piątek, 28 października 2011

Najdłuższy rejs (6)




                       Żona często przychodziła późnym wieczorem, przeważnie w towarzystwie żony Kaczora. I Misiu pytał wtedy, za każdym razem tak samo:
                 - Dlaczego Kaczor nie chce mnie odwiedzać?
            - Kaczor  cię pozdrawia,  ale  on  tu  nie przyjdzie. On  czuje się bezradny w takich sytuacjach, a to miejsce go przeraża. - odpowiadała Alicja niezmiennie. Alicja całowała Misia tak samo jak Żona. Jej usta były tak samo gorące, a może nawet jeszcze bardziej, co Misiowi specjalnie się nie podobało. Chociaż, z drugiej strony, nabierał w tych sytuacjach pewności, że obawy Żony co do jego potencji są zupełnie nieuzasadnione.
         Alicja przynosiła blaszane puszki z kompotem z owoców liczi, który Misiu uwielbiał. Najpierw wypijał sok o smaku takim sobie. Wypijał w pośpiechu, żeby jak najszybciej dotrzeć do sedna. Potem, przymykając oczy, delektował się już tylko miąższem owoców, przytrzymując na języku subtelne, słodko-kwaśne orzeźwienie. I dałby głowę, że powietrze, wpadające przez uchylone okno, przynosiła bryza prosto z Bombaju. Orzeźwiające, ale też doprawione zapachem wielkiego miasta i zapachem makuchów, na których załadunek czekali już miesiąc, na redzie.
             Mniej  więcej  w połowie  drugiego  tygodnia Alicja włożyła do szuflady w metalowej szafce garść monet.
          - To na telefon - powiedziała. - Kiedy już cię przeniosą na internę, będziesz mógł dzwonić. Tam na korytarzu jest automat.
            - Dzięki, ale przecież... - Misiu był bardzo zaskoczony. - Dlaczego to robisz?
            - Wiem... Potrafię sobie wyobrazić, jaki czujesz się tu samotny, szczególnie wieczorami. Dzwoń, kiedy tylko będziesz chciał pogadać.
 
                              Dwa tygodnie na łóżku o specjalnej konstrukcji. Elektryczne siłowniki wydając jękliwe dźwięki czyniły z legowiska robota, a materac przyjmował kształt idealnie dopasowany do potrzeb kręgosłupa. Zabawa przyciskami sterującymi była niezłą frajdą. Szukanie najwygodniejszej pozycji do poczytania i zaśnięcia tuż potem nabierało cech wieczornego rytuału. Misiu odsuwał książkę, a sam układał się lekko na boku, w stronę okna. Pod zamkniętymi powiekami, pośród resztek tańczących powidoków, pojawiało się pytanie: "Jak długo jeszcze?" Potem zasypiał.
          Nie wiedział w której był fazie snu, kiedy szarpanie za ramię przyśpieszyło bicie jego serca. Otworzył oczy prosto w blask świetlnej kuli na suficie.
            - Panie Misiu, wygląda na to, że pan tu jest w najlepszym stanie. Musimy pana wyrzucić na internę, bo nie mamy miejsca dla pacjenta z zawałem. - Doktor Brzózka silił się na uśmiech. - Szafkę zawieziemy za panem, niech pan nic nie wyjmuje. Musimy się śpieszyć.
          Tej nocy Misiu już prawie nie spał. Został obudzony zbyt brutalnie. Nowe łóżko było bardzo nieprzyjazne i nie pomagał tu fakt, że stało w pokoju samotnie. Drugie na pewno się popsuło i gdzieś wywieźli, bo miejsce przecież było. Natomiast ulokowanie pokoju napawało optymizmem. Podmuch powietrza z pobliskiej klatki schodowej wypierał nieprzyjemne zapachy.
            Około czwartej nad ranem włożył szlafrok i wyszedł z pokoju. Tuż przy drzwiach wisiał telefon na monety. Patrzył teraz na korytarz oddziału internistycznego z drugiego końca. Ciekawe - stąd wydawał się dłuższy. Może dlatego, że dalej było do dyżurki pielęgniarek. I dziki skowyt umierającego człowieka nie był taki donośny. Zaczął spacerować, kilkakrotnie pokonując drogę od telefonu do dyżurki. Z ciekawości zaglądał do wszystkich pomieszczeń o uchylonych drzwiach. Poznawał zaplecze oddziału. Pielęgniarki w dyżurce spały.
         Z zadowoleniem stwierdził, że jego kondycja się poprawiła. Mógł chodzić szybkim krokiem bez zadyszki. Czuł się młody, wypoczęty i oczyszczony. Kiedy kładł się do łóżka, wschodzące słońce rykoszetem rozświetlało fragment ściany nad umywalką.

                       To już ostatni zastrzyk. Poranne niebo łopotało w oknie, jak błękitna ścierka na sznurku jeszcze lekko wilgotna od rosy. Położył się na brzuchu i odsłonił lewy półdupek.
             - To już ostatni zastrzyk, panie Misiu. - Poczuł jak igła wwierca się w mięsień pośladka. - Jeszcze kilka dni i do domciu. Jest pan już zdrowy. - Pogodny głos pielęgniarki był dopełnieniem słonecznego blasku za oknem. Zwinęła waciki i inne akcesoria na tacę, i poszła sobie z uśmiechem na stałe przyklejonym do twarzy.
          Misiu czuł się tak samo rześki, jak przed tym krótkim spaniem. Wstał błyskawicznie, jakby motorzysta go budził na wachtę. Zdjął górę piżamy i podbiegł do umywalki. Napinając pierś próbował zmyć ślady po elektrodach. Wypłukał to, co miał pod pachami i przeszedł do mycia twarzy. Zimna woda jeszcze bardziej go orzeźwiła. Szorował ręcznikiem swoje mięśnie z tak wielką energią, że z opóźnieniem poczuł jak miękną mu nogi. Chyba dopiero wtedy, kiedy odgłosy szpitala zaczęły ulegać dziwnym deformacjom. Jakby przefiltrowane, bez basów, metaliczne, jak z filmu sci-fi. I coraz bardziej się ddalały.
             Powoli otwierał oczy. Czuł, że czyjaś dłoń klepie go po twarzy. Leżał na plecach, a jego palce kurczowo ściskały przycisk na końcu kabla, zwisającego ze ściany. Dzwonek wciąż dzwonił gdzieś na korytarzu.
         - Może pan już przestać dzwonić. - W głosie doktora Brzózki dało się wyczuć resztki zdenerwowania. - To nic takiego, to nie była zapaść. Tak się czasem zdarza przy penicylinie. Musiała dziewczyna w naczynie trafić.
           Wokół łóżka stały też trzy pielęgniarki. Były jakby przestraszone, a najstarsza wściekała się na najmłodszą, robiąc zarzuty:
- Jak można, tak od razu, zostawić pacjenta po zastrzyku..?
           Misiu i tak nie uwierzył doktorowi Brzózce. Był przekonany, że to następny zawał. Jego mięśnie drżały jeszcze długo i do tego poczuł coś jeszcze. Coś, co dotychczas było mu obce. Dziwne uczucie, zupełnie irracjonalne, nie poddające się żadnym perswazjom doktora Brzózki.

                                    Lęk tego dnia nie pozwolił mu wstać z łóżka. Nie był w stanie zaufać nawet Czerwononosej, która, kiedy przyszła do niego w trakcie obchodu, już o wszystkim wiedziała. Wieczorem przełamał się i doszedł do telefonu. Kilka metrów pokonał z wielkim wysiłkiem. Kiedy wykręcał numer do Alicji, jego nogi drżały jak po długim dystansie. Lubił rozmawiać z Alicją, a teraz jeszcze bardziej lubił, bo jej głos uspokajał. Do łóżka wrócił na mocniejszych nogach. Przed spaniem połknął różową tabletkę, którą przyniosła pielęgniarka.

                                        Rano, przed śniadaniem, przenieśli go do sali bliżej dyżurki. Nie był już sam i czuł się bezpieczniej. Powoli nabierał przekonania, że powinien uwierzyć wszystkim, którzy mówili, że nic się nie stało. Leżał na łóżku między umywalką a Półgębkiem - po udarze chyba, bo właściwie tylko połowa jego ciała była aktywna i mówił tylko półgębkiem. Dalej, pod oknem, leżał Paluch - nie wiadomo po czym, ale bezustannie skarżył się na wrastający paznokieć u palucha i kość od kurczaka, która utkwiła mu w gardle. Obaj, starsi panowie, wciąż zajęci byli ożywioną konwersacją na pograniczu kłótni.
        - Oni nie mają pojęcia. Żaden nie zauważył, że mam kość w gardle. Ja bym ich wszystkich... Konowały jedne...
            - Głupoty gadasz. Laryngolog na pewno by zauważył. Może masz urojenia? Na mózg ci chyba padło...
            - Komu padło, temu padło.
Półgębek spurpurowiał ze złości:
            - Tylko na pół gęby i nogę... i rękę. Ale uważaj, bo lewą mogę przypierdolić.
Misia zignorowali, choć na głośne dzień dobry odpowiedzieli. Widać był dla nich za młody. Nie dorósł do poziomu dyskusji.









czwartek, 6 października 2011

Misiu i Małgorzata (3)




          Dworcowa hala przytłaczała swoim ogromem. Misiu, choć wyprostowany marynarskim mundurem, z głową podniesioną pod białym deklem czapki, poczuł się karłem. Na ułamek sekundy popadł w stan nostalgii i dokładnie poczuł, że jest w samym środku, na skrzyżowaniu wędrówek ludów. W miejscu odjazdów i powrotów, odjazdów na stałe i na chwilę, radosnych powitań i łez pożegnania. Musi stąd odejść, to nie jest dobre miejsce na czekanie. Z ogromnych, półkolistych okien patrzyły na niego czarne źrenice nocy. Hala była prawie pusta. Przy wyjściu na perony tańczyła miotła, ożywiona przez silne dłonie sprzątaczki, a okienka kasowe przypominały martwe oczy antycznych figur z kamienia. Czekały na falę podróżnych, która w porannym przypływie zmyje z nich bielmo. Poszedł w stronę miasta. Stukanie mundurowych obcasów eksplodowało echem pod samo sklepienie.


          Metropolia zapadła już w głęboki sen, a nad czasem jego trwania delikatną poświatą czterech tarcz czuwał zegar, z wysokości bajkowej wieży, z bajki napisanej w czasach renesansu. Wskazówki sięgały godziny drugiej. Tuż obok, w mroku, zastygły wielkie skrzydła. Rozpostarte jakby do lotu, lecz dźwigające koło zamiast ptaka. Deutsche Reichsbahn.
          Misiu spacerował wokół pięknej architektury, nie oddalał się jednak zbytnio. Majowa noc nie była zbyt ciepła, pomyślał o drzemce w dworcowej poczekalni. Na postoju w taksówkach taksówkarze też drzemali. Śniło im się, że głos z megafonu zapowiada nadjeżdżający pociąg.
         - Marynarzu, kopsnij szluga. - Misiu  wzdrygnął  się  na dźwięk  chrapliwego głosu. Zmęczona kurwa miała błagalny wzrok. Paczkę philip morrisów kupił dla szpanu, żeby zabłysnąć następnego dnia. Kiedy przypalał, zobaczył w blasku ognia, jak błaganie zamienia się we wdzięczność.
          - Zimno... - Głębokie sztachnięcie i fala dreszczu przemknęła całą długością jej ciała. - Może chcesz się ugrzać, marynarzu? Ładny jesteś...
            - Nie. Dzięki. Dam sobie radę.
            - Niech Pan Bóg ci w dzieciach wynagrodzi.
          Poszła w stronę taksówki. Misiu odprowadził ją wzrokiem i pomyślał, że z tyłu wygląda jak bezpański pies, skulony z zimna.

              Na dworzec wrócił od strony peronów kolejki miejskiej. Przy samym wejściu był czynny bar. Pijąc herbatę spalił dwa papierosy. Rozmyślał nad planem, który zrodził się tak spontanicznie w jego głowie. Gienek od razu przyklasnął, może dlatego, że ma teraz wolny pokój, tylko dla siebie. Co i tak nic nie zmieniało, bo Misiu podjął decyzję nieodwołalnie. O dziewiątej na parkingu przed zamkiem będzie stał autobus. W autobusie będzie ona. Żeby zdążyć, musi wyjechać stąd o siódmej. Nie znalazł innej możliwości. Dlatego woli kiblować tu całą noc, bo z akademika na pewno by nie zdążył. Ale to będzie niespodzianka!
      W poczekalni zastał tłum ludzi. Ledwo znalazł wolne miejsce na ławce z twardych, dębowych listew. Czapkę przycisnął do brzucha, żeby nie zgubić kiedy głowa mu opadnie. W przerywanym półśnie bardziej czuwał, niż wypoczywał. Nie chciał przespać pociągu.
        O szóstej otworzył oczy na dobre. Już czas. O dziwo czuł się rześko. Zszedł do piwnic dworca w poszukiwaniu toalety. Przy pisuarach urzędował już jakiś zbok, waląc konia. Misiu z obrzydzeniem zamknął się w kabinie. Kiedy spuszczał wodę, spośród mnogości napisów na ścianie jeden przykuł jego uwagę: patrz w prawo. Popatrzył. I tam też: patrz w prawo. Co za diabli? Dalej: patrz w prawo. No tak, tego mógł się spodziewać: czego się chuju kręcisz?!
         Obok toalety był fryzjer. Misiu zobaczył wolne miejsce i postanowił się ogolić. Na peron pobiegł świeży i pachnący. Do pociągu wskoczył tuż przed odjazdem. Pojechał na spotkanie z Małgorzatą.


         Kluczył pośród stada autobusów. Jego serce wciąż szalało, nie tylko po długim dystansie ze stacji kolejowej, ale też w obawie, czy zdążył? Dopiero widok ostatniego, wciśniętego w sam koniec parkingu, przyniósł mu ulgę. Tak, to musi być ten. Wycieczka szkolna - głosił napis na tablicy za przednią szybą. Numer rejestracji też pasował. Autobus był pusty i bez kierowcy. Widocznie jeszcze zwiedzają zamek. Misiu, dysząc jeszcze, rozejrzał się dookoła. Pod baldachimem świeżej zieleni stało kilka ławek. Obok w kiosku kupił oranżadę i paczkę herbatników. Czas na śniadanie. Przysiadł na ławce i nie spuszczając oczu z monumentalnej sterty cegieł przeżuwał ciasteczka. Ciemna paszcza wejściowej bramy, obramowana gotyckim łukiem, na przemian połykała i wypluwała grupki turystów. Dalej, tuż za fosą, potężne mury dźwigały hektary dachu, z których gdzieniegdzie sterczały kominy. W głęboko osadzonych oknach nie grało żadne światło. Każde było ujściem czeluści, skrywającej jakąś tajemnicę, przez wieki. Po prawej cegły układały się w ażur. Zamknięta w trójkąt harmonia wysmukłych ostrołuków i okrągłych otworów, przetykana pasami przypór, na których zwieńczone kwiatonami pinakle strzelały wprost w niebo. Po bezchmurnym błękicie maleńki punkcik samolotu rysował białą smugę.
         Misiu poczuł się błogo i przymknął  oczy. Oddał  się chwili  wytchnienia w tym niesamowitym miejscu, na łonie wielkiej historii. Podeszwą mundurowego buta czuł powierzchnię kamienia w bruku, który pięćset lat temu też gdzieś tu się walał. Ciekawe pod czyją stopą wtedy leżał? Nie otwierając oczu odchylił głowę do tyłu. Podmuchy majowego powietrza łagodnie pieściły mu twarz.


            Nagłe spojrzenie na świat nieprzytomnym wzrokiem. Przez moment nie wiedział, gdzie się znajduje. Obaj milicjanci, którzy przed nim stali, prawie parskali ze śmiechu, widząc jego przestraszoną minę.
          - Nie śpij tu, marynarzu, bo cię okradną.
          - Ok... Dzięki...
        Szybko ochłonął i zaczął wytężać wzrok. Wejście na zamek zasłaniała duża grupa ludzi. Pozowali do zdjęcia. Misiu przez chwilę przyglądał się i nagle uświadomił sobie, że widzi coś swojskiego. Ze środka grupy około czterdziestu dziewczyn przebijało się coś męskiego. Gęsta czupryna Profesora była tak charakterystyczna, że nawet ciemne okulary nie były w stanie utrudnić identyfikacji. Misiu wstał uradowany i zrobił krok w stronę zamku. Oto Profesor od astronomii, który tak pięknie potrafił połączyć matematykę i fizykę z mitologią starożytnych. Jego wspaniałe opowieści, z sugestywną gestykulacją genialnego dyrygenta, kiedy to jednym ruchem dłoni potrafił otworzyć wszystkie gęby w klasie, będzie pamiętał do końca życia.  Co za niespodzianka!
Olej na płótnie             Zofia Sumczyńska
        No i jeszcze większa radość. Po lewej, w przysiadzie, uśmiechała się Małgorzata. Uśmiechała się do obiektywu nieświadoma, że jakaś miła koleżanka robi jej nad głową psikusa. Misiu zbliżał się pomału, speszony taką ilością dziewczyn. Jak to będzie? Małgorzata nagle podniosła głowę kierując wzrok wprost na niego. Jakby poczuła, że się zbliża. Nawet z tak sporej odległości dostrzegł, że jej twarz staje się twarzą małej, bardzo szczęśliwej dziewczynki, jednocześnie zawstydzonej okazywaniem swej radości przed taką widownią. Biegła w jego kierunku, nie bacząc na chichoty koleżanek. I tak nie widziały, że jej policzki płoną czerwienią najpiękniejszej róży.
           - Misiu... Jesteś... - Usłyszał szept, bo rzuciła mu się na szyję.


               Potem było widać, że wszystkie koleżanki Małgorzacie zazdrościły. Tak delikatnie i na wesoło. Marynarz Misiu został zaakceptowany i mógł dołączyć do wycieczki; pan Profesor wyraził zgodę. Po małych roszadach siedzieli obok siebie w środkowej części autobusu, po prawej. Żuławskie równiny mazały okna żółcią i zielenią. Autobus mknął krętą drogą, gdzieś na skróty, ku morzu, na Westerplatte. Był jak wielka pszczoła, zbierająca po drodze aromat rzepaku. Misiu bardzo chętnie zjadł kanapkę z kiełbasą i pomidorem, popijając herbatą z termosu. Poczuł się jak w domu. Dziewczyny cały czas śpiewały skoczne piosenki, a Małgorzata coraz śmielej się do niego przytulała. Czuł jej ciepło i radość.


                        Kiedy się obudził, trzymała jego dłoń i patrzyła na niego jak na niemowlę, okiem troskliwej mamy.
          - Jesteśmy na miejscu - powiedziała z uśmiechem.
      Prawie wszyscy już wysiedli, a wyłączony motor autobusu jeszcze stękał, stygnąc po ciężkiej pracy. Misiu wyprostował kości i poszedł za Małgorzatą. Podczas długiej pieszej wędrówki trzymali się na końcu, chcąc być sami. Zresztą cała reszta udawała, że ich nie widzi. Kluczyli po śladach tragicznej historii, daleko za grupą, w zadumie spoglądając na spękane bryły betonu. Misiu był już w tym miejscu nie raz i cieszył się, że może być dla Małgorzaty przewodnikiem. Sam pokazywał jej ruiny koszar, „fort” mata Rygielskiego, wartownię nr 1, kasyno podoficerskie. Na płaskim kopcu, u stóp monumentu, czekały już wszystkie dziewczyny. Jeszcze oboje dyszeli po pokonaniu spiralnej ścieżki, kiedy fotograf ustawiał grupę. Potem było pstryk, na wieczną pamiątkę.


                Słońce schowało się za widnokrąg, pozostawiając po sobie niebo upaprane dziwnym różem i fioletem. Twarz Małgorzaty wyglądała pięknie w tej poświacie, była tuż przy oknie. Dziewczyny wkoło nie miały już siły na śpiewanie a te, którym się chciało, szwargotały niezbyt energicznie. Małgorzata wyglądała na smutną i wciąż wierciła kciukiem we wnętrzu jego prawej dłoni. Niedługo będzie wysiadał.
          - Wiesz, co to znaczy? - zapytała ciszej od najcichszych wokół.
          - Co... znaczy, co?
          - No to... że ci tak tu wiercę. W dłoni.
          - Nie wiem.
          - To znaczy... - Zbliżyła usta do jego ucha. - To jest znak, że ciebie pragnę.
       Niebo za szybą wpadało już w odcienie szarości, a twarz Małgorzaty jeszcze świeciła. Misiu wysiadł w Pruszczu.


                     Do Gdańska dostał się na stopa. Szalony rajdowiec napędził mu niezłego stracha, wyciskając z fiata wszystko, co fabryka dała. Ale dobrze, bo zdążył na szybką kolejkę do Gdyni i do akademika wbiegł tuż przed zamknięciem. To nie były żarty, to była Szkoła Morska. Gienek już spał; w pokoju było ciemno i cicho. Misiu na paluszkach zrzucił mundur i walnął się na dolna koję. Leżał długo z otwartymi oczami, aż ciemności wylazły kształty. Zobaczył, że uwypuklenie materaca górnej koi jest znaczne i z czasem zaczęło pulsować, delikatnie poskrzypując. - Kurna... - pomyślał. - Gienek ma tu dziewczynę.


                              Nie miał siły wyłazić w poszukiwaniu innego legowiska. Zmęczenie kazało mu zasnąć. Spał snem kamiennym i rano Gienek długo się naszarpał, zanim go obudził. Kiedy już szli długim korytarzem na wykład, Misiu nie wytrzymał.
          - Sorry, że ci przeszkodziłem w nocy.
          - W czym?
          - No wiesz... Dziewczyna była u ciebie.
          - E... Co ty. To nie była dziewczyna.
          - Jak to?
          - Kurwiszon... Cichodajka.
          - Co takiego???
     - No  co  ty? Nie wiedziałeś? - Gienek spojrzał na Misia z lekkim rozbawieniem. - Przyjeżdżają tu takie z południa, żeby dać dupy chłopakowi ze Szkoły Morskiej. Za friko. Potem mają się czym chwalić.


Olej na płótnie                                                    Zofia Sumczyńska






środa, 5 października 2011

Najdłuższy rejs (5)




                        Świat oglądany z pozycji pionowej był znacznie ciekawszy. Już od dwóch dni starał się jak najczęściej wychodzić na korytarz. Przechodząc przez "centralę manewrowo-kontrolną" oświadczał pielęgniarkom, że idzie do toalety. Pomieszczenie pielęgniarek z drugiej strony też było ograniczone przeszkloną ścianą, za którą leżało kilku zawałowców, przeważnie płci żeńskiej. Niedługi korytarz z prawej zamykały drzwi, za którymi był oddział internistyczny, a na lewo prowadził prosto w ogromne okno, przez które można było obejrzeć zielone przedmieścia. Pod oknem stał stolik, fotel i ogromny filodendron. Misiu od razu polubił to miejsce, jedyne chyba w tym szpitalu, które miało coś z klimatu normalnego domu. Ale też przestrzeń i łyk świeżego powietrza. Jak na Stefanie Batorym, gdzie po zakończeniu wachty wychodził z maszynowni, od kotłów i turbin, wprost na Świętojańską, i wędrował na samą rufę, na Grabówek, żeby popatrzeć na Ocean. I tak samo wszystko się kiwało.
           Żeby się wysikać, trzeba było przejść przez drzwi na internę. Zaraz za nimi zaczynał się zupełnie inny świat - preludium do tego, co było tuż za innymi drzwiami, tymi z napisem: "wc". Długi korytarz sprawiał wrażenie mrocznego. Był oświetlony sztucznym światłem i tylko czasami, kiedy ktoś uchylił drzwi którejś sali, wpadało do niego trochę słońca. Misiu odkrył szpital innego rodzaju, dla ludzi przeważnie starych i umierających, gdzie zapach środków do dezynfekcji mieszał się z odorem moczu i kału. Spacerował do samego końca, a może do początku, do samych drzwi wejściowych, zerkając właśnie tam, gdzie drzwi były uchylone. Już zza pierwszych po prawej dobiegały straszne, nieludzkie dźwięki, wydawane przez człowieka, z którego brzucha plastikową rurką spływała do przezroczystego worka krwista uryna. Dalej, gdzie tylko dało się zajrzeć, widać było podobne historie. Na materacach leżały ciała przeróżne: wychudzone, prawie szkielety, przywodzące na myśl obrazki z obozów koncentracyjnych, albo też ogromne zwały tłuszczu, przewalające się po pościeli. Przy łóżkach stały metalowe szafki, stojaki do kroplówek i krzesła, na których siedzieli członkowie rodziny albo znajomi chorego, wszyscy z podobnym wyrazem twarzy, którego Misiu nawet nie próbował analizować.

          Nigdy nie przypuszczał, że zapach spalonych papierosów może być czymś tak wstrętnym. To pierwsze wrażenie po przekroczeniu drzwi ubikacji jednak szybko prysło, kiedy się okazało, że ubikacja to jednak ubikacja, a nie jakaś dworcowa palarnia. Trzy klozetowe kabiny bez drzwi ukazały w całej okazałości nie spuszczone kupy z resztkami "Trybuny Ludu". Po podłodze, przynajmniej w siedemdziesięciu procentach zalanej moczem, trudno było przejść suchą stopą, a samo sikanie, w jakimś szalonym rozkroku, było nie lada wyczynem, przy założeniu, że chce się zachować w stanie suchym filcowe kapcie. Uchylone okno ze zbitą szybą nie było w stanie uzupełnić świeżego powietrza. "Tych kapci nie będę zabierał do domu" – postanowił Misiu.
       W korytarzu kardiologii odkrył pomieszczenie gospodarcze, gdzie pod stertami kaczek i basenów znalazł wannę z prysznicem. Kąpiel odpadała. Obok była jednak muszla klozetowa i duża metalowa umywalka. Znalazł też jakiś pojemnik, najprawdopodobniej z mydłem w płynie. Z wielką rozkoszą, po wielu dniach, umył sobie kutasa i tyłek.