piątek, 4 listopada 2011

Najdłuższy rejs (7)





                          Do wypisania trzy dni. Tak w trakcie obchodu obiecała Czerwononosa. Właściwie mógłby to być powód do radości, ale Misiu odniósł wrażenie, że upływ czasu jeszcze bardziej spowolnił. Właściwie nie wiedział, po co go tu wciąż trzymają, jednocześnie upierając się, że nic mu nie jest? Filcowymi kapciami froterował korytarz, tam i nazad, mozolnie, prawie jak jakiś koń w kieracie, a przynajmniej jak pacjent nie stąd, a z Kocborowa. Od czasu do czasu wychodził na klatkę schodową, gdzie tuż za szkłem była otwarta przestrzeń. Linię horyzontu zasłaniał budynek szpitalnej kotłowni. Na czubku długiego, stalowego komina harcowała sobie smużka dymu. A dalej już tylko błękit, wspólny dla całego świata; szpitala, komina i wszystkich oceanów, które przemierzał. Misiu zmrużył oczy i dałby głowę, że usłyszał dźwięk syreny parowca. „To na pewno stary Sołdek... Pozdrawia nas, bo się z nim mijamy w Cieśninach Duńskich.”

                        Był dzień dwudziesty, kiedy Misiu wchodził do gabinetu Czerwononosej. Miał już na sobie normalne ubranie, do wyjścia, łącznie z butami. Filcowe kapcie zostawił w śmietniku na klatce schodowej. W żołądku coś go lekko łaskotało. Zupełnie jak wtedy, na burcie, kiedy statek stał w Gdyni, przy kei, lecz żeby postawić stopy na lądzie, trzeba było przebrnąć jeszcze przez ostatnią odprawę, celną.
          - Proszę siadać, panie Misiu. - Nie cierpiał siadać twarzą do okna, czuł się jak na przesłuchaniu. Czerwień nosa Czerwononosej pod światło była niewidoczna i jej stonowana twarz bardziej pasowała do spokojnego głosu. - Tak więc, jak pan już wie, miał pan zawał serca. Oznacza to, że z jakichś powodów stało się niedrożne naczynie wieńcowe, co spowodowało niedokrwienie fragmentu mięśnia sercowego i w konsekwencji jego martwicę. U pana dotyczy to dolnej ściany serca, gdzie z czasem uformuje się blizna. Teraz czeka pana długa rekonwalescencja. Najlepiej gdzieś w sanatorium. Nie może pan wykonywać żadnych wysiłków, nie wolno wykonywać pracy rękami wyciągniętymi, podniesionymi do pozycji poziomej. Musi pan unikać stresu i oczywiście nie wolno panu palić papierosów. Trudno, stało się i musi pan z tym się oswoić. Musi pan nauczyć się żyć na nowo, w innym rytmie. Musi pan nauczyć się zachowywać odpowiedni dystans do wszystkiego... - Czerwononosa mówiła długo i monotonnie. Wewnątrz zarysu twarzy na tle okna nie dostrzegał jej oczu, ale był pewien, że patrzy gdzieś ponad nim, może w sufit. Z każdym jej słowem czuł się coraz mniejszy, coraz bardziej spłaszczony, bezlitośnie i nieodwołalnie, do płaskości tej długiej, wyuczonej formułki, którą Czerwononosa wypowiadała całkowicie beznamiętnie, bez odrobiny ciepła. W końcu wszystkie jej słowa zwinęły się w jakąś zamkniętą formę, zaczęły się międlić, ugniatać, kurczyć, do rozmiarów mikroskopowych. Chyba po to, żeby się zagnieździć gdzieś w zakamarkach mózgu Misia i tam wreszcie wypuścić z siebie jedynie esencję: jesteś inwalidą.
          - Czy kiedyś będę mógł wrócić na morze...? - Misiu raczej znał już odpowiedź, a Czerwononosa chyba wiedziała, że zna, bo nie odezwała się więcej. Opuściła swój czerwony nos nad blat biurka i skoncentrowała się na wypisywaniu recept.

                       Szerokie wejściowe schody do szpitala były dużo szersze od trapu, jednak ląd był taki sam. Kiedy Misiu wreszcie na nim stanął, poczuł delikatne kołysanie. To normalne. Każdy ląd, na całym świecie, tak samo się kołysze po dłuższym przelocie. Żona wzięła go pod rękę i pomału poszli w stronę autobusu. Z pąków na gałęziach drzew wykluwały się liście, a dookoła pachniało wiosną.

                                Dom, który trzy tygodnie wcześniej opuścił trzaskając drzwiami, też pachniał wiosną. Na zewnątrz i wewnątrz. Przechodząc przez hol, w którym miał mały warsztat zauważył, że wszystko było poukładane. Narzędzia i śrubki na swoich miejscach, a na blacie stołu nie dostrzegł śladów kurzu. Dalej na lewo kuchnia, na wprost pokój dzieci i duży na prawo. Wszystko było wyprane, umyte i wypastowane. Przez uchylone okna koniec kwietnia wdmuchiwał rześkie powietrze. Misiu pochylił głowę pod niskim nadprożem i wszedł do dużego pokoju. Na fotelach siedziały Dzieci. Były uśmiechnięte, z lekkim zawstydzeniem; jak zawsze, kiedy wracał z długiego rejsu. Jakby w domu pojawił się dawno nie widziany gość. Ich uśmiech był radosny, chociaż tym razem nie przywiózł żadnych prezentów. W domu było święto. Dzieci opowiadały, co porabiają w szkole, jak bawią się z Psem i z Kotem, i w ogóle jak się bawią. Potem zaczęły skarżyć na siebie nawzajem, najpierw żartem, potem coraz poważniej, stosując kuksańce i podszczypywania. W końcu trzeba było je pognać do odrabiania lekcji. W kuchni Żona robiła kolację. - Idę popatrzeć na budowę - powiedział do niej i wyszedł na zewnątrz.

                Zaczątek nowego domu wyłaził z ziemi w centralnej części ogrodu. Betonowe masywy ścian piwnic wyglądały imponująco, nad poziomem gruntu przechodząc w kamienny cokół, dokładnie tak, jak sobie to kiedyś wymarzył i potem poukładał, z wielką pomocą Kaczora. W środku komin z dobrej, rozbiórkowej cegły, który murował własnoręcznie dosyć długo, ale za to perfekcyjnie. Wszystko wyglądało czysto i schludnie, wręcz sterylnie, a poziome powierzchnie, muskane światłem wieczornego słońca, wyglądały jak na rysunku; jak przekrój poglądowy. „Trzeba to zakryć jak najszybciej stropem” - pomyślał. Po prawej część niepodpiwniczona. Wykopy pod ten fragment ław zaczynały się już obsypywać. Ale nic to. I tak wiedział, że to wszystko kiedyś będzie domem. Poszedł dalej, na koniec ogrodu. Tam dwa lata wcześniej zagrzebał w ziemi orzech. Teraz, już z daleka, dostrzegł długi pęd, pionem strzelający w niebo. Rośnie drzewo. Wcześniej spłodził syna i pozostało jeszcze dokończyć budowanie domu. Może trochę nie po kolei, ale dopiero wtedy poczuje się prawdziwym mężczyzną.
          - Misiu, chodź już. Zrobiłam kolację. - Głos Żony był bardzo ciepły i przymilny.






1 komentarz:

  1. Czy Misiu znajdzie w końcu swoje miejsce na ziemi?

    OdpowiedzUsuń