wtorek, 29 listopada 2011

Najdłuższy rejs (9)




Zofia Sumczyńska                         olej na płótnie
                                         Maj tego roku zaczął się słonecznie i był taki do samego końca. Misiu, zgodnie z zaleceniem lekarzy, stopniowo próbował powrócić do normalnego życia. W dni powszednie od rana pozostawał sam, bo Żona była w pracy, a dzieci chodziły do szkoły. Pozostawał sam ze swoimi myślami. Błąkał się po rozpoczętej budowie, próbując zbudować przynajmniej jakiś plan działania. Budował na razie tylko w marzeniach. Często odpoczywał, a kiedy wydawało mu się, że niezbyt dobrze się czuje, odwiedzał Sąsiadów za płotem, którzy chętnie gościli go do powrotu Żony. Któregoś dnia przyszli Rodzice i Ojciec powiedział, że Misiu nie powinien zostawać sam, że przez cały czas powinien być pod czyjąś opieką, i żeby dał sobie spokój z tą budową. Takie stwierdzenie nie bardzo się Misiowi podobało, bo strasznie pogłębiało poczucie ułomności. Narastał w nim bunt przeciw takim pouczeniom i kiedy minął tydzień od przybycia do domu, postanowił pójść sobie na spacer, z zamiarem dotarcia aż do rynku.

                               Szedł spokojnie, nie śpiesząc się. Robił postoje przy każdym kiosku, oglądał gazety i udawał, że jest na luzie. Udawał, bo jednak nie był w pełni rozluźniony. Miał dużego cykora - pierwszy raz od opuszczenia szpitala zdecydował się na tak długą eskapadę i nie wiedział, co się stanie. Dotychczas odważył się tylko na przechodzenie przez ulicę do sklepu i było to dla niego wielkim wyczynem. Chodził przeważnie z rana, po bułki i płatki kukurydziane na śniadanie. Traktował to jako zaprawą przed tym, na co się właśnie zdecydował. Teraz jednak było inaczej, dlatego drogę do rynku podzielił sobie na odcinki, których początki i końce - wyznaczone przez szyby z gazetami - były jak portowe nabrzeża, gdzie po długich, męczących rejsach można było się oprzeć, przywiązać i w końcu poczuć bezpiecznie.
            Każdy dystans między kioskami przyspieszał pracę serca, a jego uderzenia zaczynał słyszeć jak głośne łomotanie. A przed ostatnim odcinkiem na drodze do rynku postał nieco dłużej i próbował, patrząc na nagłówki gazet, odwrócić uwagę od tego, co działo się w jego wnętrznościach. Ponieważ nie było to takie proste, wspomógł się różową tabletką, którą dostał od Ojca. Do rynku było już niedaleko – kawałek koło Straży Pożarnej, po lewej Biały Dom i wreszcie rondo, które gwałtownie rozwarło swoją przestrzeń, którą Misiu odczuł jako wielką pustkę – może dlatego, że był tam tylko ogromny trawnik z kępami czerwonych tulipanów, wokół którego od czasu do czasu krążyły z wolna jakieś pojazdy. Po drugiej stronie ronda widać już było wejście na mostek, a potem kilka kroków i rynek. Misiu nagle zatrzymał się. Ni stąd ni zowąd nabrał przekonania, że nie pokona tej odległości. Coś chwyciło go za gardło i poczuł, że wypłynął za daleko. Panika, jakiej jeszcze nigdy nie zaznał, całkowicie go unieruchomiła, jednocześnie dając stuprocentową pewność, że nie jest w stanie wrócić do domu i nie jest w stanie obejść ronda. Stał na środku chodnika sparaliżowany i nie miał się do czego przywiązać. Mocny chwyt za gardło wciąż się nasilał. Misiu był przekonany, że to już koniec. Był przekonany, że znowu ma zawał, a zesztywniałe w potwornym lęku mięśnie nie pozwoliły na wydobycie z kieszeni jakichkolwiek tabletek. Ludzie przechodzili obok. Obojętni, w zwolnionym tempie, zupełnie nierealni. Byli rozmazani jak na obrazach impresjonistów, a język, którym mówili, zdawał się być zupełnie obcy. Był bełkotliwym szumem, zagłuszanym przez pulsowanie krwi w jego skroniach.
           Wypolerowany mosiądz zabytkowej pompy zaczął się rozpuszczać w promieniach słońca i kapał na trawnik przed budynkiem Straży Pożarnej.
          - Misiu, co ty tutaj robisz? - To pytanie zrozumiał tylko dlatego, że ktoś wrzasnął mu prosto do ucha. Przez dłuższą chwilę przecierał swoją świadomość, zanim stwierdził, kim jest ten ktoś. Przy nim stał wózek z niemowlakiem. Kaśka chwyciła go za ramię i powtórzyła:
         - Sam przyszedłeś? Tak daleko? Czyś ty zgłupiał? Nie możesz jeszcze... - W jej głosie usłyszał wielką troskę i przestrach. - Jesteś strasznie blady. Dobrze się czujesz?
          Misiu złapał za pałąk wózka i pomału zaczął łapać powietrze. Poczuł się bezpieczniej, jakby wreszcie dopłynął, a tętno w skroniach łagodnie wracało do normy.
           - Wiesz, zdawało mi się, że znowu mam zawał – ledwo wykrztusił, dysząc jeszcze głęboko.
          - E... No co  ty?!  To ci już nie grozi!  To na pewno  tylko atak paniki.  To jest tylko nerwicowe. Nie możesz jeszcze tak daleko sam sobie chodzić. Musisz stopniowo, pomału... Trzeba się przyzwyczaić. - Kaśka starała się mówić spokojnie, z lekkim uśmiechem, ale było widać, że ciężko jej to przychodziło. Chyba rzeczywiście była trochę przestraszona. - Idę tu, na osiedle, do Alicji - powiedziała, chwytając Misia pod ramię. - Chodź ze mną, odpoczniesz sobie i się uspokoisz.

                              Misiu wracał z panicznej ucieczki. Z innego, przerażającego świata. Rozejrzał się dookoła z lekkim zdziwieniem i zaciekawieniem, jak po wyjściu z czeluści statku, z gorąca maszyn, po manewrach. Pierwsze spojrzenie na nowy port, do którego wpłynęli. Statek stał bezpiecznie, przywiązany do kei.

                                Smak czarnej herbaty u Alicji był jedyny i niepowtarzalny, jak zawsze. Misiu sączył powoli gorący płyn zastanawiając się, co jest tego przyczyną. Nie wiedział, czy to woda, czy czwarte piętro, czy dłoń, która trzymała czajnik z wrzątkiem. A może po prostu jej głos, który działał jak relanium. Siedział skulony, licząc słoje w dębowych klepkach kuchennego stolika, a Alicja po drugiej stronie, przy zlewie, coś z zapałem kroiła.
          - I sam widzisz, że gdyby coś się działo, to nie wlazłbyś na to czwarte piętro - ciągnęła. - Nie jesteś inwalidą. Już jesteś zdrowy... Fizycznie. Jeszcze tylko musisz sobie poukładać to, co się dzieje w twojej głowie.
           - Tak, ale...
           - Wkrótce sam zobaczysz. - Nie dała mu dojść do słowa. - Ani się nie obejrzysz, jak dom postawisz. I nawet wrócisz na morze. Może...
           - Tylko że...
          - I nie martw się, że nie dasz rady. Zobaczysz, że będzie dobrze. Nawet nie wiesz, jakie niespodzianki cię czekają. I to już niedługo.
           Na chwilę się odwróciła i Misiu zobaczył w jej oczach coś dziwnego, ni to przestrach, ni to radość. Uśmiechnęła się. Misiu wstał, wyprostował wszystkie kości i też się uśmiechnął.
           - Dobra, idę, bo zaczynasz wróżyć jak cyganka - powiedział. I sam się zdziwił siłą swojego głosu. Zaczął znowu mówić głosem oficera, w maszynowni.
           Z czwartego piętra zbiegł lekko, jak po trapie.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz