środa, 30 listopada 2011

Najdłuższy rejs (10)




                           Sobota nie była wolna i Żona trzasnęła drzwiami, biegnąc do pracy. W półśnie Misiu postanowił, że chwilę jeszcze pośpi snem pełnym. Dzieci też wciąż spały, a z głośnika leciało lato z radiem. Sen ma to do siebie, że nawet jak trwa dwie godziny, to wydaje się, że to chwila. Więc za chwilę, koło dziewiątej, poczuł brutalne szarpanie za ramię.
          - Wstawaj, Misiu! Potrzebny prąd na betoniarkę! - Głos Grubego był bardzo gruby i groźny.
             Misiu zerwał się gwałtownie, zupełnie osłupiały. Co jest grane?
           - Co jest grane...? Jakieś żarty sobie stroisz? - Przetarł oczy i dokładniej zobaczył grubą twarz Grubego. Gruby nadal udawał groźnego, lecz czuło się, że zaraz może wybuchnąć śmiechem.
           - Nie, to nie żarty. Wyjrzyj na dwór a zobaczysz, jaka brygada tam czeka.
       Oprócz grubego było ich czerech: Kaczor, Psioter, Krystek i Zdzichu. Wszyscy ubrani w byle jakie łachy, prosto do roboty.
      - Dawaj, nie ma czasu. Musim dzisiaj zalać te ławy - powiedział Zdzichu. - Szałerek otwieraj, gdzie masz ten cyment?
         - Jo, pośpiesz się - dodał Psioter. - Pół dnia mija, a ty śpisz? Kierownikiem jesteś dzisiaj, a my ci tu zalejem. No i... Po jakieś piweńko możesz skoczyć.
       Misiu zastanawiał się, co ma zrobić, żeby sprawdzić, czy wciąż nie śpi. Z niedowierzaniem rozejrzał się po placu budowy. W drzwiach stały Dzieci, uśmiechały się i jednocześnie powiedziały:
          - Tata, to miała być niespodzianka!

                                                    Kiedy płukał betoniarkę, słońce było już niewidoczne. Schowało się za dom sąsiada, resztkami sił chwytając za komin i fragmenty dachu. Przy ogrodowym stole siedziała brygada kumpli. Popijali piwo, a Żona ustawiała talerze z kanapkami. Zrobiła kolację.
          - Misiu, walnij se piwo. Jedno nic ci nie zaszkodzi.
          - Taak... I co jeszcze...? Może papierosa...?
         - Masz, nie wygłupiaj się. - Kaczor podsunął mu butelkę pod nos. - Przecież sam mówiłeś, że lekarze powiedzieli...
         - No dobra... - Misiu nagle dał się złamać. - Dobra, wypiję. Jak przeżyję, będzie to znak, że jestem zupełnie zdrowy.
       Zimny smak żywca zaczął wypełniać wszystkie arterie. Wciskając się w najmniejsze zakamarki ciała, wypełnił też w końcu każdą komórkę jego świadomości. Statkiem poruszyła delikatna fala. Misiu poczuł się błogo, jak na koi po wachcie, w przelocie przez Pacyfik. Słońce poszło już za widnokrąg, a szkło bulaja wciąż świeciło czerwonym niebem, jeszcze niedogaszonym przez zmrok.
          Przeżył. I poczuł coś jeszcze. Poczuł chwilę szczęścia. Poczuł też ogromne pragnienie, żeby tę chwilę rozciągnąć, jakoś uchwycić, zrobić z niej kontinuum, zachować na wieki. Poczuł w sobie ogromną moc i wiedział już, że teraz będzie budować. Nieustająco, do oporu. Jednocześnie nabrał pewności, że kocha tych kumpli, którzy mu beztrosko dmuchali w twarz papierosem. Poczuł, że kocha życie i kocha cały świat.
         - Kocham was, jesteście wspaniali... - odważył się powiedzieć. - Serdeczne wam dzięki...
         - Misiu, nie ma za co. To tylko przyjacielska przysługa.
         - Jo, ty też byś dla nas tak zrobił. My to wiemy.
         - Tera tylko pielęgnuj ten beton. Pamiętaj, trza wodą polewać.
       - Coby się nie spalił. Jeszcze dzisiaj polej na noc. Tylko nie zapomnij wody zamknąć, bo już taki jeden był, co zapomniał. Jak rano przyszedł, to w szalunku jeno kamienie obaczył.



2 komentarze:

  1. Zimny smak Żywca to jest to...Szczególnie jak długo się w ogóle nie piło..Pamiętam ja taki smak Żywca i to co potem czułem...RADOŚĆ!
    Pozdrawiam i zapraszam.
    Vojtek

    OdpowiedzUsuń