wtorek, 8 listopada 2011

Gumowe





                                   Miał powód do wielkiego zadowolenia: nie dość, że robota poszła bardzo sprawnie i szybko, to udało mu się uzyskać wysoce satysfakcjonujące honorarium. W jednoczesnej harmonii z zadowoleniem klienta odbyć musiało się uroczyste podsumowanie dzieła, z zastosowaniem tradycyjnych środków, czyli jednego głębszego. To stało się oczywistym pretekstem do następnego głębszego, na drugą nogę, dla równowagi. No, a trzeci to już dla pewności, żeby się lepiej szło, bo w tej sytuacji autko z narzędziami nieubłaganie zmuszone zostało do postoju na podwórku klienta. Uzasadnienie kilku następnych było już bardzo niejasne, nie warto więc o tym wspominać.
          Tak więc wędrował teraz przez miasto, lekko, na trzech nogach, z portfelem wypełnionym jak mało kiedy. Miał przed sobą kilka dobrych kilometrów, nie zrażało go to jednak. Lubił maszerować, szczególnie w takich sytuacjach, kiedy trzeba było z siebie otrząsnąć resztki stresu, resztki zmęczenia, tego związanego z pracą, no i żeby zdążyło odparować to, czego żona nie powinna poczuć. Lubił też zaglądać do nocnych sklepików i kiosków, gdzie w sztucznym świetle zdarzało się dostrzec coś, czego za dnia nie było widać. Szczególnie, kiedy miał przy sobie kasę.
          Tradycyjnie już starał się zawsze po zapłaconej robocie przynosić do domu „coś”. Jakiś drobiazg, drobne zakupy, słodycze, jakąś ciekawostkę. Coś, co można dostać właśnie wieczorami, na stacji benzynowej lub dworcowych kioskach.
Właśnie przechodził koło dworca kolejowego. Dawno nie był w tym rejonie miasta, wiedział jednak, że powinien być tu kiosk, otwarty do późna. Otwarty z nadzieją zarobku na podróżnych, dopokąd ostatni pociąg nie odjedzie. Wszedł do dworcowego holu i nie zawiódł się. Ekspozycja kiosku była zachęcająco rozświetlona.
          Przykleił się do szyby i zaczął wypatrywać - a nuż wyłowi coś ciekawego? Przetrząsał wzrokiem pisma komputerowe (jego konik), potem całą resztę przeróżnych wydawnictw. Papierosy, słodycze, zabawki, zegarki, kalkulatory, atrapy telefonów komórkowych... Cholera, chciałby coś pożytecznego, coś i dla żony, z czego mogliby cieszyć się wspólnie. Gazety ogólnokrajowe, gazety lokalne, pisma dla pań, pisma dla panów. Dom, ogród, wnętrze, zdrowie, pies, kot... Wszystko to już w przesycie chyba, już nieciekawe. To znaczy ciekawe, ale mają przecież to samo w internecie. Jeszcze raz: batony, wafle, czekolada, draże kakaowe, draże orzechowe, prezerwatywy... O! A cóż to?! Patrzył z niedowierzaniem: „Zestaw do...”. Przetarł oczy, zmienił okulary na te do bliży: „Zestaw do kopulowania w plenerze”. Paczka długości około czterdziestu centymetrów, walcowatego kształtu, jak niezły fallus. Nieprzezroczysta folia, jedynie z tym enigmatycznym napisem, skutecznie zakrywała tajemną zawartość.
          Coś takiego! Z gęsto pokłębionych pod czaszką myśli nie wyłonił się żaden konkretny wniosek. Pozostało raczej jedynie zdumienie, prawie osłupienie. Osłupienie takie, które zamienia człowieka w robota, postępującego tylko według zadanego programu.

          Po dworcowych stopniach schodził robot, trzymając pod pachą walcowaty przedmiot, długości około czterdziestu centymetrów.

        Przechodząc  Alejami  przycupnął  na ławce,  żeby  odsapnąć. Jego  pozawałowe pięćdziesiąt pięć lat i niedawne wspomaganie na trzecią nogę dały się we znaki. Po kilku minutach tętno uspokoiło się i zaczął też spokojniej myśleć: „Cholera, po co komu taki zestaw?”
        Nieraz zdarzało mu się kopulować w plenerze, bez żadnych jednak akcesoriów. Może jakiś kocyk jedynie, ale i to nie było niezbędne. Bo nie najważniejsze. Nawet jak mrówka w dupę ukąsiła. Co też może zawierać ta paczka? Ciekawość była tak silna, że zaczął skubać folię z jednego końca. Przez otwór, który się pojawił, wyczuł papier. Nie! Dość! Rozpakuje w domu. Cóż to będzie za „coś”, kiedy przyniesie bez opakowania.
          Poczłapał dalej. Już nie tak lekko, chyba niepotrzebnie przysiadł i się rozleniwił.
Dał się też odczuć chłód nocy. Szedł, a ciekawość wciąż nie dawała mu spokoju.
Wskazującym palcem lewej dłoni wyczuwał papier w zawiniątku. Każdy krok przybliżał do domu, jednak tych kroków było przed nim jeszcze bardzo dużo. Z każdym krokiem też wskazujący palec lewej ręki coraz bardziej zagłębiał się w papier.
       Było w tym coś z obrazków z dzieciństwa. Dzieciństwa każdego człowieka, kiedy to wysyłani przez mamę do sklepu po chleb - świeży, pachnący - wracaliśmy z chlebem nadgryzionym, a nawet zjedzonym do połowy. Było to zawsze jakieś bezwiedne, podświadome - zmysły smaku i powonienia brały górę nad zdolnością rozumowania.
          Strzępy papieru, wyrywanego spod folii coraz bardziej niecierpliwie, znaczyły jego trop na drodze ku staremu miastu. Minął główną pocztę, skręcił w lewo, ku rzece, gdzie po przejściu przez most miał skręcić w prawo, w stronę rynku. Jednak na mostku zatrzymał się. Oparty o balustradę patrzył w dół na wartki nurt rzeki.
        Właściwie wszystko jedno, czy przyniesie to „coś” w jakiejś folii, czy bez. Najważniejsze, żeby było kompletne i żeby coś znaczyło, żeby miało sens. Musi to sprawdzić. Koniecznie. Przez rozdarcie w folii „coś” zaczęło się wysuwać - coś miękkiego. Pociągnął. W ręku trzymał walcowaty przedmiot, z którego jednego końca zwisała bardzo długa prezerwatywa. Chyba rozmiar L, a może nawet XL, pewno jakiś afrykański.
          Chodnikiem, za jego plecami, przechodzili nieliczni już ludzie. Było bardzo późno. Poczuł jednak, że wszyscy przyglądają mu się z zaciekawieniem. Trudno zresztą powiedzieć, czy bardziej on, czy bardziej to, co trzymał w ręku było powodem tego zaciekawienia. Zaczął upychać prezerwatywę pod folię, cofając się jednocześnie ku schodom do parku. "Trzeba uniknąć natrętnych spojrzeń." Jednak folia nie wytrzymała widocznie zbyt upartego dłubania i nagle cała zawartość wysypała się na chodnik.
          Trzy prezerwatywy, nieopakowane, w stanie rozwiniętym, walały się na płytach chodnika, Wyglądały, jakby przed chwilą były w użyciu. Fuj, ohyda! Obok zestaw aluminiowych rurek i jakaś tkanina, w kolorze trudnym do zdefiniowania. Było zbyt ciemno. I jeszcze jakaś kartka. Na pewno instrukcja obsługi. Ktoś zatrzymał się, patrząc z dziwnym uśmiechem.
         Zgarnął  wszystko  szybkimi  ruchami, z  opuszczoną  głową, i  wycofał  się w cień,  na najniższy stopień schodów do parku. Usiadł, oparł się o murek i dłuższą chwilę zastanawiał się, co dalej począć. Między palcami zwisały długie, pomarszczone gumy, aluminiowe rurki upuścił na kamienny stopień, a tkanina na wpół rozwinięta opadła mu na udo. „Cóż to jest, do cholery? Może to tylko jakiś dowcip?”
         Poczuł wielkie zmęczenie. Właściwie nie chciało mu się już nic analizować, a instrukcji i tak nie przeczyta, bo jest zbyt ciemno. Wilgotny, chłodnawy podmuch z wnętrza parku orzeźwił go tylko na chwilę. Wrzuci to „coś” do rzeki... tak... wrzuci... to...

          - Czy panu coś dolega? - Poczuł delikatne szarpnięcia za ramię.
          - Wstajesz już, czy znowu będziesz się wylegiwał do południa?! – Rozpoznał głos żony.

        Z wolna podniósł powieki. Za oknem zobaczył radośnie rozświetlone porannym słońcem blokowisko. Aż się żyć zachciało. Pod kołdrą poczuł obecność czegoś wydłużonego, w pozycji wertykalnej, długości około dwudziestu centymetrów.


Zofia Sumczyńska                                      Olej na płótnie


2 komentarze:

  1. Dziękuję za wizytę u mnie. Napisałem jak widziałem i jak czułem:) Ale szczena może opaść od takiego świętowania niepodległości. Widzę, że dodałeś mojego bloga do Twoich ulubionych blogów. I ja robię to samo.
    I ja czasami dla równowagi zażywam płynów. I zdarzało mi się, że jednak było odwrotnie. To znaczy równowagi nie było a ziemia coraz bliżej:)
    Pozdrawia Vojtek na dwóch nogach

    OdpowiedzUsuń