niedziela, 30 czerwca 2013

Lachiw rizat, czyli dlaczego Jadzia przestała lubić bób (3)

 Lachiw rizat, czyli dlaczego Jadzia przestała lubić bób - cz. 1

   
                          Na zdjęciu Jadzia - pierwsza od prawej
             Wielkie drzewa dają poczucie bezpieczeństwa. Dają ciepło i schronienie przed deszczem, przed słońcem, i w ogóle chyba przed wszystkim. Pod ogromnym świerkiem zebrało się sporo ludzi i było jakoś raźniej, bo wszyscy, chociaż wciąż dyszeli po szybkim biegu, raczej wyglądali na spokojnych, mimo dobiegających z oddali wystrzałów. Jadzia przycupnęła na ściółce przy samym pniu, na plecach czując żywiczny dotyk kory. Wciąż wydawało jej się, że do piersi przyciska swój ukochany obrazek, po który musiała wrócić, i przez który wszystko się tak bardzo skomplikowało, a przecież zgubiła go gdzieś tam, przy rowie, gdzie zostawiła też swoje sandałki. Ostatnio zdarzyło się jej bywać w coraz to dziwniejszych sytuacjach. Popatrzyła wokół, przez gęstwę ludzkich nóg. Kilka kroków na prawo z radosnym zdumieniem zobaczyła swojego śmiesznego kuzyna, który mieszkał w sąsiedniej wsi i często u nich bywał, a jak bywał, to uwielbiał przebierać się za księdza. Jadzia go lubiła i lubiła te jego zabawy, jednak teraz była tak bardzo zmęczona, że wolała pozostać sobie przy pniu świerka i spokojnie czekać na coś, co będzie dalej. Dorośli coś wymyślą, bo przecież nie można wciąż siedzieć pod drzewem.
         Dorośli szeptali między sobą, bardzo delikatnie i cicho. I nikt nie musiał ogłaszać, że trzeba być cicho. Wszyscy o tym wiedzieli, nawet Jadzia, bo tak trzeba, jak coś złego jest blisko. Między korony drzew wciskał się już normalny dzień, wypierając szarość promieniami porannego słońca. Narzeczona wujka Stacha złapała Jadzię za rękę i poszli, wszyscy razem, kilkanaście osób. Cały dzień wędrowali przez lasy, a raczej skradali się, uważając, żeby nikt ich nie zauważył. Wszyscy wciąż porozumiewali się tylko szeptem i z tego szeptu Jadzi udało się co nieco wyłowić: szli do jakiegoś dużego miasta, które nazywa się Sarny.
          Późnym popołudniem wszyscy byli bardzo zmęczeni i głodni, i rozglądali się po lesie w poszukiwaniu miejsca, gdzie dałoby się odpocząć, a najlepiej gdzie dałoby się coś zjeść. I wtedy usłyszeli krowy. Krowy jak są niewydojone, to strasznie ryczą. Jadzia wiedziała o tym, bo tak nieraz mówili starsi. Widocznie krowom jest ciężko w takiej sytuacji i w swoim języku rozpaczliwie wołają o pomoc. A jak ryczą niewydojone krowy, to może być znak, że w pobliżu nie ma ludzi, że jest wieś, z której wszyscy sobie gdzieś poszli albo uciekli. Ciekawe, czy w takiej wsi jest coś do jedzenia? Zmęczeni i głodni dotarli do skraju lasu. Krowy nie kłamały. Wieś przycupnięta u stóp drzew wyglądała na opuszczoną, chociaż trudno było pozbyć się wrażenia, że ktoś z ukrycia ich obserwuje. Już w najbliższym ogródku dostrzegli jabłonie, których gałęzie zachęcająco wychylały się sporo za drewniane sztachety płotu. Z gałęzi zwisało mnóstwo dorodnych owoców. Nie były jeszcze w pełni dojrzałe, z pewnością jednak potrafiły ugasić głód i pragnienie. Wszyscy wyciągnęli ręce i zaczęli zrywać. Wszyscy oprócz Jadzi. Jadzia podskakiwała, odbijając się jak tylko mogła bosymi stopami od trawiastego podłoża, jednak nie zdołała uchwycić żadnego jabłka. I wtedy coś w niej pękło. Cała okrutna rozpacz dziewięcioletniego dziecka, wzmocniona głodem i ciągłym strachem, i tęsknotą do nagle utraconej rodziny, rozpacz dziewczynki, która - w tak krótkim czasie przecież - tak dużo się nauczyła, musiała w końcu odnaleźć gdzieś ujście. Jadzia zaczęła głośno, wbrew panującemu w tej grupie prawu, głośno krzyczeć: „ja też chcę, ja też chcę jabłko, ale nie mogę dosięgnąć!” I mogłaby jeszcze tak dalej, gdyby nie jakiś pan, który wykazał się dobrym refleksem i szybko zakrył jej usta dłonią, szepcząc do ucha: „ciii...” Jadzia opamiętała się i zaraz potem, w nagrodę, dostała swoje upragnione jabłko.
         Wędrowanie przez las bez sandałków nie było przyjemne. Najgorsze były stare szyszki i połamane, ostre patyki. Doszło do tego, że narzeczona wujka Stacha próbowała brać Jadzię na plecy, jednak długo tak się nie dało, bo Jadzia już swoje ważyła. Więc tak po trochu, raz tak, raz tak, przedzierali się, wciąż w tym samym kierunku. Po drodze zdarzyło im się chyba ze trzy razy spotkać inne niedobitki, uciekinierów przed złem z innych wiosek, więc grupa się powiększyła i Jadzi wydało się, że jest trochę raźniej. Nocą też długo szli, ale w końcu ktoś zdecydował, że muszą się przespać. Jadzia była bardzo zmęczona, tak bardzo, że nawet zasnąć nie mogła. Rozmyślała. Zdawało się, że to mogły być takie ciekawe wakacje, tyle atrakcji, ale żeby aż tak? Wszystko tak bardzo się skomplikowało. To już nie były żarty i Jadzia poczuła dziwną pewność, że więcej nigdy nie zobaczy swojego domu. Zrobiło jej się bardzo smutno i nawet jak już zasypiała, to nie mogła zasnąć pełnym snem. Popadła w stan drzemki, przeplatanej obrazami z niedalekiej przeszłości. Bardzo lubiła rodzinny dom, chociaż nieduży, skromny, z dachem pokrytym tylko papą. Stał w ogrodzie pełnym kwiatów i warzyw, kwitnących wiśni i mamusi, krzątającej się wśród klombów i grządek, i pachnącego krochmalem prania, rozwieszonego na linkach.
     Tatuś był szewcem. Bardzo też kochał konie, które były tuż obok, w gospodarstwie babci. Dziadek Adam umarł, więc teraz tatuś pomagał babci je doglądać. Tatuś marzył o tym, żeby dach domu pokryć blachą. W izbie, przy oknie na podwórze stał stół, w którego szufladzie były magiczne narzędzia. Jakieś noże, szpikulce, młotki, kowadełka i dratwa. Dratwę tatuś smarował woskiem, a potem przetykał przez otwory w grubej skórze i wiązał w mocny ścieg. I potem wszyscy mówili, że zrobione przez niego buty są niezniszczalne. Co tydzień Jadzia lubiła pomagać tatusiowi przy liczeniu zarobionych pieniędzy. Był to swoisty rytuał, podczas którego najładniejsze, srebrne monety, takie z głową jakiegoś pana z wielkimi wąsami, albo z głową anioła chyba, bo w aureoli zrobionej z kłosów zboża, były odkładane na bok. Następnie tatuś wkładał je do blaszanej puszki po cukierkach, którą zaraz potem Jadzia z dumą niosła na strych, do schowka w kominie. Wiedziała, że są to pieniądze, które tatuś zbiera na kupno blachy do pokrycia dachu. Jakiś wielki żal ścisnął Jadzi serduszko, a w brzuchu coś zaczęło nieprzyjemnie łaskotać. Ciekawe, co z tym będzie? Co się stało z puszką po cukierkach? A konie? No właśnie, gdzie się podziały konie babci? Przecież do wozu były zaprzęgnięte tylko dwa... Takich i mnóstwo innych pytań przewijało się jeszcze długo przez Jadzi główkę, a pod jej powiekami przemykały obrazy jak w kalejdoskopie, raz w prawo, raz w lewo, coraz to szybciej i szybciej, aż w końcu na dobre zasnęła.
       Wędrowali jeszcze dwa dni, przeważnie przedzierając się przez lasy. Po drodze spotykali opuszczone wioski, czasami też bardzo przestraszonych ludzi. Przez dwie następne noce Jadzia też nie mogła zasnąć, potwornie zmęczona po całodziennym skradaniu się w kierunku Sarn. Z natłoku wspomnień w jej głowie układały się co raz to nowe obrazy, przeważnie w formie sennych marzeń, a w chwilach przebudzenia po policzkach spływał wielki żal. Miała już pewność, że te wszystkie miejsca, które były całą radością jej dzieciństwa, należą do przeszłości. Nigdy do nich nie wróci. Nie będzie więcej biegać za tatusiem po ścieżynce przez pole kartofli, do koni w stajni u babci, żeby je czesać, ani nie będzie chodzić za krowami na łąkę. Nie będzie biegać na drugą stronę, za płot, do ludzi którzy nazywali się Żydzi i których bardzo lubiła. Biegała tam w każdą sobotę, żeby zapalić zapałką świeczki do kolacji, bo oni mówili, że u nich tego dnia jest szabas i nie mogą tego robić. Jadzia nie wiedziała dlaczego, ale lubiła to robić, zwłaszcza że zawsze coś jej za to dawali. Z chłopakiem od Żydów, troszkę starszym od Jadzi, często robili przez płot handel wymienny. On prosił Jadzię o dojrzały kwiat słonecznika, a w zamian dawał jej coś, co się nazywało maca. Jadzia była bardzo zadowolona, bo to był dla niej kawałek innego świata. Zadaniem Jadzi było też roznoszenie nareperowanych przez tatusia butów. I to też z pewnością należy do przeszłości, a szkoda - tak bardzo Jadzia to lubiła. Odbierała od klientów zapłatę i z radością wracała do domu. Jedynie do tej pani, która mieszkała pod Słonym Błotem nie lubiła chodzić. Ta pani też nazywała się Żydówka, ale miała zeza i Jadzia strasznie się tego bała. Zawsze jak tylko dała jej buty, od razu odwracała się i uciekała do domu. Tatuś się potem denerwował, a Jadzia i tak musiała iść tam jeszcze raz po zapłatę.
       Ostatniej nocy, kiedy już prawie spała, do jej uszu dotarł czyjś urywany szept, z którego Jadzia wyłowiła coś strasznego. A wydawało się jej, że nie może być nic bardziej strasznego od tego, co już zobaczyła - od martwej kobiety i płaczącego dziecka. Słuchała o kimś, kogo znała. I może dlatego było to dla niej bardziej namacalne, chociaż tego nie widziała. Strzępki zdań złożyły się w całość:
       Zginęły dwie Konwerskie, córki Konwerskiego. Mieszkały naprzeciwko, po drugiej stronie drogi. Biegły do szkoły, żeby się tam schronić, ale było za późno. Biegły przez pole - właśnie to pole, które było między domem Jadzi rodziców, a domem babci. Tam rosły kartofle, ale dalej także pszenica. Lodzia, Jadzi rówieśniczka, zdążyła się schować w zbożu, ale dwie pozostałe nie zdążyły. Jedną zamordowali na miejscu, a drugą strasznie pocięli nożami i czym się dało, gardło miała podcięte, ale jeszcze żyła. Ich matka, też poraniona, przybiegła jakoś z boku, kiedy ci źli już poszli, zaciągnęła córkę do domu, w którym mieszkała babcia Jadzi i tam robiła jej opatrunki, starała się ratować, ale córka prosiła: „uciekaj, bo i tak już ze mnie nic nie będzie”. I rzeczywiście zaraz potem zmarła. Lodzia z mamą zdołały dogonić konwój. I teraz Jadzia zastanawiała się, czy jeszcze kiedyś będzie się tak ładnie bawić z Lodzią, jak dotychczas.
      Ostatniego dnia Jadzia była już tak bardzo zmęczona, niewyspana i głodna, że właściwie było jej wszystko jedno. Szła w grupie jak w letargu, może nawet przysypiając po trochu, a w głowie jej się kręciło, zupełnie jak na tym kieracie u dziadka Adama. U dziadka Adama był duży sad śliwkowy, duża stodoła, no i kierat właśnie - takie urządzenie, gdzie konie, zaprzęgnięte do długiego dyszla, chodziły w kółko, a oni lubili na to patrzeć, ale też siadać, chociaż dziadek Adam ich odganiał.
    Kiedy to wreszcie się skończy, ten marsz? Ktoś powiedział, że już niedaleko. Jadzia, chociaż ledwo powłóczyła nóżkami, była dzielna i szła cierpliwie, jak zawsze, kiedy na coś trzeba było czekać. Wiedziała, że ostatecznie będzie nagroda. Zupełnie jak u stryjka Antoniego, który był fryzjerem i pierwszy miał radio, takie na słuchawki, i długo musieli wystawać w kolejce, żeby sobie posłuchać.
       Wyszli z lasu i zobaczyli domy, ogrody i całą masę ludzi, którzy siedzieli na trawnikach i gdzie było można. Wszyscy wyglądali na przerażonych i zszokowanych, a kiedy zobaczyli, że od lasu idzie nowa grupa, zrobiło się poruszenie i wypatrywali, jakby kogoś szukając. Ale ludzie, z którymi szła Jadzia, na razie mieli coś innego na głowie. Byli tak bardzo głodni, że zaczęli wpadać do ogrodów i jeść, co się tylko dało. Jadzia zauważyła bób na grządkach. Jego strąki były na tyle napęczniałe, że łatwo dawały się otwierać. Jadła i jadła dorodne, zielone ziarna, i nic to, że nie były w pełni dojrzałe i surowe. Jadła do momentu, kiedy poczuła się najedzona, a raczej poczuła, że ma pełny brzuszek. Wtedy też usłyszała za plecami: „i ty ocalałaś...?” Tuż za nią stała ciotka Stacha, siostra wujka Stacha. Zabrała Jadzię mówiąc, że pójdą do ludzi, którzy pomagają i dają schronienie. Po drodze jeszcze ktoś z jakiegoś ogrodu dał Jadzi wiśni. Ale dużo już Jadzia nie mogła zjeść. Czuła, że zaczyna się robić coś niedobrego z jej brzuchem, ale dokładnie nie wiedziała co. Wieczorem dowiedziała się w pełni, co to takiego. Bardzo rozbolał ją brzuszek i miała straszne rozwolnienie. Dowiedziała się także, że surowy bób to jest coś okropnego i od tamtej pory nawet na sam jego widok bierze ją na mdłości.



                                                 ***