niedziela, 27 listopada 2011

Najdłuższy rejs (8)




                                        Siedzieli w milczeniu. Leciał film, lecz on spoglądał gdzieś dalej, ponad telewizor. Patrzył na zbiór książek, który gromadził przez lata. Kolekcja była ogromna, uzupełniana później już razem z Żoną. Po kolei pieścił wzrokiem grzbiety - kartonowe, płócienne i skórzane. Czarna seria z kółkiem, literatura światowa. Józef Conrad Korzeniowski, wszystkie dzieła, które nie wszystkie jeszcze przeczytał. Większość spod lady z księgarni na rynku. Sienkiewicz, Mickiewicz, Żeromski, Słowacki, Dostojewski. Albumy ze sztuką. Kolekcja malarzy, którą kupił w Buenos Aires. Kamasutra z Bombaju. Encyklopedie, słowniki i poradniki. Historia sztuki, historia filozofii, historia. Wielki Atlas Świata i Wielki Atlas Anatomii Człowieka. Całe dwie półki wypełnione podręcznikami dla inżyniera, jeszcze ze Szkoły Morskiej. W półmroku Misiu już tylko z pamięci wyczuwał gdzie co jest. Półki w dębowej okleinie lekko się uginały. - „Trzeba będzie je znowu odwrócić” - pomyślał. - „Ciekawe, czy kiedyś uda mi się to wszystko przeczytać?”
                 - Poproszę Brata, żeby to sprzedał - powiedział nagle.
                 - Co sprzedał? Co ty mówisz? - Żona spojrzała na niego zaskoczona.
                 - No... Te książki. Za większość z nich można dostać niezłą kasę.
                 - Tak, ale po co...
             - Nie będę mógł teraz pracować, a budowę trzeba ciągnąć. Pieniądze są potrzebne. Nie możemy wiecznie w tej kurzej chatce mieszkać.
             - Tak, ale... - Żona się ożywiła. - Ale wszyscy mówią, że nie możesz nic... Że musisz do sanatorium...
             - Nie. Nigdzie nie pojadę. Będę budował dalej. Pomału, spokojnie. Kaczor na pewno pomoże. I Brat też...
               - Ale tych pieniędzy i tak będzie za mało.
               - Jakoś się da...
               - Może by jeszcze coś sprzedać. Maszynę...
               - Jaką maszynę?
            - Do szycia... Przecież ja i tak nic nie szyję. - Żona już całkiem oderwała się od telewizora. - Właściwie można by też twoją tokarenkę sprzedać.
              - Moją tokarnię...?! - Misiu poczuł, jakby w jego piersi coś się nagle zapadło. Albo jakby ktoś chciał z niej coś wyjąć. Pobladł i Żona to zauważyła.
            - No wiesz... Przecież to tylko taka twoja zabawka. Też mało na niej pracujesz. A za nią można by dużo pieniędzy dostać.

                                   Misiu zamilkł i popadł w wielki smutek, którego sam sobie nie mógł wytłumaczyć. Przecież to on zaczął. Trzeba wte albo wewte. Martwe przedmioty to rzecz nabyta. Nic tu po nich w takiej sytuacji. Nie ma co popadać w nostalgię. Najważniejszy teraz dom, bo dzieci czekają. I w końcu musi zostać prawdziwym mężczyzną.
            - Dobra... Sprzedamy - silił się na obojętność, ale i tak głos mu zadrżał. A Żona, wciąż ożywiona, powiedziała, że może nawet mieć kupca.
            - Wiesz, mogę nawet mieć kupca. Znam zegarmistrza, który już kiedyś wypytywał o taką tokarenkę.
            - Tak...? -  Misiu  był już  zupełnie spokojny,  prawie  na  granicy  letargu.   Popadł w obojętność, której kiedyś musiał się nauczyć w chwilach odbijania od kei. W chwilach, kiedy cumy zostały już wciągnięte i odległość między burtą a nabrzeżem gwałtownie się zwiększała. I nie było odwrotu. To znaczy był: można było wyskoczyć za burtę i wrócić, wpław, ale to byłoby szaleństwo. Trzeba było pozostać obojętnym.
            - Można by też sprzedać...
            - Tak...?
            - Można by też sprzedać biżuterię... I twoją obrączkę.
            - Obrączkę...?
            - No tak... Przecież i tak jej nie nosisz.
            Misiu stał na burcie i bezmyślnie wpatrywał się w ląd, coraz bardziej rozmazywany przez fale. A śruba pod rufą wściekle tłukła wodę, wypisując na powierzchni morza ślad, z wolna układający się w bezlitosne słowa: full ahead.
            - Dobrze... Sprzedajmy obrączkę.






1 komentarz:

  1. Nooo, bywało bardzo trudno, pamiętam, że kiedyś sprzedałam wszystko, co miało wartość, jednak obrączkę zostawiłam...

    OdpowiedzUsuń