czwartek, 12 lipca 2012

Lachiw rizat, czyli dlaczego Jadzia przestała lubić bób (2)




                Wszystkie dzieci siedziały już na wozie, który stał wśród innych wozów i w każdej chwili można było się spodziewać, że konwój ruszy. Czesiek rozpychał się łokciami, bo z obu stron na ławce miał siostry. Babcia jeszcze się wspinała po kole, mamusia tuż za nią czekała na swoją kolej, a tatuś kuśtykał od strony domu, niosąc jeszcze coś pod pachą. I wtedy Jadzia uświadomiła sobie, że nigdzie nie widzi swojego obrazka, pamiątki pierwszej komunii. Zerwała się z ławki i krzyknęła do mamusi:
         - Nie ma mojego obrazka?!
         - Siadaj. Jest gdzieś na pewno, pod spodem. Siadaj, bo już ruszamy.
         - Ja muszę sprawdzić. - Jadzia nie dała za wygraną i zeskoczyła z wozu. - Zaraz wracam.
        - Stój, a ty dokąd? - Tatuś wyciągnął rękę, żeby ją zatrzymać, ale się wywinęła. - Zaraz ruszamy!
         - Tak, wiem. Zdążę!
       I rzeczywiście, po chwili biegła z powrotem ze swoim ukochanym obrazkiem w dłoni. Biegła coraz szybciej w stronę wozu, który już posuwał się, bo cały konwój ruszył i nie można było blokować drogi. Była pewna, że dogoni, bo cóż to takiego dogonić konny wóz? Mamusia wołała do niej, a wyciągnięte ramię, które miało pomóc Jadzi wspiąć się na wóz, było coraz bardziej wyraziste w nikłym poblasku świtu, a może czegoś innego, bo światło widać było nie tylko tam, gdzie normalnie wstaje słońce, a lekki wiatr przyganiał zewsząd jakiś taki swąd, jakby ktoś palił ognisko. Na nocnym jeszcze przecież niebie mieszały się barwy blado-szarej jutrzenki z jakąś dziwną, ponurą czerwienią, powodując, że wszystko stawało się nie z tej ziemi, a dla Jadzi zupełnie nieznane i groźne. Ale nic to. Za chwilę dotknie dłoni mamusi i będzie bezpieczna.

          I wtedy stało się coś strasznego. Stało się nagle, chociaż można było to przewidzieć, bo ta ponura czerwień o świcie nie wróżyła nic dobrego. Jednocześnie z wielu stron, tak się przynajmniej zdawało, zaczęło dochodzić przeraźliwe wołanie, tak okrutne, że Jadzia od razu wiedziała że zapamięta je do końca swojego życia. Zaczęło się od przeciągłego: „uraaaaaaa...!!!”, a zaraz potem: „rizat lachiw!!!”. Wśród wozów zrobił się wielki popłoch, wszystkie jak na komendę zaczęły gnać w tempie dotąd niespotykanym, i po chwili nie było odwrotu.
       - Jadziu...! - wołała mamusia nawet wtedy, kiedy już było pewne, że Jadzia nie dogoni wozu.
      - Mamusiu...! - Jadzia też wołała, zrozpaczona i zrezygnowana. W końcu całkiem rozłożyła ręce, zatrzymała się i stała tak długo, aż kurz opadł z powrotem na drogę. I wtedy całkiem blisko usłyszała strzały, i znowu te straszne okrzyki: „rizat lachiw!”. W półmroku, całkiem niedaleko zobaczyła wujka Stacha, jak przeskakiwał przez rów, ciągnąc za rękę swoją narzeczoną. Bez wahania też pobiegła w stronę rowu. Przeskakując zgubiła jeden sandałek. W odruchu pełnym żalu, który wycisnął łzy z jej oczu, chciała zawrócić, bo to przecież była Tatusia robota. Jednak, kiedy znowu usłyszała strzały, zrzuciła drugi sandałek i pobiegła dalej, przez łąkę, w stronę lasu. Biegła w wielkim strachu, często potykając się o kępy trawy. Raz nawet się przewróciła. Do lasu było już blisko i całe szczęście, bo stawało się całkiem widno. Wszystkie szczegóły świata, chociaż jeszcze lekko szarawe, były już całkiem widoczne. Dlatego też nagle całkiem bez trudu Jadzia dostrzegła coś tak strasznego, że na dłuższą chwilę  znieruchomiała, zupełnie jak sparaliżowana. Nie miała pojęcia, co ma zrobić. Na trawie dogorywało  niemowlę.  Było całe zakrwawione i kwiliło, tuląc się do swojej mamusi, która leżała na plecach i nie miała piersi. Były odcięte, a w ich miejscu straszyły poszarpane, krwiste rany. Brzuch też był rozcięty, od pępka aż po nagie krocze, i wyłaziły z niego jeszcze pulsujące flaki.
           - Chodź, Jadziu - Ktoś nagle złapał ją za rączkę. - Musimy uciekać...
Jadzia podniosła głowę. Narzeczona wujka Stacha była skulona ze strachu.  Bała się gwizdu kul i coraz bliższych przeraźliwych wrzasków. Mocno trzymając się za ręce pognały w stronę lasu.

                                                                                                                                         (cdn)

3 komentarze:

  1. Dlaczego na myśl przywodzi mi Malowany Ptak Kosińskiego? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zastygłam w przerażeniu, mam nadzieję, że nigdy nie dożyję takich czasów...

    OdpowiedzUsuń
  3. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń