sobota, 21 lipca 2012

Bull





                       Misiu wyszedł na pokład szalupowy, bo stamtąd był dobry widok. Zbliżała się chwila odpłynięcia, a on lubił obserwować takie manewry. Holowniki czekały tylko na podniesienie trapu. O barierkę opierało się już kilka osób. Też lubili popatrzeć. Był tam motorek Rychu, był marynarz Wiesiek, był czwarty mechanik Leszek, a tuż przy zejściu na niższy pokład górował nad wszystkimi Second Engineer, Kazik.
          - Wiesz, Misiu, jest głupia sprawa. Nie możemy odpłynąć.
          - No? Nic nie wiem. Coś w maszynie piardło?
          - Można tak powiedzieć. Chief Engineer jest nieobecny.
          - Jak to? Nie rozumiem...
          - Po prostu. Bull nie wrócił.
        Misiu zaniemówił. Bull to starszy mechanik. Bull był także, jak morska wieść niesie, znany z różnych ekstrawaganckich poczynań. Mówią, że nawet kiedyś na koniu pod trap przygalopował. Biegł na statek, gdzieś w Nowym Porcie, bardzo spóźniony. Bał się, że nie zdąży na wyjście w morze, więc kiedy zobaczył furmankę, bez wahania odkupił konia od chłopa i pognał, na oklep.
        Tu jednak jest trochę inna sytuacja. Rio De Janeiro to ogromne miasto i Misiu nie mógł sobie przypomnieć, czy widział jakiegoś konia, nawet w tej portowej, naszpikowanej burdelami dzielnicy.
       Zawyła syrena. Wszyscy przy burcie podnieśli głowy, w kierunku mostka. A potem na dół. Marynarz zaczął się szykować do wciągania trapu.
          - Niezłe jaja. Chyba chcą go zostawić.
          - Na to się zanosi. Ale nie ma wyjścia, przecież holowniki kosztują.
       Second zbladł co nie co, bo uświadomił sobie, że teraz jemu cała maszyna przypadnie. W tym samym momencie z dołu doszedł do nich dźwięk windy trapu. No to już po ptakach, chief ma przejebane.
          - Bull ma przejebane - powiedział second.
          - Taak... Ale co się stało, do kurwy nędzy?
        Znowu dźwięk syreny, potem drugi, z holownika. Przez blachy kadłuba przeszedł dreszcz. To trzeci mechanik dał wajchą na rozruch. Wszystkie gary silnika głównego dostały potężnego kopa sprężonym powietrzem i śruba pod rufą zabełtała wodę.
          - No patrz, kurwa, oni naprawdę jadą.
      Prawie sto pięćdziesiąt metrów kadłuba drgnęło, jak cielsko jakiegoś ogromnego zwierza, obudzonego ze snu. I kiedy zdawało się być pewnym, że holownik obróci kadłub i pognają w morze, nagle ktoś wrzasnął:
          - Idzie! Patrzcie, idzie!
       Prawdę mówiąc trudno powiedzieć, czy słowo "idzie" było tu dobrze zastosowane. Masywne cielsko Bull'a toczyło się raczej jak jakaś kopnięta, zeschła kupa. Toczyło się z dosyć dużą prędkością, dzięki której ruch ten spokojnie można było zaliczyć do biegania, a nie chodzenia.
       Oczywiście było „maszyna stop” i „trap na dół”. Starszy mechanik, mocno zdyszany, wgramolił się na pokład.

                          W mesie oficerskiej było niezłe zgromadzenie. Bull, jak zwykle, siedział na swoim miejscu, na kanapie, przy karcianym stoliku. Jego potężne bary podrygiwały w trakcie nerwowej gestykulacji, a masywny łeb miał pochylony, jakby do ataku. Brakowało jedynie byczych rogów, żeby w pełni wyrazić dramatyzm sytuacji.
       - No więc, panowie, to było coś niespotykanego. Nigdy nie przypuszczałem, że dam się w takie gówno wepchnąć. - Odsapnął chwilę, podnosząc głowę. Zaraz jednak znowu opuścił, jakby zobaczył czerwoną płachtę. - Tyle razy byłem w tym Florida Bar i nigdy nie wpadłem na transwestytę. Pedał pierdolony. Wyglądał jak niezła dupa, więc poszliśmy do jakiegoś hotelu. Ciemno było i z początku było nieźle. Już nawet portki ściągnąłem, potem na nią i nagle coś mi nie gra. W wiadomym miejscu coś, kurwa, sterczy. Chuj pierdolony. I wtedy ja - jak mu nie przypierdolę! A wiecie wszyscy, że mam korbę w łapie. No a w tym hotelu, wiadomo, ściany papierowe. Więc jak mu z prawego jebnąłem to, pedał pierdolony, przez ścianę na ulicę wyleciał. Się taka draka zrobiła, że skurwysyny gliniarze przyjechali i mnie zwinęli. No i do rana mnie trzymali. Ot, i cała historia. Wam, młodym, ku przestrodze.
        Wszyscy słuchali z niedowierzaniem i kiedy Bull skończył, zrobiło się cicho. Ale tylko na sekundę, bo w końcu nikt nie mógł wytrzymać i mesa wypełniła się gromkim śmiechem.
        Jedynie Jasiu Praktykant się nie śmiał. Siedział pod telewizorem i potrząsając w swoim nerwowym tiku głową, powtarzał swoje ulubione pytanie:
           - Po chuj to? Po chuj to? Po ch...




4 komentarze:

  1. Hej Misiu!
    Podobne widoki to ja będę miał.
    Bo się wybieram do Amsterdamu:)
    Mam zamiar dokładnie poznać to miasto!
    A pozdrawiam z Mazowsza:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Niezła historia, jak z filmu :) Poprawiłeś mi humor...

    OdpowiedzUsuń
  3. Michale!
    Fajnie, ze wpadłeś. Dzięki. U nas bardo gorąco!
    +35 stopni Celsjusza.
    Ale byłem na zakupach
    A wieczorkiem to z domu wyjdę.
    Pozdrawiam serdecznie
    Vojtek

    OdpowiedzUsuń