sobota, 3 grudnia 2011

Zieliński




                 Kiedy zawijał stopy, całą izbę wypełnił charakterystyczny zapach. Taki, w którym przeciętny nos, a nawet nos z byle jakim powonieniem, był w stanie wyczuć mieszaninę wszystkiego: potu, wypitego wczoraj piwa, siana, słomy, obroku, paszy dla świń, żuławskiej ziemi, no i – chyba w największej części – tego grzyba, który powoduje, że stopy mają zapach zbliżony do zapachu niektórych gatunków sera.
           Misiu i Braciszek znali już bardzo dokładnie ten codzienny rytuał. Przyzwyczaili się, choć wciąż nie mogli odżałować, że psuje im to zapach wiejskiego śniadania. Jajka na miękko w koszulkach,  świeżo odcedzony przez szmatę twarożek, ugotowane mleko, oczywiście bez kożucha – już nie smakowały tak, jak powinny smakować. I z reguły były niedojedzone. Zresztą... Przyczyn niedojedzenia było zawsze więcej. A tą najgłówniejszą widać było przez szyby małego okna, którego parapet był jakby przedłużeniem jadalnego stołu. Tuż pod oknem widać było, jak stary pies Bobek pognał kota w stronę drewutni, przy okazji zmuszając stadko kur grzebiących w trawie do krótkiej lewitacji. Jedynie kogut stał nieruchomo, twardo, na ziemi. Dalej, przy oborze, pokasływał młody pies Amor, biegając wte i wewte przy budzie, po półokręgu o promieniu wyznaczonym przez długość łańcucha. Zza otwartych drzwi obory dobiegało tylko chrumkanie świń, bo cała reszta, czyli krowy, pasła się teraz na łące. Na lewo, przy oborze, stał drewniany wychodek. Za nim widać było fragment wielkiej kupy gnoju, a dalej już tylko drzewa i drzewa. Wielki sad śliwkowy był właśnie tym, do czego niecierpliwili się chłopcy. Tam było najlepsze śniadanie. Wysoko nad sadem fruwały jaskółki, zapowiadając dalszy ciąg pięknej, wakacyjnej pogody.
           Dziadek Zieliński zaczął właśnie wciągać gumiaka na prawą, tę zdrową, nogę.  Lewa, szpotawa, miała na sobie wciąż tylko onucę. Był pochylony, w wielkim skupieniu, i w zaokiennym świetle poranka jego twarz zdawała się być podobna do tej drugiej twarzy, namalowanej na wielkim obrazie, wiszącym nad łóżkiem – twarzy Pana Jezusa.
              - Ni chuja... Nie dam rady – powiedział. I od razu wrzasnął: - Krysia, chodź tu!
         - Czego? - Babcia Krysia zajrzała od kuchennych drzwi. - Jeszcze zakładasz te onuce, psiajucho?! Pospiesz się! Koń już dawno stoi w zaprzęgu przy studni!
            - Podejdź i mi pomóż! Nie mogę sobie dać rady...
         - Nie możesz?! Aż tak jesteś skacowany? - Babcia Krysia była mocno zdenerwowana. - A może jeszcze jesteś pijany? Nie wstyd ci, psiajucho? Nie wstyd ci, że dzieci na to patrzą? Czy ty w ogóle pamiętasz, że wczoraj znowu Koń sam cię do domu przywiózł?
           Misiu z Braciszkiem już nie jedli śniadania, tylko z zaciekawieniem słuchali całej rozmowy. Koń sam przywiózł Dziadka Zielińskiego – to nie raz już widzieli, więc teraz zaciekawiło ich coś innego. Usłyszeli jakieś słowo, którego znaczenia nie znali. I chyba Braciszek odważył się jako pierwszy zapytać:
             - Babciu, a co to znaczy chuja?
         Babcię normalnie zatkało i przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć? Spoglądała to na chłopców, to na Dziadka Zielińskiego, w końcu wyciągnęła zza kuchennych drzwi miotłę – taki pęk wierzbowych witek – i wymachując nią, podeszła do dzieci mówiąc:
      - To jest bardzo brzydkie słowo! I nie wolno wam go powtarzać, bo jak usłyszę, to poczujecie te rózgi na swoich tyłkach!
       Chłopcy jakby na to czekali. Pierwszy znalazł się w kuchni Misiu, tuż za nim chyłkiem przemknął Braciszek i zaraz potem pobiegli na podwórze wołając:
          - Chuja, chuja, chuja...!
        - Widzisz, co narobiłeś, psiajucho?! - Babcia rzuciła wściekłe spojrzenie w stronę Dziadka i podążyła za Misiem i Braciszkiem, wymachując miotłą. Oni jednak byli już za daleko. Jeden nawet zdołał wleźć na śliwę i zaczynał trząść gałęzią, w celu zdobycia upragnionych owoców. I nie za długo dało się też słyszeć od strony studni: - Nu...! Wio...! - Dziadek strzelił z bata i pognał Konia, który ospale pociągnął wóz przez błoto, w stronę szosy, do miasta.
          Chłopcy tęskno spoglądali, jak furmanka się oddala. Też chętnie by pojechali. Uwielbiali jeździć z Dziadkiem konnym wozem. No i uwielbiali też samego Konia. Koń był potężny, pociągowy, i był piękny. Koloru dojrzałego kasztana, a przy kopytach i przy pysku ciut jaśniejszy. Miał też piękne, zdrowe zęby w swojej dużej buzi i Misiu z Braciszkiem lubili, jak łaskotał wyprostowane wnętrza ich dłoni, kiedy podawali mu coś do jedzenia. Niestety nie mogli jeździć z Dziadkiem do miasta. Dziadek Zieliński załatwiał tam swoje sprawy i nie miałby czasu, żeby się nimi zajmować. Pozostało więc czekać, aż wróci. I wtedy będą mogli przynajmniej pogłaskać Konia po pysku, a może nawet usiąść na niego, jeśli Dziadek pozwoli i pomoże.
             Tego dnia czekali wyjątkowo długo. Dziadek Zieliński, widać, miał tym razem bardzo dużo do załatwiania. Wrócił długo po obiedzie i też był słaby, tak jak wczoraj. Ale nie spał. Sam kierował furmanką, mocno trzymając lejce. Musiał. To znaczy nie mógł spać, bo by nie dojechał. Bo koń, który zaciągnął wóz w okolice studni, to wcale nie był Koń, tylko jakaś wychudzona szkapa. Wszyscy patrzyli milcząc, w wielkim zdumieniu, jak Dziadek Zieliński złaził z wozu. Szkapa natomiast wcale nie była zdziwiona, tylko pochyliła łeb i spokojnie zaczęła skubać trawę przy cembrowinie.
          - Co to jest?! - Babcia wreszcie nie wytrzymała i wrzasnęła. - Gdzie jest Koń?! Co ty tu zaprzągłeś do wozu, psiajucho...?!
              - Jak to?! Nie widzisz? - Dziadek Zieliński zachował błogi spokój, podpierając się batem. - To jest dopiero koń! Rasowy! Nie widzisz? Wygląda jak prawdziwy koń arabski! Na pewno ma gorącą krew. A ja miałem już dość tego zimnokrwistego ruska.
           - Znowu się napiłeś, psiajucho, i zamieniłeś konie?! Nie widzisz, że dałeś się oszukać? Przecież ta szkapa nie pociągnie pługa, stary durniu!
              - Pociągnie. Wóz pociągnęła, to i orać będzie. A teraz daj mi spokój, bo muszę coś zjeść i się wyspać.
             Dziadek Zieliński pokuśtykał w stronę domu. Misiu i Braciszek patrzyli jeszcze długo, z rozdziawionymi buziami i smutkiem w oczach. Czekali na Konia, a tu coś takiego. W końcu jednak zaczęli się przyzwyczajać do nowego widoku. Szkapa była inna, ale też piękna. Wysmukła, jaśniejsza od Konia, za to włosy na szyi i w ogonie były dużo ciemniejsze. Miała też bardzo jasne skarpety i życzliwie spojrzała na chłopców, kiedy zaczęli się do niej zbliżać. A kiedy byli już całkiem blisko głośno zarżała, pokazując garnitur żółtobrązowych, podniszczonych zębów.




2 komentarze:

  1. Teraz się przepija ciągniki? Chyba, nie znam się, ale historia z życia wzięta :)

    OdpowiedzUsuń
  2. obraz prawdziwy, pamiętam tak jakoby wczoraj...
    świat się tak szybko zmienia...
    co by było bez pamięci, kartki i pióra?
    Michał, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń