piątek, 3 lutego 2012

Najdłuższy rejs (14)


                                                                      Ojciec rozmawiał przez telefon chyba ze dwie godziny. Stał na korytarzu, mocno przyciskając słuchawkę do ucha, często pociągając nosem i od czasu do czasu powtarzając swoje: „tak, halo, tak, halo...” Misiu w tym czasie siedział w dużym pokoju, w dużym fotelu, naprzeciwko telewizora. Spoglądał na szklany ekran szklanym wzrokiem i wyglądało na to, że nic do niego nie dociera. Był jakby w półśnie i w uszach wciąż brzęczały mu słowa, które przedtem usłyszał z ust Ojca, a najbardziej pytanie: „czego właściwie się boisz?”. Nie potrafił odpowiedzieć i w zasadzie był pewny, że nigdy nie pozna na to odpowiedzi. Miał pod sobą kilka kilometrów oceanu i nie mógł sobie wyobrazić, jakie macki z niego wyjdą, żeby złapać za kark i wciągnąć w głębiny. Czuł ich obecność, gotowość do ataku przy najbliższej okazji. Irracjonalne łaskotanie gdzieś w zakamarkach duszy było jak pewność, że ktoś się bezszelestnie skrada za plecami, jak cień od ulicznej latarni, w deszczową noc. Noc była sztormowa i był kompletny blackout. Statek ustawiała dziobem do fali dryfkotwa. Zatrzymało się serce statku, była awaria i nie tylko Misiu miał wrażenie, że coś okrąża bezsilną ofiarę. Wszyscy wsłuchiwali się w okrutne dźwięki żywiołu, w obawie, czy bezbronne blachy kadłuba nie ulegną presji oceanu. Słuchali i walczyli bez słów, w zrozumieniu, jak jeden mąż. Zakasali rękawy, żeby pokonać złośliwość rzeczy martwych i wskrzesić do życia niepokorną maszynę, działając wespół, jak mrówki w mrowisku, wedle starej prawdy: nec Hercules contra plures. I w końcu serce zaczęło bić. Popłynęli dalej, mocniejsi o brak lęku przed wytworami wyobraźni i tak jak się wspierali w czasie pracy, tak teraz mogli razem wypić piwo.
          Poszli pić piwo.
          Tylko Misiu został sam w fotelu, nie czując znikąd wsparcia.
        - Nie jesteś sam - słowa Ojca z wielkim trudem zaczęły się przeciskać przez szum morskiej kipieli. - Przecież ktoś z tobą pojedzie. Na tym oddziale prowadzą grupową psychoterapię, też dla takich jak ty, młodych zawałowców. Mówią, że mają sukcesy w leczeniu takich przypadków. Chociaż... Sam nie wiem, czy u ciebie przyniesie to jakiś skutek.



        Ciocia Wandzia była aniołem, ale miała też bardzo donośny głos na co dzień. Teraz jednak musiała przerosnąć samą siebie i wrzeszczała tak mocno, że z telefonicznej słuchawki było ją słychać aż w kuchni. I Misiu pierwszy raz w życiu usłyszał przeklinającego anioła:
     - Kurwa mać! - krzyczała. - Nigdy w życiu! Nigdy w życiu nie pozwolę wam zrobić z niego wariata!
    - Ale my... - Matka próbowała coś wytłumaczyć, jednak się nie dało.
   - Jutro porozmawiam z ordynatorem i załatwię mu miejsce w Szpitalu Wojewódzkim! - Ciocia Wandzia znała wszystkich ordynatorów, była przecież pielęgniarką. - Niech go przebadają z każdej strony, żeby wiedział, że jest całkiem zdrowy! Nie musi być wariatem!
       Misiu słuchał obojętnie. Było mu zupełnie wszystko jedno, czy jest wariatem, czy nie. Dał się ponieść fali oceanu i sam stwierdził, że to chyba najlepszy sposób żeby przetrwać. Właśnie: przetrwać. To natrętne słowo, nie wiadomo skąd i po co, przyczepiło się do jego mózgu, gdzieś po lewej stronie, w pobliżu ucha. Wciąż mu coś nakazywało, na granicy obsesji i w końcu zamienił się w plankton, całkowicie poddał się woli innych i gdzieś płynął, w niewiadomym kierunku, ale to go zupełnie nie interesowało. Wiedział jedynie, że musi przetrwać i ktoś, nieważne kto, mu w tym pomoże. Wychodziło na to, że teraz tym kimś chce zostać Ciocia Wandzia.