środa, 23 listopada 2011

Ciuracho (1)







                                        Stali przy kei gdzieś w pobliżu Avenida Don Pedro de Mendoza. Zaraz dalej była La Boca. A w tej legendarnej dzielnicy czekała uliczka Caminito, gdzie w którejś z licznych knajpek na pewno robią bife de chorizo. Albo ciuracho - jak mówią marynarze. To jest podobno gwóźdź programu w Buenos Aires. I pewno też w całej Argentynie. Misiu nasłuchał się o tym sporo opowieści. Już po wyjściu z Santos temat argentyńskiego mięsa dominował w mesie oficerskiej. Może dlatego, że Drugi Mechanik i Chief Engineer uwielbiali dobrze zjeść. A kiedy dowiedzieli się, że obaj asystenci z maszyny nie wiedzą, co to ciuracho - postawili sobie za punkt honoru zafundować specjał biednym asom.
          - Pamiętaj, second - mówił Chief. - Kiedy tylko nadarzy się okazja, od razu zabieramy chłopaków do La Boca.

                                         Teraz Misiu śpieszył się, żeby dokończyć czyszczenie wirówki. Jeszcze kilka talerzy i zacznie składać. Jeszcze pół godziny koncentracji, bo tu nie wolno się pomylić. Chodzą słuchy, że ktoś źle złożył i potem talerze sterczały powbijane w stalowe ściany maszynowni. To chyba jednak jakaś legenda, bo jak można źle złożyć wirówkę? Jest przecież dokumentacja, którą wystarczy przestudiować. I jest też Zbysio, który daje dobre nauki. Pokazał nawet Misiowi sposób na czyszczenie „półautomatyczne”, co znacznie przyśpieszało cały nieprzyjemny proces. Zbysio też był asystentem, ale robił już drugi rejs na tym statku i wszystko lepiej rozumiał.

                        Do końca służby jeszcze trochę czasu, więc można sobie pozwolić na papierosa. Misiu usiadł na blacie warsztatu i głęboko zaciągnął w płuca. Patrzył na odkryte bebechy wirówki, ale myślami odpłynął na chwilę w czas przeszły, do mesy:
       - Bife de chorizo można zjeść tylko tutaj, w Argentynie - powiedział Chief. - Już na niejednym statku widziałem kucharzy, którzy próbowali coś kombinować i tylko się ośmieszali.
          - Jak to? Jakaś tajna receptura? Jakieś specyficzne przyprawy, tylko tu dostępne?
          - Nie. To mięso... Mięso jest sednem sprawy - Chief mówił z miną znawcy. - To może być tylko taka krowa, która urodziła się na pampie. Pod gołym niebem, a nie w oborze. Biega w stadzie, wolna, młoda i dzika. A mięso wykrawa się gdzieś na grzbiecie, przy kręgosłupie, mniej więcej w połowie jej długości.
         - To zasadnicza sprawa - Drugi Mechanik przytaknął. - Ale jednak o przyprawach nie zapominaj. I o sposobie pieczenia.
          - Tak, tak... Ale nie opowiadaj. Sami zobaczą.

                                     No... Zrobione. Jeszcze tylko montaż pokrywy. Ładnie, czyściutko. Uwaga na uszczelkę, żeby dobrze leżała! Misiu wytarł ręce pucwolem, potem umył z użyciem pasty Black Out i zaczął się szykować do zakończenia służby. Szybko obskoczył agregat prądotwórczy, przesmarował klawiaturę, sprawdził olej i temperatury. Potem pomierzył poziomy w zbiornikach dennych i dalej wbiegł do siłowni chłodniczej, wstrzymując oddech, bo niemiłosiernie śmierdziało amoniakiem. Parametry pracy wszystkich sprężarek były ok. Do dziennika wpisał co trzeba i poszedł sprawdzić stany paliwa. W końcu usiadł na ławce przy stanowisku manewrowym, gdzie już tylko pozostało poczekać na Czwartego Mechanika.

                                                 La Boca znaczy usta. A Czwarty Mechanik pływał na „południówkę” na tyle długo, żeby poznać i język hiszpański, i - co nieco - historię La Boca. A kiedy brzdąkając na gitarze śpiewał:

          Caminito que el tiempo ha borrado,
          que juntos un día nos vistes pasar,
          he venido por última vez,
          he venido ha contarte mi mal (…),

naprawdę przyjemnie było posłuchać. Szczególnie przy butelce zimnego żywca. Ale też posłuchać, kiedy opowiadał - tak w ogóle - o uliczce Caminito, o tangu, kafejkach, piłce nożnej, o włoskich imigrantach i o tym, że la boca to nie usta pięknej Argentynki, ale miejsce, gdzie rzeka Riachuelo uchodzi do rzeki La Plata.
        - No śmigaj! - Misiu aż podskoczył, kiedy na ramieniu poczuł ciężką dłoń Czwartego. - Gnaj na górę, bo oni tam na ciebie czekają. Co prawda minęła już północ, ale sądzę, że gdzieś jeszcze zrobią wam ciuracho. 



1 komentarz: