piątek, 28 października 2011

Najdłuższy rejs (6)




                       Żona często przychodziła późnym wieczorem, przeważnie w towarzystwie żony Kaczora. I Misiu pytał wtedy, za każdym razem tak samo:
                 - Dlaczego Kaczor nie chce mnie odwiedzać?
            - Kaczor  cię pozdrawia,  ale  on  tu  nie przyjdzie. On  czuje się bezradny w takich sytuacjach, a to miejsce go przeraża. - odpowiadała Alicja niezmiennie. Alicja całowała Misia tak samo jak Żona. Jej usta były tak samo gorące, a może nawet jeszcze bardziej, co Misiowi specjalnie się nie podobało. Chociaż, z drugiej strony, nabierał w tych sytuacjach pewności, że obawy Żony co do jego potencji są zupełnie nieuzasadnione.
         Alicja przynosiła blaszane puszki z kompotem z owoców liczi, który Misiu uwielbiał. Najpierw wypijał sok o smaku takim sobie. Wypijał w pośpiechu, żeby jak najszybciej dotrzeć do sedna. Potem, przymykając oczy, delektował się już tylko miąższem owoców, przytrzymując na języku subtelne, słodko-kwaśne orzeźwienie. I dałby głowę, że powietrze, wpadające przez uchylone okno, przynosiła bryza prosto z Bombaju. Orzeźwiające, ale też doprawione zapachem wielkiego miasta i zapachem makuchów, na których załadunek czekali już miesiąc, na redzie.
             Mniej  więcej  w połowie  drugiego  tygodnia Alicja włożyła do szuflady w metalowej szafce garść monet.
          - To na telefon - powiedziała. - Kiedy już cię przeniosą na internę, będziesz mógł dzwonić. Tam na korytarzu jest automat.
            - Dzięki, ale przecież... - Misiu był bardzo zaskoczony. - Dlaczego to robisz?
            - Wiem... Potrafię sobie wyobrazić, jaki czujesz się tu samotny, szczególnie wieczorami. Dzwoń, kiedy tylko będziesz chciał pogadać.
 
                              Dwa tygodnie na łóżku o specjalnej konstrukcji. Elektryczne siłowniki wydając jękliwe dźwięki czyniły z legowiska robota, a materac przyjmował kształt idealnie dopasowany do potrzeb kręgosłupa. Zabawa przyciskami sterującymi była niezłą frajdą. Szukanie najwygodniejszej pozycji do poczytania i zaśnięcia tuż potem nabierało cech wieczornego rytuału. Misiu odsuwał książkę, a sam układał się lekko na boku, w stronę okna. Pod zamkniętymi powiekami, pośród resztek tańczących powidoków, pojawiało się pytanie: "Jak długo jeszcze?" Potem zasypiał.
          Nie wiedział w której był fazie snu, kiedy szarpanie za ramię przyśpieszyło bicie jego serca. Otworzył oczy prosto w blask świetlnej kuli na suficie.
            - Panie Misiu, wygląda na to, że pan tu jest w najlepszym stanie. Musimy pana wyrzucić na internę, bo nie mamy miejsca dla pacjenta z zawałem. - Doktor Brzózka silił się na uśmiech. - Szafkę zawieziemy za panem, niech pan nic nie wyjmuje. Musimy się śpieszyć.
          Tej nocy Misiu już prawie nie spał. Został obudzony zbyt brutalnie. Nowe łóżko było bardzo nieprzyjazne i nie pomagał tu fakt, że stało w pokoju samotnie. Drugie na pewno się popsuło i gdzieś wywieźli, bo miejsce przecież było. Natomiast ulokowanie pokoju napawało optymizmem. Podmuch powietrza z pobliskiej klatki schodowej wypierał nieprzyjemne zapachy.
            Około czwartej nad ranem włożył szlafrok i wyszedł z pokoju. Tuż przy drzwiach wisiał telefon na monety. Patrzył teraz na korytarz oddziału internistycznego z drugiego końca. Ciekawe - stąd wydawał się dłuższy. Może dlatego, że dalej było do dyżurki pielęgniarek. I dziki skowyt umierającego człowieka nie był taki donośny. Zaczął spacerować, kilkakrotnie pokonując drogę od telefonu do dyżurki. Z ciekawości zaglądał do wszystkich pomieszczeń o uchylonych drzwiach. Poznawał zaplecze oddziału. Pielęgniarki w dyżurce spały.
         Z zadowoleniem stwierdził, że jego kondycja się poprawiła. Mógł chodzić szybkim krokiem bez zadyszki. Czuł się młody, wypoczęty i oczyszczony. Kiedy kładł się do łóżka, wschodzące słońce rykoszetem rozświetlało fragment ściany nad umywalką.

                       To już ostatni zastrzyk. Poranne niebo łopotało w oknie, jak błękitna ścierka na sznurku jeszcze lekko wilgotna od rosy. Położył się na brzuchu i odsłonił lewy półdupek.
             - To już ostatni zastrzyk, panie Misiu. - Poczuł jak igła wwierca się w mięsień pośladka. - Jeszcze kilka dni i do domciu. Jest pan już zdrowy. - Pogodny głos pielęgniarki był dopełnieniem słonecznego blasku za oknem. Zwinęła waciki i inne akcesoria na tacę, i poszła sobie z uśmiechem na stałe przyklejonym do twarzy.
          Misiu czuł się tak samo rześki, jak przed tym krótkim spaniem. Wstał błyskawicznie, jakby motorzysta go budził na wachtę. Zdjął górę piżamy i podbiegł do umywalki. Napinając pierś próbował zmyć ślady po elektrodach. Wypłukał to, co miał pod pachami i przeszedł do mycia twarzy. Zimna woda jeszcze bardziej go orzeźwiła. Szorował ręcznikiem swoje mięśnie z tak wielką energią, że z opóźnieniem poczuł jak miękną mu nogi. Chyba dopiero wtedy, kiedy odgłosy szpitala zaczęły ulegać dziwnym deformacjom. Jakby przefiltrowane, bez basów, metaliczne, jak z filmu sci-fi. I coraz bardziej się ddalały.
             Powoli otwierał oczy. Czuł, że czyjaś dłoń klepie go po twarzy. Leżał na plecach, a jego palce kurczowo ściskały przycisk na końcu kabla, zwisającego ze ściany. Dzwonek wciąż dzwonił gdzieś na korytarzu.
         - Może pan już przestać dzwonić. - W głosie doktora Brzózki dało się wyczuć resztki zdenerwowania. - To nic takiego, to nie była zapaść. Tak się czasem zdarza przy penicylinie. Musiała dziewczyna w naczynie trafić.
           Wokół łóżka stały też trzy pielęgniarki. Były jakby przestraszone, a najstarsza wściekała się na najmłodszą, robiąc zarzuty:
- Jak można, tak od razu, zostawić pacjenta po zastrzyku..?
           Misiu i tak nie uwierzył doktorowi Brzózce. Był przekonany, że to następny zawał. Jego mięśnie drżały jeszcze długo i do tego poczuł coś jeszcze. Coś, co dotychczas było mu obce. Dziwne uczucie, zupełnie irracjonalne, nie poddające się żadnym perswazjom doktora Brzózki.

                                    Lęk tego dnia nie pozwolił mu wstać z łóżka. Nie był w stanie zaufać nawet Czerwononosej, która, kiedy przyszła do niego w trakcie obchodu, już o wszystkim wiedziała. Wieczorem przełamał się i doszedł do telefonu. Kilka metrów pokonał z wielkim wysiłkiem. Kiedy wykręcał numer do Alicji, jego nogi drżały jak po długim dystansie. Lubił rozmawiać z Alicją, a teraz jeszcze bardziej lubił, bo jej głos uspokajał. Do łóżka wrócił na mocniejszych nogach. Przed spaniem połknął różową tabletkę, którą przyniosła pielęgniarka.

                                        Rano, przed śniadaniem, przenieśli go do sali bliżej dyżurki. Nie był już sam i czuł się bezpieczniej. Powoli nabierał przekonania, że powinien uwierzyć wszystkim, którzy mówili, że nic się nie stało. Leżał na łóżku między umywalką a Półgębkiem - po udarze chyba, bo właściwie tylko połowa jego ciała była aktywna i mówił tylko półgębkiem. Dalej, pod oknem, leżał Paluch - nie wiadomo po czym, ale bezustannie skarżył się na wrastający paznokieć u palucha i kość od kurczaka, która utkwiła mu w gardle. Obaj, starsi panowie, wciąż zajęci byli ożywioną konwersacją na pograniczu kłótni.
        - Oni nie mają pojęcia. Żaden nie zauważył, że mam kość w gardle. Ja bym ich wszystkich... Konowały jedne...
            - Głupoty gadasz. Laryngolog na pewno by zauważył. Może masz urojenia? Na mózg ci chyba padło...
            - Komu padło, temu padło.
Półgębek spurpurowiał ze złości:
            - Tylko na pół gęby i nogę... i rękę. Ale uważaj, bo lewą mogę przypierdolić.
Misia zignorowali, choć na głośne dzień dobry odpowiedzieli. Widać był dla nich za młody. Nie dorósł do poziomu dyskusji.









9 komentarzy:

  1. Ja może troszkę nie w sam środek tarczy z komentarzem, ale koniecznie muszę powiedzieć, że uwielbiam liczi, świeże, to strasznie "wielodoznaniowy" owoc...zabawny, wpierw fakturowany, potem śliski...jutrem poszukam puszkowanych:)))

    Czekam na ciąg dalszy:)))
    Pozdrawiam serdecznie:DDD

    OdpowiedzUsuń
  2. tak bym chciała przeczytać Twoją powieść za jednym zamachem..pisz szybciej i szukaj wydawcy!

    OdpowiedzUsuń
  3. Z przyjemnością przeczytałam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Sydonia - aleś mi narobiła tą "wielozadaniowością"; już dwa dni biegam i nie mogę znaleźć puszkowanych. Strzelaj dalej, bardzo proszę. Nie musi być w sam środek :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Klarko - bardzo mi miło. Jadę dalej i proszę częściej o takiego kopa :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Margo - z przyjemnością czytam, że z przyjemnością przeczytałaś :)

    OdpowiedzUsuń
  7. *Misiu:)))
    chciałabym zwrócić uwagę, że napisałam: "wielodoznaniowy", a nie "wielozadaniowy" owoc:PPP , a to jakże subtelna różnica:)
    (przyznam się szczerze, że się popłakałam ze śmiechu)
    no właśnie też szukałam, bo nie było tam, gdzie myślałam, że będą:)))

    jak kupię puszkowane, dam znać gdzie:)
    jak kupię świeże, strzelę "na świeżo", czyli na bieżąco zdając relację z doznań :DDDDDDD

    OdpowiedzUsuń
  8. Hehe... :) Sydonio - to dlatego, że ten Misiu (podmiot liryczny, jak - zdaje się - mówią poeci) podszył się pod autora. On chyba nawet nie umie dobrze czytać :) Ja z pewnością dobrze bym to zrobił. Nawet o trzeciej nad ranem :)

    OdpowiedzUsuń
  9. :DDDDDDDDD
    aaaahaaa:))) niemniej serdecznie pozdrawiam zarówno podmiot jak i autora:)))))

    OdpowiedzUsuń