sobota, 31 grudnia 2011

Najdłuższy rejs (13)




                                Podróż przez miasto trwała dłużej niż przelot przez Atlantyk – górą, zimową porą i w ciągłym sztormie. Misiu nie był już mechanikiem. Nie biegał po stromych, stalowych schodach, nie nadzorował pracy pomp i wirówek, nie sprawdzał poziomu oleju w silnikach pomocniczych, nie wchodził do tunelu wału żeby sprawdzić, jak pracują łożyska. Siedział na ostatnim siedzeniu w autobusie i choć pod sobą czuł wibracje silnika, i czuł, że grzeje go w dupę, nie był w stanie nawet myśleć jak mechanik. Co tam mechanik: w ogóle nie myślał. Patrzył wciąż przez mały bulaj, który sobie przetarł palcem w zaparowanej szybie i czekał. Wciąż czekał bezmyślnie w lękliwym napięciu, wypatrując znajomego światła latarni na ostatniej pętli, w miejscu, gdzie autobus zawraca. Tam będzie brzeg, do którego płynie. Tam też w końcu poczuje się bezpieczny, bo to będzie jego powrót na łono Matki. Oczywiście, jeśli uda mu się dopłynąć i przeżyć.

                                    Nad Huarmey nie było łuny, typowej dla wielkich metropolii. Mikre światła, widoczne na dalekim brzegu, można było uznać za odrobinę gwiazd, których niezliczona ilość przesuwała się na przemian, to w górę, to w dół – jak nakazywała martwa fala Oceanu. Wiedział jednak, że to jest miasto i wyobrażał sobie, że za każdym światełkiem kryje się ciepło wnętrza jakiegoś domu. Może to dziwne, ale zawsze w takich sytuacjach to była pierwsza rzecz, która przychodziła mu na myśl: szczęśliwa, uśmiechnięta para kładzie się do snu. Będą się kochać, żeby w miłosnym uniesieniu spłodzić potomka. Potem, zmęczeni i ukojeni, zgaszą światło i zasną. Albo będą się kochać dalej. Długo, żeby dać sobie nawzajem jeszcze więcej rozkoszy. Dobrze im z sobą i światło będzie świecić aż do świtu.
          Zimna stal nadburcia była śliska od soli, ale to nic – Misiu oparł się jak zwykle, właśnie tak rozmyślając i też łapał się na tym, że to dziwne. Bo przecież życie to nie tylko miłość, a te światełka mogą kryć w sobie milion przeróżnych scenariuszy.

                                       Wyszedł z autobusu i stanął na kei, pod rozłożystą lipą. Pozostało tylko przejść na drugą stronę ulicy. Tam, gdzie z mgły próbowały się wydostać światła budynku. Były mikre, lecz niosły ze sobą pełnię ciepła, które przyciągało. On jednak, chociaż wiedział o tym i to czuł, zatrzymał się, i stał długo, jak sparaliżowany, bez końca. Na liściach lipy mgła zamieniała się w krople, które spadały na jego głowę. Ludzie rozeszli się, potem przyszli nowi ludzie, weszli do autobusu i autobus odjechał. A Misiu wciąż stał i nie mógł się zdecydować na zrobienie kroku. I nie wiadomo, jak długo jeszcze trwałby w tej pozycji, całkowicie unieruchomiony przez lęk, gdyby w końcu od strony pnia starego drzewa nie dotarło do niego pytanie:
             - Misiu...? Co ty tu robisz...?
      To był głos Ojca, który widocznie wracał z dyżuru. A może ze spaceru. Misiu był zaskoczony. Jednak bardziej na jego twarzy, nawet w słabym świetle latarni, widać było coś innego. Coś, co doświadczony psychiatra odebrał bez komentarza, mówiąc tylko:
           - Chodźmy do domu. Zimno jest i już późno.



2 komentarze:

  1. Miłość mnie przerasta, no może oprócz miłości rodzicielskiej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Margo, miłość rodzicielska jest - zdaje się - najwyższą (najszerszą?) formą miłości. Więc żadna inna nie jest w stanie Cię przerosnąć :)

    OdpowiedzUsuń