czwartek, 15 grudnia 2011

Najdłuższy rejs (12)




                                                          Żona odprowadziła Misia na przystanek autobusowy. Musiała, bo sam nie pokonałby tego dystansu. Dwieście metrów znowu stało się dla niego ogromną odległością, nie do pokonania. Czuł się tak słaby i pełen lęku, że bez wsparcia nie robił nawet kroku poza ogrodzenie ogrodu. Na budowę nawet nie zaglądał. Wszystko dookoła zrobiło się szare, mokre i odpychające. Wszystko straciło sens i ten brak sensu przygniatał Misia do samej ziemi. Nie był w stanie się podnieść i to go przerażało.
          Jeszcze przez kilka dni po tym koszmarze, jaki przeżył na dachu, próbował walczyć. Nie wiedział z czym. Z samym sobą? Ze złą pogodą? Z urojeniami? Z diabłem, który w nim siedzi? Z jesiennej mgły co dzień wynurzali się ludzie. Wiedział kto, bo mówili, że są jego przyjaciółmi. I po przyjacielsku doradzali: walcz, Misiu, walcz...
          Jedynym zajęciem, jakiemu się w końcu oddawał, czekając na powrót żony z pracy, lub na powrót dzieci ze szkoły, było palenie w piecu. Każdego dnia, około południa, odprawiał ten sam rytuał. Tak to nazwał i tak to czuł. I choć był to smutny rytuał, podczas którego zawsze klękał na lewe kolano, by potem wygarniać popiół z wnętrza paleniska, widział w tym jakieś resztki sensu. Widział konieczność zrobienia ciepła do powrotu rodziny. W popiół często kapały jego łzy. Łzy są z reguły wyrazem bólu, albo wzruszenia. Te jednak nie były wyrazem niczego. Były absolutnie beznamiętne, bez uzasadnienia. Zresztą nie zastanawiał się nad tym. Łzy nie zaszkodzą popiołowi, ani paleniu w piecu. Najważniejsze, że robi ciepło, które jest konieczne.
        W końcu  jednak i to zaczęło sprawiać mu ból.  Potworny ból - gdzieś  chyba w zakamarkach duszy, bo ciałem przecież nic nie czuł. Pojawił się moment, w którym stwierdził, że nawet robienie ciepła traci sens. Bo jakiż sens może mieć taka czynność, którą musiałby wykonywać do końca życia, wiedząc jednocześnie, że w każdej chwili może nie być zdolny nawet do jej wykonywania? Nastąpiło to dosyć szybko, bo już po sześciu dniach. Już po sześciu dniach nie potrafił rozpalić w piecu.

                                    Żona odprowadziła Misia na przystanek autobusowy. Musiała, bo sam nie pokonałby tego dystansu. Czekali w wieczornej, jesiennej mgle. We mgle przesuwały się też światła samochodów i Misiu apatycznie wodził za nimi wzrokiem. Pomagało mu to nie myśleć. Nie chciał myśleć, bo myślenie bolało.
          - Misiu, o czym myślisz? - zapytała żona, mocniej wtulając się pod jego łokieć.
      Maleńkie, drgające świetliki dopiero w ostatniej chwili okazywały się lampami samochodów. Właściwie dopiero wtedy, kiedy już było słychać warkot motorów. Mgłę przebijały coraz to dłuższe świetliste snopy, otulone mokrym, tajemniczym mrokiem. Jak na starych drzeworytach. Brakowało tylko ćmy.
          - Misiu, czy ty mnie słuchasz?
          - Tak, słyszę przecież.
          - Pytałam, o czym myślisz?
          - O niczym...
         Jeżeli o niczym, to nie ma co dalej pytać. Żona zamilkła na dłuższą chwilę. Potem jeszcze bliżej przysunęła się do niego i już nie pytała, tylko zaczęła pocieszać:
         - Misiu, zobaczysz, będzie dobrze. Posiedzisz trochę u rodziców, odpoczniesz... - urwała.                  Chyba też nie chciało jej się myśleć, albo wymyśliła, że to pocieszanie jest bezcelowe. Za dużo ostatnio tego było.
       Przed przystankiem dał się słyszeć klekot autobusowego dizla i otworzyły się drzwi z sykiem sprężonego powietrza. Żona przytuliła swoją twarz do twarzy Misia. Wszystko było zimne i mokre. I mgła, i autobus, i usta.
          - Będzie dobrze... - szepnęła jeszcze raz, już tylko dla zasady.
         - Będzie dobrze...  - Misiu   powtórzy  zupełnie bezmyślnie, bo nie myślał. Wszedł do autobusu i przetarł szybę. Na kei stała Żona i wydało mu się, że płacze. Nic to, tak to już jest być żoną marynarza. Nie po raz pierwszy i nie ostatni. Przecież wróci.
          Klekot dizla nabrał obrotów i statek odbił od kei, prosto we mgłę.



7 komentarzy:

  1. Jakaś skołowana jestem... mgłą!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziś Boże Narodzenie!
    Składam Ci najlepsze życzenia!
    BĄDŹ ZDROWY!
    Z resztą poradzisz sobie sam:)
    Miej marzenia, planuj i działaj.
    Ale od nowego roku 2012.
    Dodałem Twojego bloga do moich obserwowanych blogów.
    Do Siego Roku!
    Vojtek

    OdpowiedzUsuń
  3. He,he... vojtek - na tym małym awatarku wyglądasz jak święty Mikołaj. Dopiero z bliska zobaczyłem, że się do boju szykujesz :)
    Serdeczne dzięki i wzajemnie - choć po Świętach - wszystkiego najlepszego! Do Siego Roku!

    OdpowiedzUsuń
  4. Margo, pamiętam - jakieś trzydzieści lat temu - wychodziliśmy ze Szczecina na takim małym motor ship. Płock się nazywał. Mgła była taka, że w końcu inny statek w nas przydzwonił. To dopiero było skołowanie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję za komentarz. A i tak wszystkiego nie napisałem. Bo nie jestem anonimowy:)
    Jak Bandreasowa i powiedziałem, ze o nim napisałem i dałem fotkę z zasłoniętą twarzą to tylko powiedział: "a po co mi twarz zasłaniałeś? "
    I to cały Banderas:)

    OdpowiedzUsuń
  6. A jak przydzwonił, to długo dzwoniło? :P

    OdpowiedzUsuń
  7. O... jeszcze kilka dni. Dzwoniły młoty i palniki, ale w morzu. Załoga dała sobie radę. Natomiast ten drugi, który dziobem w nas przydzwonił, od razu popłynął do Parnicy.

    OdpowiedzUsuń