niedziela, 11 grudnia 2011

Najdłuższy rejs (11)

  

                                   Lato było piękne, w większości słoneczne i choć może trochę za suche, w ogrodzie wszystko rosło. Marchewka, ziemniaki, groszek, sałata, kapusta, a wyżej owoce. Szara reneta, gruszki i wiśnie obrodziły jak nigdy przedtem. Rósł też dom, w normalnym tempie. Tak, jak było zaplanowane i jak nakazywała średnia krajowa. Misiu był pomocnikiem murarza. Ubolewał nad tym, bo zamierzał sam stawiać ściany, jednak rozsądni ludzie przemówili do jego rozsądku: „Trzeba stopniowo, na luzie, bez stresu. Wszystko w ramach rekonwalescencji”.
          To jednak była teoria i w praktyce nie dało się w pełni przestrzegać jej zasad. Dlatego zdarzało się co jakiś czas, szczególnie wieczorami, po całym dniu pracy, że Misia znowu coś nagle łapało. Ale już to poznał. Już to nie było nic nowego. Popadał w stan lęku, w którym był przekonany, że ma następny zawał. Serce zaczynało wariować, osiągało zawrotną, niemierzalną częstotliwość pracy, a ciśnienie krwi rozsadzało mózg, który stawał się przez to jeszcze bardziej niezdolny do myślenia. Nikt nie był w stanie go przekonać, że wszystko jest w porządku. Mało tego, czuł ból. Taki sam ból jak wtedy. I w potwornej panice błagał Żonę, żeby wezwała pogotowie. Czuł, że umiera, czuł wyraźnie, że w jego klatce piersiowej coś się rozpaczliwie szamocze, resztkami sił, dogorywa, jego serce.
          - Moje serce...! Czuję, że zaraz się rozleci! Duszę się! Błagam, ratuj...! - Żona trzymała go za rękę, próbowała mierzyć tętno, nic nie czuła, dawała mu różne tabletki, też takie na uspokojenie. W końcu dawała się przebłagać. Najpierw jednak zabierała się za szybkie sprzątanie pokoju, bo nie chciała robić sobie wstydu, i dopiero potem biegła do delikatesów, gdzie na ścianie wisiał telefon. Później tłumaczyła że zwlekała ile się da w nadziei, że Misiu się uspokoi i wszystkie jego urojenia pójdą sobie w niebyt.

                                         W końcu wszyscy lekarze z pogotowia, a może i wszyscy ze szpitala, ale też z przychodni lekarskiej wiedzieli, kto to jest Misiu. Stał się postrachem lekarzy. Mimo to zabierali go, na noszach, dla świętego spokoju. Wieźli do szpitala, robili badania, kilka razy nawet zostawili na internie, żeby zrobić dokładniejsze badania. I chociaż zawsze było wszystko w porządku, Misiu i tak im nie wierzył. Pokornie jednak wracał do domu i dalej budował. Pomału, spokojnie, bez stresu.

                                Dom rósł w przyzwoitym tempie, utrzymywanym w średniej krajowej. Jesienią wszystko było przykryte stropami, a zimą z wieńców sterczały szpile pod murłaty. Cała reszta przykryta była czym się da, żeby choć trochę zabezpieczyć przed śniegiem. Tam gdzie się dało, gdzie były już jakieś namiastki wnętrza, Misiu rozplanował instalację elektryczną i wszystkie instalacje hydrauliczne. W piwnicach było dosyć ciepło, mógł więc pozwolić sobie na realne prace podczas zimy. Zainstalował kocioł gazowy, bojler, rury kanalizacyjne i marzył o czasie przyszłym, kiedy to wszystko zacznie funkcjonować. Marzył patrząc na rury i urządzenia, które niby cząstka maszynowni na statku, gdzieś w remontowej stoczni, trwała w oczekiwaniu na pierwsze próby w morzu, na czas, kiedy zacznie żyć i stanie się gorące. Każda chwila, w której wymarzone nabierało coraz bardziej realnych kształtów, przybliżała do celu i Misiu czuł wtedy jakieś miłe łaskotanie gdzieś w środku, w okolicach serca. Wtedy powtarzał sobie: „jestem zdrowy.” I niecierpliwie czekał na pojawienie się wiosny.

                                         Wiosna następnego roku zaczęła się pod znakiem więźby dachowej. A dach szykował się nie byle jaki. Połamana połać miała swoją formą nawiązywać do dziewiętnastowiecznej architektury willowych domów w Sopocie. W ogrodzie rosły sterty drewna, cudem zdobywanego w okolicznych tartakach. Misiu mierzył, kroił, strugał i w końcu zorganizował pospolite ruszenie. Znowu przyszło kilku przyjaciół i nawet Szwagier przyjechał z daleka. Poszły w ruch liny i bloczki, stanęły rusztowania i drabiny, i w końcu najpotężniejsza belka, ta w kalenicy, znalazła się na swoim miejscu. Misiu nie ukrywał wielkiej radości.
           - Nec Hercules contra plures! - zawołał.
           - Co mówisz? - Wszyscy stali już na dole i patrzyli, jak jedna belka potrafi zmienić krajobraz.
        - Nic takiego. Pamiętam taki western, gdzie w pewnym miasteczku, kiedy młodzi budowali dom, to przychodzili wszyscy z okolicy i pomagali, tak jak wy teraz. Idzie sprawnie i błyskawicznie, bo jest nas wielu. Sam nic bym tu nie zdziałał.
          Do wieczora leżały wszystkie krokwie.

                                                     I znowu nastało lato. Dalej Misiu budował już przeważnie sam, a kiedy trzeba było - przy ogromnej pomocy Żony. Działał pomału, spokojnie, bezstresowo. Praca w drewku dawała mu wielką radość, a szczególnie kiedy nastał etap wymagający największej precyzji. Budował drewnianą konstrukcję z dokładnością bardziej stolarską, niż ciesielską. Bo konstrukcja widoczna wewnątrz miała też być, z założenia, wyposażeniem wnętrza. Słupy, płatwie, miecze, kleszcze - wszystko to strugał i szlifował, i miał wielką satysfakcję, kiedy ktoś przychodził i podziwiał mówiąc: - „Misiu, jesteś mistrzem”. Był w swoim żywiole i dziękował Bogu, że nie dał się namówić na jakieś sanatorium. Jego sanatorium było tutaj, wśród zapachu obrabianego drewna.

                                                 Jesienią kończył pokrywać dach papą. Pogoda była już się psuła i mokry wiatr dawał po oczach. Ale nic to, nie takie sztormy się przeżyło. I kiedy skakał po stromych połaciach, uwiązany na linie, też był w swoim żywiole. Papniaki pięknie wchodziły w drewno, przez podkładki, i dach nabierał ostatecznego kształtu. I w końcu nabrał. Misiu usiadł na samym szczycie, przy kominie, okrakiem przez kalenicę. Było ciemno, a przez kamizelkę przeciskał się wiatr. To już początek listopada.
 

                                        Było ciemno. To jednak nie przeszkadzało, żeby kontemplować dzieło, widoczne w zarysie. Światło ulicznej latarni było słabe i rozproszone przez mżawkę. Misiu otarł dłonią mokrą twarz i nagle stało się coś dziwnego. Poczuł, że spada w jakąś pustkę, w bezmiar smutnej, ciemnej, zimnej i mokrej przestrzeni. Przez chwilę zdawało mu się, że jest sam w tym bezmiarze, ale nie. Wkrótce pojawił się lęk. Stary towarzysz, który już długo się nie odzywał, powrócił. Jednak w zupełnie innych, dotąd nie spotykanych, okolicznościach. Nie byli zamknięci razem w jednym ciele, z rozklekotaną, w zwariowanym rytmie pompą. Teraz lęk wypełniał przestrzeń, a Misiu nie wiedział, jak się z tym zmierzyć. Fizycznie czuł, że wszystko gra. Nic się nie działo, nie umierał. A przecież nie mógł się poruszyć, był sparaliżowany. Choć nie do końca, bo czuł, jak drżą mu wszystkie mięśnie. Chciał krzyczeć. Chciał wołać o pomoc, bo już był pewien, że nie ruszy się z tego dachu, ale gardło też miał sparaliżowane. Boże! Co się dzieje?! Co mam zrobić?!
          - Misiu, zejdź już! Kolacja na stole!





1 komentarz:

  1. Lubię Twoje opowieści, a upartego Misia - uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń