środa, 5 października 2011

Najdłuższy rejs (5)




                        Świat oglądany z pozycji pionowej był znacznie ciekawszy. Już od dwóch dni starał się jak najczęściej wychodzić na korytarz. Przechodząc przez "centralę manewrowo-kontrolną" oświadczał pielęgniarkom, że idzie do toalety. Pomieszczenie pielęgniarek z drugiej strony też było ograniczone przeszkloną ścianą, za którą leżało kilku zawałowców, przeważnie płci żeńskiej. Niedługi korytarz z prawej zamykały drzwi, za którymi był oddział internistyczny, a na lewo prowadził prosto w ogromne okno, przez które można było obejrzeć zielone przedmieścia. Pod oknem stał stolik, fotel i ogromny filodendron. Misiu od razu polubił to miejsce, jedyne chyba w tym szpitalu, które miało coś z klimatu normalnego domu. Ale też przestrzeń i łyk świeżego powietrza. Jak na Stefanie Batorym, gdzie po zakończeniu wachty wychodził z maszynowni, od kotłów i turbin, wprost na Świętojańską, i wędrował na samą rufę, na Grabówek, żeby popatrzeć na Ocean. I tak samo wszystko się kiwało.
           Żeby się wysikać, trzeba było przejść przez drzwi na internę. Zaraz za nimi zaczynał się zupełnie inny świat - preludium do tego, co było tuż za innymi drzwiami, tymi z napisem: "wc". Długi korytarz sprawiał wrażenie mrocznego. Był oświetlony sztucznym światłem i tylko czasami, kiedy ktoś uchylił drzwi którejś sali, wpadało do niego trochę słońca. Misiu odkrył szpital innego rodzaju, dla ludzi przeważnie starych i umierających, gdzie zapach środków do dezynfekcji mieszał się z odorem moczu i kału. Spacerował do samego końca, a może do początku, do samych drzwi wejściowych, zerkając właśnie tam, gdzie drzwi były uchylone. Już zza pierwszych po prawej dobiegały straszne, nieludzkie dźwięki, wydawane przez człowieka, z którego brzucha plastikową rurką spływała do przezroczystego worka krwista uryna. Dalej, gdzie tylko dało się zajrzeć, widać było podobne historie. Na materacach leżały ciała przeróżne: wychudzone, prawie szkielety, przywodzące na myśl obrazki z obozów koncentracyjnych, albo też ogromne zwały tłuszczu, przewalające się po pościeli. Przy łóżkach stały metalowe szafki, stojaki do kroplówek i krzesła, na których siedzieli członkowie rodziny albo znajomi chorego, wszyscy z podobnym wyrazem twarzy, którego Misiu nawet nie próbował analizować.

          Nigdy nie przypuszczał, że zapach spalonych papierosów może być czymś tak wstrętnym. To pierwsze wrażenie po przekroczeniu drzwi ubikacji jednak szybko prysło, kiedy się okazało, że ubikacja to jednak ubikacja, a nie jakaś dworcowa palarnia. Trzy klozetowe kabiny bez drzwi ukazały w całej okazałości nie spuszczone kupy z resztkami "Trybuny Ludu". Po podłodze, przynajmniej w siedemdziesięciu procentach zalanej moczem, trudno było przejść suchą stopą, a samo sikanie, w jakimś szalonym rozkroku, było nie lada wyczynem, przy założeniu, że chce się zachować w stanie suchym filcowe kapcie. Uchylone okno ze zbitą szybą nie było w stanie uzupełnić świeżego powietrza. "Tych kapci nie będę zabierał do domu" – postanowił Misiu.
       W korytarzu kardiologii odkrył pomieszczenie gospodarcze, gdzie pod stertami kaczek i basenów znalazł wannę z prysznicem. Kąpiel odpadała. Obok była jednak muszla klozetowa i duża metalowa umywalka. Znalazł też jakiś pojemnik, najprawdopodobniej z mydłem w płynie. Z wielką rozkoszą, po wielu dniach, umył sobie kutasa i tyłek.





2 komentarze:

  1. Jakieś "gówniane" historie. I muszę powiedzieć, że bardzo sugestywnie opowiedziana historia :) Muszę na dwójeczkę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. znam, napatrzyłam się na podobne... muszę przyznać, że trzeba być silnym... opisać bez łzy?

    OdpowiedzUsuń