał się pomału, speszony taką ilością dziewczyn. Jak to będzie? Małgorzata nagle podniosła głowę kierując wzrok wprost na niego. Jakby poczuła, że się zbliża. Nawet z tak sporej odległości dostrzegł, że jej twarz staje się twarzą małej, bardzo szczęśliwej dziewczynki, jednocześnie zawstydzonej okazywaniem swej radości przed taką widownią. Biegła w jego kierunku, nie bacząc na chichoty koleżanek. I tak nie widziały, że jej policzki płoną czerwienią najpiękniejszej róży.
           - Misiu... Jesteś... - Usłyszał szept, bo rzuciła mu się na szyję.


               Potem było widać, że wszystkie koleżanki Małgorzacie zazdrościły. Tak delikatnie i na wesoło. Marynarz Misiu został zaakceptowany i mógł dołączyć do wycieczki; pan Profesor wyraził zgodę. Po małych roszadach siedzieli obok siebie w środkowej części autobusu, po prawej. Żuławskie równiny mazały okna żółcią i zielenią. Autobus mknął krętą drogą, gdzieś na skróty, ku morzu, na Westerplatte. Był jak wielka pszczoła, zbierająca po drodze aromat rzepaku. Misiu bardzo chętnie zjadł kanapkę z kiełbasą i pomidorem, popijając herbatą z termosu. Poczuł się jak w domu. Dziewczyny cały czas śpiewały skoczne piosenki, a Małgorzata coraz śmielej się do niego przytulała. Czuł jej ciepło i radość.


                        Kiedy się obudził, trzymała jego dłoń i patrzyła na niego jak na niemowlę, okiem troskliwej mamy.
          - Jesteśmy na miejscu - powiedziała z uśmiechem.
      Prawie wszyscy już wysiedli, a wyłączony motor autobusu jeszcze stękał, stygnąc po ciężkiej pracy. Misiu wyprostował kości i poszedł za Małgorzatą. Podczas długiej pieszej wędrówki trzymali się na końcu, chcąc być sami. Zresztą cała reszta udawała, że ich nie widzi. Kluczyli po śladach tragicznej historii, daleko za grupą, w zadumie spoglądając na spękane bryły betonu. Misiu był już w tym miejscu nie raz i cieszył się, że może być dla Małgorzaty przewodnikiem. Sam pokazywał jej ruiny koszar, „fort” mata Rygielskiego, wartownię nr 1, kasyno podoficerskie. Na płaskim kopcu, u stóp monumentu, czekały już wszystkie dziewczyny. Jeszcze oboje dyszeli po pokonaniu spiralnej ścieżki, kiedy fotograf ustawiał grupę. Potem było pstryk, na wieczną pamiątkę.


                Słońce schowało się za widnokrąg, pozostawiając po sobie niebo upaprane dziwnym różem i fioletem. Twarz Małgorzaty wyglądała pięknie w tej poświacie, była tuż przy oknie. Dziewczyny wkoło nie miały już siły na śpiewanie a te, którym się chciało, szwargotały niezbyt energicznie. Małgorzata wyglądała na smutną i wciąż wierciła kciukiem we wnętrzu jego prawej dłoni. Niedługo będzie wysiadał.
          - Wiesz, co to znaczy? - zapytała ciszej od najcichszych wokół.
          - Co... znaczy, co?
          - No to... że ci tak tu wiercę. W dłoni.
          - Nie wiem.
          - To znaczy... - Zbliżyła usta do jego ucha. - To jest znak, że ciebie pragnę.
       Niebo za szybą wpadało już w odcienie szarości, a twarz Małgorzaty jeszcze świeciła. Misiu wysiadł w Pruszczu.


                     Do Gdańska dostał się na stopa. Szalony rajdowiec napędził mu niezłego stracha, wyciskając z fiata wszystko, co fabryka dała. Ale dobrze, bo zdążył na szybką kolejkę do Gdyni i do akademika wbiegł tuż przed zamknięciem. To nie były żarty, to była Szkoła Morska. Gienek już spał; w pokoju było ciemno i cicho. Misiu na paluszkach zrzucił mundur i walnął się na dolna koję. Leżał długo z otwartymi oczami, aż ciemności wylazły kształty. Zobaczył, że uwypuklenie materaca górnej koi jest znaczne i z czasem zaczęło pulsować, delikatnie poskrzypując. - Kurna... - pomyślał. - Gienek ma tu dziewczynę.


                              Nie miał siły wyłazić w poszukiwaniu innego legowiska. Zmęczenie kazało mu zasnąć. Spał snem kamiennym i rano Gienek długo się naszarpał, zanim go obudził. Kiedy już szli długim korytarzem na wykład, Misiu nie wytrzymał.
          - Sorry, że ci przeszkodziłem w nocy.
          - W czym?
          - No wiesz... Dziewczyna była u ciebie.
          - E... Co ty. To nie była dziewczyna.
          - Jak to?
          - Kurwiszon... Cichodajka.
          - Co takiego???
     - No  co  ty? Nie wiedziałeś? - Gienek spojrzał na Misia z lekkim rozbawieniem. - Przyjeżdżają tu takie z południa, żeby dać dupy chłopakowi ze Szkoły Morskiej. Za friko. Potem mają się czym chwalić.


Olej na płótnie                                                    Zofia Sumczyńska






2 komentarze:

  1. Małgorzata tu była, czytała i się zachwyca. Obrazami również :)

    OdpowiedzUsuń
  2. była tu także, Gabriela Małgorzata i też jej się podobało:)chociaż jakos jej się tęskni za Jadzią i Jasiem:)

    OdpowiedzUsuń