środa, 30 listopada 2011

Najdłuższy rejs (10)




                           Sobota nie była wolna i Żona trzasnęła drzwiami, biegnąc do pracy. W półśnie Misiu postanowił, że chwilę jeszcze pośpi snem pełnym. Dzieci też wciąż spały, a z głośnika leciało lato z radiem. Sen ma to do siebie, że nawet jak trwa dwie godziny, to wydaje się, że to chwila. Więc za chwilę, koło dziewiątej, poczuł brutalne szarpanie za ramię.
          - Wstawaj, Misiu! Potrzebny prąd na betoniarkę! - Głos Grubego był bardzo gruby i groźny.
             Misiu zerwał się gwałtownie, zupełnie osłupiały. Co jest grane?
           - Co jest grane...? Jakieś żarty sobie stroisz? - Przetarł oczy i dokładniej zobaczył grubą twarz Grubego. Gruby nadal udawał groźnego, lecz czuło się, że zaraz może wybuchnąć śmiechem.
           - Nie, to nie żarty. Wyjrzyj na dwór a zobaczysz, jaka brygada tam czeka.
       Oprócz grubego było ich czerech: Kaczor, Psioter, Krystek i Zdzichu. Wszyscy ubrani w byle jakie łachy, prosto do roboty.
      - Dawaj, nie ma czasu. Musim dzisiaj zalać te ławy - powiedział Zdzichu. - Szałerek otwieraj, gdzie masz ten cyment?
         - Jo, pośpiesz się - dodał Psioter. - Pół dnia mija, a ty śpisz? Kierownikiem jesteś dzisiaj, a my ci tu zalejem. No i... Po jakieś piweńko możesz skoczyć.
       Misiu zastanawiał się, co ma zrobić, żeby sprawdzić, czy wciąż nie śpi. Z niedowierzaniem rozejrzał się po placu budowy. W drzwiach stały Dzieci, uśmiechały się i jednocześnie powiedziały:
          - Tata, to miała być niespodzianka!

                                                    Kiedy płukał betoniarkę, słońce było już niewidoczne. Schowało się za dom sąsiada, resztkami sił chwytając za komin i fragmenty dachu. Przy ogrodowym stole siedziała brygada kumpli. Popijali piwo, a Żona ustawiała talerze z kanapkami. Zrobiła kolację.
          - Misiu, walnij se piwo. Jedno nic ci nie zaszkodzi.
          - Taak... I co jeszcze...? Może papierosa...?
         - Masz, nie wygłupiaj się. - Kaczor podsunął mu butelkę pod nos. - Przecież sam mówiłeś, że lekarze powiedzieli...
         - No dobra... - Misiu nagle dał się złamać. - Dobra, wypiję. Jak przeżyję, będzie to znak, że jestem zupełnie zdrowy.
       Zimny smak żywca zaczął wypełniać wszystkie arterie. Wciskając się w najmniejsze zakamarki ciała, wypełnił też w końcu każdą komórkę jego świadomości. Statkiem poruszyła delikatna fala. Misiu poczuł się błogo, jak na koi po wachcie, w przelocie przez Pacyfik. Słońce poszło już za widnokrąg, a szkło bulaja wciąż świeciło czerwonym niebem, jeszcze niedogaszonym przez zmrok.
          Przeżył. I poczuł coś jeszcze. Poczuł chwilę szczęścia. Poczuł też ogromne pragnienie, żeby tę chwilę rozciągnąć, jakoś uchwycić, zrobić z niej kontinuum, zachować na wieki. Poczuł w sobie ogromną moc i wiedział już, że teraz będzie budować. Nieustająco, do oporu. Jednocześnie nabrał pewności, że kocha tych kumpli, którzy mu beztrosko dmuchali w twarz papierosem. Poczuł, że kocha życie i kocha cały świat.
         - Kocham was, jesteście wspaniali... - odważył się powiedzieć. - Serdeczne wam dzięki...
         - Misiu, nie ma za co. To tylko przyjacielska przysługa.
         - Jo, ty też byś dla nas tak zrobił. My to wiemy.
         - Tera tylko pielęgnuj ten beton. Pamiętaj, trza wodą polewać.
       - Coby się nie spalił. Jeszcze dzisiaj polej na noc. Tylko nie zapomnij wody zamknąć, bo już taki jeden był, co zapomniał. Jak rano przyszedł, to w szalunku jeno kamienie obaczył.



wtorek, 29 listopada 2011

Najdłuższy rejs (9)




Zofia Sumczyńska                         olej na płótnie
                                         Maj tego roku zaczął się słonecznie i był taki do samego końca. Misiu, zgodnie z zaleceniem lekarzy, stopniowo próbował powrócić do normalnego życia. W dni powszednie od rana pozostawał sam, bo Żona była w pracy, a dzieci chodziły do szkoły. Pozostawał sam ze swoimi myślami. Błąkał się po rozpoczętej budowie, próbując zbudować przynajmniej jakiś plan działania. Budował na razie tylko w marzeniach. Często odpoczywał, a kiedy wydawało mu się, że niezbyt dobrze się czuje, odwiedzał Sąsiadów za płotem, którzy chętnie gościli go do powrotu Żony. Któregoś dnia przyszli Rodzice i Ojciec powiedział, że Misiu nie powinien zostawać sam, że przez cały czas powinien być pod czyjąś opieką, i żeby dał sobie spokój z tą budową. Takie stwierdzenie nie bardzo się Misiowi podobało, bo strasznie pogłębiało poczucie ułomności. Narastał w nim bunt przeciw takim pouczeniom i kiedy minął tydzień od przybycia do domu, postanowił pójść sobie na spacer, z zamiarem dotarcia aż do rynku.

                               Szedł spokojnie, nie śpiesząc się. Robił postoje przy każdym kiosku, oglądał gazety i udawał, że jest na luzie. Udawał, bo jednak nie był w pełni rozluźniony. Miał dużego cykora - pierwszy raz od opuszczenia szpitala zdecydował się na tak długą eskapadę i nie wiedział, co się stanie. Dotychczas odważył się tylko na przechodzenie przez ulicę do sklepu i było to dla niego wielkim wyczynem. Chodził przeważnie z rana, po bułki i płatki kukurydziane na śniadanie. Traktował to jako zaprawą przed tym, na co się właśnie zdecydował. Teraz jednak było inaczej, dlatego drogę do rynku podzielił sobie na odcinki, których początki i końce - wyznaczone przez szyby z gazetami - były jak portowe nabrzeża, gdzie po długich, męczących rejsach można było się oprzeć, przywiązać i w końcu poczuć bezpiecznie.
            Każdy dystans między kioskami przyspieszał pracę serca, a jego uderzenia zaczynał słyszeć jak głośne łomotanie. A przed ostatnim odcinkiem na drodze do rynku postał nieco dłużej i próbował, patrząc na nagłówki gazet, odwrócić uwagę od tego, co działo się w jego wnętrznościach. Ponieważ nie było to takie proste, wspomógł się różową tabletką, którą dostał od Ojca. Do rynku było już niedaleko – kawałek koło Straży Pożarnej, po lewej Biały Dom i wreszcie rondo, które gwałtownie rozwarło swoją przestrzeń, którą Misiu odczuł jako wielką pustkę – może dlatego, że był tam tylko ogromny trawnik z kępami czerwonych tulipanów, wokół którego od czasu do czasu krążyły z wolna jakieś pojazdy. Po drugiej stronie ronda widać już było wejście na mostek, a potem kilka kroków i rynek. Misiu nagle zatrzymał się. Ni stąd ni zowąd nabrał przekonania, że nie pokona tej odległości. Coś chwyciło go za gardło i poczuł, że wypłynął za daleko. Panika, jakiej jeszcze nigdy nie zaznał, całkowicie go unieruchomiła, jednocześnie dając stuprocentową pewność, że nie jest w stanie wrócić do domu i nie jest w stanie obejść ronda. Stał na środku chodnika sparaliżowany i nie miał się do czego przywiązać. Mocny chwyt za gardło wciąż się nasilał. Misiu był przekonany, że to już koniec. Był przekonany, że znowu ma zawał, a zesztywniałe w potwornym lęku mięśnie nie pozwoliły na wydobycie z kieszeni jakichkolwiek tabletek. Ludzie przechodzili obok. Obojętni, w zwolnionym tempie, zupełnie nierealni. Byli rozmazani jak na obrazach impresjonistów, a język, którym mówili, zdawał się być zupełnie obcy. Był bełkotliwym szumem, zagłuszanym przez pulsowanie krwi w jego skroniach.
           Wypolerowany mosiądz zabytkowej pompy zaczął się rozpuszczać w promieniach słońca i kapał na trawnik przed budynkiem Straży Pożarnej.
          - Misiu, co ty tutaj robisz? - To pytanie zrozumiał tylko dlatego, że ktoś wrzasnął mu prosto do ucha. Przez dłuższą chwilę przecierał swoją świadomość, zanim stwierdził, kim jest ten ktoś. Przy nim stał wózek z niemowlakiem. Kaśka chwyciła go za ramię i powtórzyła:
         - Sam przyszedłeś? Tak daleko? Czyś ty zgłupiał? Nie możesz jeszcze... - W jej głosie usłyszał wielką troskę i przestrach. - Jesteś strasznie blady. Dobrze się czujesz?
          Misiu złapał za pałąk wózka i pomału zaczął łapać powietrze. Poczuł się bezpieczniej, jakby wreszcie dopłynął, a tętno w skroniach łagodnie wracało do normy.
           - Wiesz, zdawało mi się, że znowu mam zawał – ledwo wykrztusił, dysząc jeszcze głęboko.
          - E... No co  ty?!  To ci już nie grozi!  To na pewno  tylko atak paniki.  To jest tylko nerwicowe. Nie możesz jeszcze tak daleko sam sobie chodzić. Musisz stopniowo, pomału... Trzeba się przyzwyczaić. - Kaśka starała się mówić spokojnie, z lekkim uśmiechem, ale było widać, że ciężko jej to przychodziło. Chyba rzeczywiście była trochę przestraszona. - Idę tu, na osiedle, do Alicji - powiedziała, chwytając Misia pod ramię. - Chodź ze mną, odpoczniesz sobie i się uspokoisz.

                              Misiu wracał z panicznej ucieczki. Z innego, przerażającego świata. Rozejrzał się dookoła z lekkim zdziwieniem i zaciekawieniem, jak po wyjściu z czeluści statku, z gorąca maszyn, po manewrach. Pierwsze spojrzenie na nowy port, do którego wpłynęli. Statek stał bezpiecznie, przywiązany do kei.

                                Smak czarnej herbaty u Alicji był jedyny i niepowtarzalny, jak zawsze. Misiu sączył powoli gorący płyn zastanawiając się, co jest tego przyczyną. Nie wiedział, czy to woda, czy czwarte piętro, czy dłoń, która trzymała czajnik z wrzątkiem. A może po prostu jej głos, który działał jak relanium. Siedział skulony, licząc słoje w dębowych klepkach kuchennego stolika, a Alicja po drugiej stronie, przy zlewie, coś z zapałem kroiła.
          - I sam widzisz, że gdyby coś się działo, to nie wlazłbyś na to czwarte piętro - ciągnęła. - Nie jesteś inwalidą. Już jesteś zdrowy... Fizycznie. Jeszcze tylko musisz sobie poukładać to, co się dzieje w twojej głowie.
           - Tak, ale...
           - Wkrótce sam zobaczysz. - Nie dała mu dojść do słowa. - Ani się nie obejrzysz, jak dom postawisz. I nawet wrócisz na morze. Może...
           - Tylko że...
          - I nie martw się, że nie dasz rady. Zobaczysz, że będzie dobrze. Nawet nie wiesz, jakie niespodzianki cię czekają. I to już niedługo.
           Na chwilę się odwróciła i Misiu zobaczył w jej oczach coś dziwnego, ni to przestrach, ni to radość. Uśmiechnęła się. Misiu wstał, wyprostował wszystkie kości i też się uśmiechnął.
           - Dobra, idę, bo zaczynasz wróżyć jak cyganka - powiedział. I sam się zdziwił siłą swojego głosu. Zaczął znowu mówić głosem oficera, w maszynowni.
           Z czwartego piętra zbiegł lekko, jak po trapie.





niedziela, 27 listopada 2011

Najdłuższy rejs (8)




                                        Siedzieli w milczeniu. Leciał film, lecz on spoglądał gdzieś dalej, ponad telewizor. Patrzył na zbiór książek, który gromadził przez lata. Kolekcja była ogromna, uzupełniana później już razem z Żoną. Po kolei pieścił wzrokiem grzbiety - kartonowe, płócienne i skórzane. Czarna seria z kółkiem, literatura światowa. Józef Conrad Korzeniowski, wszystkie dzieła, które nie wszystkie jeszcze przeczytał. Większość spod lady z księgarni na rynku. Sienkiewicz, Mickiewicz, Żeromski, Słowacki, Dostojewski. Albumy ze sztuką. Kolekcja malarzy, którą kupił w Buenos Aires. Kamasutra z Bombaju. Encyklopedie, słowniki i poradniki. Historia sztuki, historia filozofii, historia. Wielki Atlas Świata i Wielki Atlas Anatomii Człowieka. Całe dwie półki wypełnione podręcznikami dla inżyniera, jeszcze ze Szkoły Morskiej. W półmroku Misiu już tylko z pamięci wyczuwał gdzie co jest. Półki w dębowej okleinie lekko się uginały. - „Trzeba będzie je znowu odwrócić” - pomyślał. - „Ciekawe, czy kiedyś uda mi się to wszystko przeczytać?”
                 - Poproszę Brata, żeby to sprzedał - powiedział nagle.
                 - Co sprzedał? Co ty mówisz? - Żona spojrzała na niego zaskoczona.
                 - No... Te książki. Za większość z nich można dostać niezłą kasę.
                 - Tak, ale po co...
             - Nie będę mógł teraz pracować, a budowę trzeba ciągnąć. Pieniądze są potrzebne. Nie możemy wiecznie w tej kurzej chatce mieszkać.
             - Tak, ale... - Żona się ożywiła. - Ale wszyscy mówią, że nie możesz nic... Że musisz do sanatorium...
             - Nie. Nigdzie nie pojadę. Będę budował dalej. Pomału, spokojnie. Kaczor na pewno pomoże. I Brat też...
               - Ale tych pieniędzy i tak będzie za mało.
               - Jakoś się da...
               - Może by jeszcze coś sprzedać. Maszynę...
               - Jaką maszynę?
            - Do szycia... Przecież ja i tak nic nie szyję. - Żona już całkiem oderwała się od telewizora. - Właściwie można by też twoją tokarenkę sprzedać.
              - Moją tokarnię...?! - Misiu poczuł, jakby w jego piersi coś się nagle zapadło. Albo jakby ktoś chciał z niej coś wyjąć. Pobladł i Żona to zauważyła.
            - No wiesz... Przecież to tylko taka twoja zabawka. Też mało na niej pracujesz. A za nią można by dużo pieniędzy dostać.

                                   Misiu zamilkł i popadł w wielki smutek, którego sam sobie nie mógł wytłumaczyć. Przecież to on zaczął. Trzeba wte albo wewte. Martwe przedmioty to rzecz nabyta. Nic tu po nich w takiej sytuacji. Nie ma co popadać w nostalgię. Najważniejszy teraz dom, bo dzieci czekają. I w końcu musi zostać prawdziwym mężczyzną.
            - Dobra... Sprzedamy - silił się na obojętność, ale i tak głos mu zadrżał. A Żona, wciąż ożywiona, powiedziała, że może nawet mieć kupca.
            - Wiesz, mogę nawet mieć kupca. Znam zegarmistrza, który już kiedyś wypytywał o taką tokarenkę.
            - Tak...? -  Misiu  był już  zupełnie spokojny,  prawie  na  granicy  letargu.   Popadł w obojętność, której kiedyś musiał się nauczyć w chwilach odbijania od kei. W chwilach, kiedy cumy zostały już wciągnięte i odległość między burtą a nabrzeżem gwałtownie się zwiększała. I nie było odwrotu. To znaczy był: można było wyskoczyć za burtę i wrócić, wpław, ale to byłoby szaleństwo. Trzeba było pozostać obojętnym.
            - Można by też sprzedać...
            - Tak...?
            - Można by też sprzedać biżuterię... I twoją obrączkę.
            - Obrączkę...?
            - No tak... Przecież i tak jej nie nosisz.
            Misiu stał na burcie i bezmyślnie wpatrywał się w ląd, coraz bardziej rozmazywany przez fale. A śruba pod rufą wściekle tłukła wodę, wypisując na powierzchni morza ślad, z wolna układający się w bezlitosne słowa: full ahead.
            - Dobrze... Sprzedajmy obrączkę.






środa, 23 listopada 2011

Ciuracho (1)







                                        Stali przy kei gdzieś w pobliżu Avenida Don Pedro de Mendoza. Zaraz dalej była La Boca. A w tej legendarnej dzielnicy czekała uliczka Caminito, gdzie w którejś z licznych knajpek na pewno robią bife de chorizo. Albo ciuracho - jak mówią marynarze. To jest podobno gwóźdź programu w Buenos Aires. I pewno też w całej Argentynie. Misiu nasłuchał się o tym sporo opowieści. Już po wyjściu z Santos temat argentyńskiego mięsa dominował w mesie oficerskiej. Może dlatego, że Drugi Mechanik i Chief Engineer uwielbiali dobrze zjeść. A kiedy dowiedzieli się, że obaj asystenci z maszyny nie wiedzą, co to ciuracho - postawili sobie za punkt honoru zafundować specjał biednym asom.
          - Pamiętaj, second - mówił Chief. - Kiedy tylko nadarzy się okazja, od razu zabieramy chłopaków do La Boca.

                                         Teraz Misiu śpieszył się, żeby dokończyć czyszczenie wirówki. Jeszcze kilka talerzy i zacznie składać. Jeszcze pół godziny koncentracji, bo tu nie wolno się pomylić. Chodzą słuchy, że ktoś źle złożył i potem talerze sterczały powbijane w stalowe ściany maszynowni. To chyba jednak jakaś legenda, bo jak można źle złożyć wirówkę? Jest przecież dokumentacja, którą wystarczy przestudiować. I jest też Zbysio, który daje dobre nauki. Pokazał nawet Misiowi sposób na czyszczenie „półautomatyczne”, co znacznie przyśpieszało cały nieprzyjemny proces. Zbysio też był asystentem, ale robił już drugi rejs na tym statku i wszystko lepiej rozumiał.

                        Do końca służby jeszcze trochę czasu, więc można sobie pozwolić na papierosa. Misiu usiadł na blacie warsztatu i głęboko zaciągnął w płuca. Patrzył na odkryte bebechy wirówki, ale myślami odpłynął na chwilę w czas przeszły, do mesy:
       - Bife de chorizo można zjeść tylko tutaj, w Argentynie - powiedział Chief. - Już na niejednym statku widziałem kucharzy, którzy próbowali coś kombinować i tylko się ośmieszali.
          - Jak to? Jakaś tajna receptura? Jakieś specyficzne przyprawy, tylko tu dostępne?
          - Nie. To mięso... Mięso jest sednem sprawy - Chief mówił z miną znawcy. - To może być tylko taka krowa, która urodziła się na pampie. Pod gołym niebem, a nie w oborze. Biega w stadzie, wolna, młoda i dzika. A mięso wykrawa się gdzieś na grzbiecie, przy kręgosłupie, mniej więcej w połowie jej długości.
         - To zasadnicza sprawa - Drugi Mechanik przytaknął. - Ale jednak o przyprawach nie zapominaj. I o sposobie pieczenia.
          - Tak, tak... Ale nie opowiadaj. Sami zobaczą.

                                     No... Zrobione. Jeszcze tylko montaż pokrywy. Ładnie, czyściutko. Uwaga na uszczelkę, żeby dobrze leżała! Misiu wytarł ręce pucwolem, potem umył z użyciem pasty Black Out i zaczął się szykować do zakończenia służby. Szybko obskoczył agregat prądotwórczy, przesmarował klawiaturę, sprawdził olej i temperatury. Potem pomierzył poziomy w zbiornikach dennych i dalej wbiegł do siłowni chłodniczej, wstrzymując oddech, bo niemiłosiernie śmierdziało amoniakiem. Parametry pracy wszystkich sprężarek były ok. Do dziennika wpisał co trzeba i poszedł sprawdzić stany paliwa. W końcu usiadł na ławce przy stanowisku manewrowym, gdzie już tylko pozostało poczekać na Czwartego Mechanika.

                                                 La Boca znaczy usta. A Czwarty Mechanik pływał na „południówkę” na tyle długo, żeby poznać i język hiszpański, i - co nieco - historię La Boca. A kiedy brzdąkając na gitarze śpiewał:

          Caminito que el tiempo ha borrado,
          que juntos un día nos vistes pasar,
          he venido por última vez,
          he venido ha contarte mi mal (…),

naprawdę przyjemnie było posłuchać. Szczególnie przy butelce zimnego żywca. Ale też posłuchać, kiedy opowiadał - tak w ogóle - o uliczce Caminito, o tangu, kafejkach, piłce nożnej, o włoskich imigrantach i o tym, że la boca to nie usta pięknej Argentynki, ale miejsce, gdzie rzeka Riachuelo uchodzi do rzeki La Plata.
        - No śmigaj! - Misiu aż podskoczył, kiedy na ramieniu poczuł ciężką dłoń Czwartego. - Gnaj na górę, bo oni tam na ciebie czekają. Co prawda minęła już północ, ale sądzę, że gdzieś jeszcze zrobią wam ciuracho. 



wtorek, 8 listopada 2011

Gumowe





                                   Miał powód do wielkiego zadowolenia: nie dość, że robota poszła bardzo sprawnie i szybko, to udało mu się uzyskać wysoce satysfakcjonujące honorarium. W jednoczesnej harmonii z zadowoleniem klienta odbyć musiało się uroczyste podsumowanie dzieła, z zastosowaniem tradycyjnych środków, czyli jednego głębszego. To stało się oczywistym pretekstem do następnego głębszego, na drugą nogę, dla równowagi. No, a trzeci to już dla pewności, żeby się lepiej szło, bo w tej sytuacji autko z narzędziami nieubłaganie zmuszone zostało do postoju na podwórku klienta. Uzasadnienie kilku następnych było już bardzo niejasne, nie warto więc o tym wspominać.
          Tak więc wędrował teraz przez miasto, lekko, na trzech nogach, z portfelem wypełnionym jak mało kiedy. Miał przed sobą kilka dobrych kilometrów, nie zrażało go to jednak. Lubił maszerować, szczególnie w takich sytuacjach, kiedy trzeba było z siebie otrząsnąć resztki stresu, resztki zmęczenia, tego związanego z pracą, no i żeby zdążyło odparować to, czego żona nie powinna poczuć. Lubił też zaglądać do nocnych sklepików i kiosków, gdzie w sztucznym świetle zdarzało się dostrzec coś, czego za dnia nie było widać. Szczególnie, kiedy miał przy sobie kasę.
          Tradycyjnie już starał się zawsze po zapłaconej robocie przynosić do domu „coś”. Jakiś drobiazg, drobne zakupy, słodycze, jakąś ciekawostkę. Coś, co można dostać właśnie wieczorami, na stacji benzynowej lub dworcowych kioskach.
Właśnie przechodził koło dworca kolejowego. Dawno nie był w tym rejonie miasta, wiedział jednak, że powinien być tu kiosk, otwarty do późna. Otwarty z nadzieją zarobku na podróżnych, dopokąd ostatni pociąg nie odjedzie. Wszedł do dworcowego holu i nie zawiódł się. Ekspozycja kiosku była zachęcająco rozświetlona.
          Przykleił się do szyby i zaczął wypatrywać - a nuż wyłowi coś ciekawego? Przetrząsał wzrokiem pisma komputerowe (jego konik), potem całą resztę przeróżnych wydawnictw. Papierosy, słodycze, zabawki, zegarki, kalkulatory, atrapy telefonów komórkowych... Cholera, chciałby coś pożytecznego, coś i dla żony, z czego mogliby cieszyć się wspólnie. Gazety ogólnokrajowe, gazety lokalne, pisma dla pań, pisma dla panów. Dom, ogród, wnętrze, zdrowie, pies, kot... Wszystko to już w przesycie chyba, już nieciekawe. To znaczy ciekawe, ale mają przecież to samo w internecie. Jeszcze raz: batony, wafle, czekolada, draże kakaowe, draże orzechowe, prezerwatywy... O! A cóż to?! Patrzył z niedowierzaniem: „Zestaw do...”. Przetarł oczy, zmienił okulary na te do bliży: „Zestaw do kopulowania w plenerze”. Paczka długości około czterdziestu centymetrów, walcowatego kształtu, jak niezły fallus. Nieprzezroczysta folia, jedynie z tym enigmatycznym napisem, skutecznie zakrywała tajemną zawartość.
          Coś takiego! Z gęsto pokłębionych pod czaszką myśli nie wyłonił się żaden konkretny wniosek. Pozostało raczej jedynie zdumienie, prawie osłupienie. Osłupienie takie, które zamienia człowieka w robota, postępującego tylko według zadanego programu.

          Po dworcowych stopniach schodził robot, trzymając pod pachą walcowaty przedmiot, długości około czterdziestu centymetrów.

        Przechodząc  Alejami  przycupnął  na ławce,  żeby  odsapnąć. Jego  pozawałowe pięćdziesiąt pięć lat i niedawne wspomaganie na trzecią nogę dały się we znaki. Po kilku minutach tętno uspokoiło się i zaczął też spokojniej myśleć: „Cholera, po co komu taki zestaw?”
        Nieraz zdarzało mu się kopulować w plenerze, bez żadnych jednak akcesoriów. Może jakiś kocyk jedynie, ale i to nie było niezbędne. Bo nie najważniejsze. Nawet jak mrówka w dupę ukąsiła. Co też może zawierać ta paczka? Ciekawość była tak silna, że zaczął skubać folię z jednego końca. Przez otwór, który się pojawił, wyczuł papier. Nie! Dość! Rozpakuje w domu. Cóż to będzie za „coś”, kiedy przyniesie bez opakowania.
          Poczłapał dalej. Już nie tak lekko, chyba niepotrzebnie przysiadł i się rozleniwił.
Dał się też odczuć chłód nocy. Szedł, a ciekawość wciąż nie dawała mu spokoju.
Wskazującym palcem lewej dłoni wyczuwał papier w zawiniątku. Każdy krok przybliżał do domu, jednak tych kroków było przed nim jeszcze bardzo dużo. Z każdym krokiem też wskazujący palec lewej ręki coraz bardziej zagłębiał się w papier.
       Było w tym coś z obrazków z dzieciństwa. Dzieciństwa każdego człowieka, kiedy to wysyłani przez mamę do sklepu po chleb - świeży, pachnący - wracaliśmy z chlebem nadgryzionym, a nawet zjedzonym do połowy. Było to zawsze jakieś bezwiedne, podświadome - zmysły smaku i powonienia brały górę nad zdolnością rozumowania.
          Strzępy papieru, wyrywanego spod folii coraz bardziej niecierpliwie, znaczyły jego trop na drodze ku staremu miastu. Minął główną pocztę, skręcił w lewo, ku rzece, gdzie po przejściu przez most miał skręcić w prawo, w stronę rynku. Jednak na mostku zatrzymał się. Oparty o balustradę patrzył w dół na wartki nurt rzeki.
        Właściwie wszystko jedno, czy przyniesie to „coś” w jakiejś folii, czy bez. Najważniejsze, żeby było kompletne i żeby coś znaczyło, żeby miało sens. Musi to sprawdzić. Koniecznie. Przez rozdarcie w folii „coś” zaczęło się wysuwać - coś miękkiego. Pociągnął. W ręku trzymał walcowaty przedmiot, z którego jednego końca zwisała bardzo długa prezerwatywa. Chyba rozmiar L, a może nawet XL, pewno jakiś afrykański.
          Chodnikiem, za jego plecami, przechodzili nieliczni już ludzie. Było bardzo późno. Poczuł jednak, że wszyscy przyglądają mu się z zaciekawieniem. Trudno zresztą powiedzieć, czy bardziej on, czy bardziej to, co trzymał w ręku było powodem tego zaciekawienia. Zaczął upychać prezerwatywę pod folię, cofając się jednocześnie ku schodom do parku. "Trzeba uniknąć natrętnych spojrzeń." Jednak folia nie wytrzymała widocznie zbyt upartego dłubania i nagle cała zawartość wysypała się na chodnik.
          Trzy prezerwatywy, nieopakowane, w stanie rozwiniętym, walały się na płytach chodnika, Wyglądały, jakby przed chwilą były w użyciu. Fuj, ohyda! Obok zestaw aluminiowych rurek i jakaś tkanina, w kolorze trudnym do zdefiniowania. Było zbyt ciemno. I jeszcze jakaś kartka. Na pewno instrukcja obsługi. Ktoś zatrzymał się, patrząc z dziwnym uśmiechem.
         Zgarnął  wszystko  szybkimi  ruchami, z  opuszczoną  głową, i  wycofał  się w cień,  na najniższy stopień schodów do parku. Usiadł, oparł się o murek i dłuższą chwilę zastanawiał się, co dalej począć. Między palcami zwisały długie, pomarszczone gumy, aluminiowe rurki upuścił na kamienny stopień, a tkanina na wpół rozwinięta opadła mu na udo. „Cóż to jest, do cholery? Może to tylko jakiś dowcip?”
         Poczuł wielkie zmęczenie. Właściwie nie chciało mu się już nic analizować, a instrukcji i tak nie przeczyta, bo jest zbyt ciemno. Wilgotny, chłodnawy podmuch z wnętrza parku orzeźwił go tylko na chwilę. Wrzuci to „coś” do rzeki... tak... wrzuci... to...

          - Czy panu coś dolega? - Poczuł delikatne szarpnięcia za ramię.
          - Wstajesz już, czy znowu będziesz się wylegiwał do południa?! – Rozpoznał głos żony.

        Z wolna podniósł powieki. Za oknem zobaczył radośnie rozświetlone porannym słońcem blokowisko. Aż się żyć zachciało. Pod kołdrą poczuł obecność czegoś wydłużonego, w pozycji wertykalnej, długości około dwudziestu centymetrów.


Zofia Sumczyńska                                      Olej na płótnie


piątek, 4 listopada 2011

Najdłuższy rejs (7)





                          Do wypisania trzy dni. Tak w trakcie obchodu obiecała Czerwononosa. Właściwie mógłby to być powód do radości, ale Misiu odniósł wrażenie, że upływ czasu jeszcze bardziej spowolnił. Właściwie nie wiedział, po co go tu wciąż trzymają, jednocześnie upierając się, że nic mu nie jest? Filcowymi kapciami froterował korytarz, tam i nazad, mozolnie, prawie jak jakiś koń w kieracie, a przynajmniej jak pacjent nie stąd, a z Kocborowa. Od czasu do czasu wychodził na klatkę schodową, gdzie tuż za szkłem była otwarta przestrzeń. Linię horyzontu zasłaniał budynek szpitalnej kotłowni. Na czubku długiego, stalowego komina harcowała sobie smużka dymu. A dalej już tylko błękit, wspólny dla całego świata; szpitala, komina i wszystkich oceanów, które przemierzał. Misiu zmrużył oczy i dałby głowę, że usłyszał dźwięk syreny parowca. „To na pewno stary Sołdek... Pozdrawia nas, bo się z nim mijamy w Cieśninach Duńskich.”

                        Był dzień dwudziesty, kiedy Misiu wchodził do gabinetu Czerwononosej. Miał już na sobie normalne ubranie, do wyjścia, łącznie z butami. Filcowe kapcie zostawił w śmietniku na klatce schodowej. W żołądku coś go lekko łaskotało. Zupełnie jak wtedy, na burcie, kiedy statek stał w Gdyni, przy kei, lecz żeby postawić stopy na lądzie, trzeba było przebrnąć jeszcze przez ostatnią odprawę, celną.
          - Proszę siadać, panie Misiu. - Nie cierpiał siadać twarzą do okna, czuł się jak na przesłuchaniu. Czerwień nosa Czerwononosej pod światło była niewidoczna i jej stonowana twarz bardziej pasowała do spokojnego głosu. - Tak więc, jak pan już wie, miał pan zawał serca. Oznacza to, że z jakichś powodów stało się niedrożne naczynie wieńcowe, co spowodowało niedokrwienie fragmentu mięśnia sercowego i w konsekwencji jego martwicę. U pana dotyczy to dolnej ściany serca, gdzie z czasem uformuje się blizna. Teraz czeka pana długa rekonwalescencja. Najlepiej gdzieś w sanatorium. Nie może pan wykonywać żadnych wysiłków, nie wolno wykonywać pracy rękami wyciągniętymi, podniesionymi do pozycji poziomej. Musi pan unikać stresu i oczywiście nie wolno panu palić papierosów. Trudno, stało się i musi pan z tym się oswoić. Musi pan nauczyć się żyć na nowo, w innym rytmie. Musi pan nauczyć się zachowywać odpowiedni dystans do wszystkiego... - Czerwononosa mówiła długo i monotonnie. Wewnątrz zarysu twarzy na tle okna nie dostrzegał jej oczu, ale był pewien, że patrzy gdzieś ponad nim, może w sufit. Z każdym jej słowem czuł się coraz mniejszy, coraz bardziej spłaszczony, bezlitośnie i nieodwołalnie, do płaskości tej długiej, wyuczonej formułki, którą Czerwononosa wypowiadała całkowicie beznamiętnie, bez odrobiny ciepła. W końcu wszystkie jej słowa zwinęły się w jakąś zamkniętą formę, zaczęły się międlić, ugniatać, kurczyć, do rozmiarów mikroskopowych. Chyba po to, żeby się zagnieździć gdzieś w zakamarkach mózgu Misia i tam wreszcie wypuścić z siebie jedynie esencję: jesteś inwalidą.
          - Czy kiedyś będę mógł wrócić na morze...? - Misiu raczej znał już odpowiedź, a Czerwononosa chyba wiedziała, że zna, bo nie odezwała się więcej. Opuściła swój czerwony nos nad blat biurka i skoncentrowała się na wypisywaniu recept.

                       Szerokie wejściowe schody do szpitala były dużo szersze od trapu, jednak ląd był taki sam. Kiedy Misiu wreszcie na nim stanął, poczuł delikatne kołysanie. To normalne. Każdy ląd, na całym świecie, tak samo się kołysze po dłuższym przelocie. Żona wzięła go pod rękę i pomału poszli w stronę autobusu. Z pąków na gałęziach drzew wykluwały się liście, a dookoła pachniało wiosną.

                                Dom, który trzy tygodnie wcześniej opuścił trzaskając drzwiami, też pachniał wiosną. Na zewnątrz i wewnątrz. Przechodząc przez hol, w którym miał mały warsztat zauważył, że wszystko było poukładane. Narzędzia i śrubki na swoich miejscach, a na blacie stołu nie dostrzegł śladów kurzu. Dalej na lewo kuchnia, na wprost pokój dzieci i duży na prawo. Wszystko było wyprane, umyte i wypastowane. Przez uchylone okna koniec kwietnia wdmuchiwał rześkie powietrze. Misiu pochylił głowę pod niskim nadprożem i wszedł do dużego pokoju. Na fotelach siedziały Dzieci. Były uśmiechnięte, z lekkim zawstydzeniem; jak zawsze, kiedy wracał z długiego rejsu. Jakby w domu pojawił się dawno nie widziany gość. Ich uśmiech był radosny, chociaż tym razem nie przywiózł żadnych prezentów. W domu było święto. Dzieci opowiadały, co porabiają w szkole, jak bawią się z Psem i z Kotem, i w ogóle jak się bawią. Potem zaczęły skarżyć na siebie nawzajem, najpierw żartem, potem coraz poważniej, stosując kuksańce i podszczypywania. W końcu trzeba było je pognać do odrabiania lekcji. W kuchni Żona robiła kolację. - Idę popatrzeć na budowę - powiedział do niej i wyszedł na zewnątrz.

                Zaczątek nowego domu wyłaził z ziemi w centralnej części ogrodu. Betonowe masywy ścian piwnic wyglądały imponująco, nad poziomem gruntu przechodząc w kamienny cokół, dokładnie tak, jak sobie to kiedyś wymarzył i potem poukładał, z wielką pomocą Kaczora. W środku komin z dobrej, rozbiórkowej cegły, który murował własnoręcznie dosyć długo, ale za to perfekcyjnie. Wszystko wyglądało czysto i schludnie, wręcz sterylnie, a poziome powierzchnie, muskane światłem wieczornego słońca, wyglądały jak na rysunku; jak przekrój poglądowy. „Trzeba to zakryć jak najszybciej stropem” - pomyślał. Po prawej część niepodpiwniczona. Wykopy pod ten fragment ław zaczynały się już obsypywać. Ale nic to. I tak wiedział, że to wszystko kiedyś będzie domem. Poszedł dalej, na koniec ogrodu. Tam dwa lata wcześniej zagrzebał w ziemi orzech. Teraz, już z daleka, dostrzegł długi pęd, pionem strzelający w niebo. Rośnie drzewo. Wcześniej spłodził syna i pozostało jeszcze dokończyć budowanie domu. Może trochę nie po kolei, ale dopiero wtedy poczuje się prawdziwym mężczyzną.
          - Misiu, chodź już. Zrobiłam kolację. - Głos Żony był bardzo ciepły i przymilny.