piątek, 24 czerwca 2011

Guo Tie, czyli kanarek z Szanghaju (3)




           Ptaszek stał na patyku, w klatce umieszczonej w otwartym oknie. Jego piórka na podgardlu były nastroszone, a z wibrującego dzióbka wydobywały się takie dźwięki, że w uszach Misia coś wpadało w rezonans i zwielokrotniało ich siłę prawie do bólu. To nie była „Międzynarodówka”. To były najpiękniejsze trele na świecie, których z niczym nie dało się porównać. Kanarek kręcił główką na boki, czasami nawet cały się obracał na patyku, generalnie jednak kierował swój dzióbek prosto do przodu, tam gdzie na fale wspinał się inny dziób, ten ogromny – dziób statku. Misiu stał w drzwiach swojej kabiny oniemiały. Bał się przekroczyć próg, żeby nie przerwać tego zjawiska, które zdawało mu się być czymś ulotnym, nierealnym i na chwilę, i pragnął się nasycić tym jak najwięcej, zanim przeminie. I stałby tam pewno jeszcze długo, może nawet by się na obiad spóźnił, gdyby nie ręka Czwartego, którą poczuł na ramieniu.
          - A widzisz? Masz, kurwa, co chciałeś - usłyszał za plecami.
          - He, he. Nareszcie. Wiedziałem, że zaśpiewa. - Misiu był wniebowzięty.

          A potem kanarek już tylko potwierdzał, że obawy Misia co do nietrwałości zjawiska były nieuzasadnione. Śpiewał, jakby chciał nadrobić wszystkie dni milczenia. Nadawał od świtu do samego zmroku. Wtórował do muzyki z radia, do dźwięków gitary, do marynarskich pieśni przy piwie i do pijackiego bełkotu. A przy ładnej pogodzie, kiedy stał w oknie, rzeczywiście był radością dla marynarzy. To trwało wiele dni, przez cały Ocean Indyjski, potem Morze Czerwone, potem Śródziemne, Atlantyk. I wreszcie rzucili kotwicę na redzie w Gdańsku.
          Kanarek wciąż śpiewał, a jego pieśń płynęła po błyszczących grzbietach fal wieczornego Bałtyku. Płynęła w stronę szarych zarysów miasta, do którego już nie sięgały promienie zachodzącego słońca.
Misiowi zrobiło się smutno. To koniec wędrówki w towarzystwie ptaka. Przyzwyczaił się do tych niesamowitych dźwięków i do samej obecności małego stworzonka. Poczuł, że coś odcisnęło w jego życiu trwały ślad i poczuł też, że tego czegoś nie chce stracić. I wtedy postanowił: nie odda ptaszka żadnemu hodowcy. Postanowił, że kanarek pozostanie gdzieś w rodzinie – tak, żeby mógł go zawsze, między rejsami, odwiedzać.
          Tak też się stało. Po odprawie celnej, do której Misiu zgłosił jedynie bambusową klatkę dla kanarka (ptaszka niechybnie czekałaby kwarantanna i inne tego typu pierdoły), Misiu pojechał prosto do Dziadków. Wiedział, że ucieszy ich takim prezentem, a szczególnie Dziadka, który był wielkim miłośnikiem śpiewających ptaków. Na bramie portowej nie było problemów. Strażnik nie był zainteresowany wyglądem bambusowej klatki dla kanarka. Nie trzeba było zdejmować z niej ręcznika, spełniającego wielorakie zadanie – głównie jednak takie, żeby ptaszek nie śpiewał.

          U Dziadków śpiewał jakieś dwa lata. Misiu, kiedy tylko mógł, wpadał tam i z lubością słuchał ptasich koncertów. Klatka wisiała na ścianie w dużym pokoju, tuż za ogromnym filodendronem. Wisiała na tyle wysoko, że żaden z dziadkowych kotów nie był w stanie kanarkowi zagrozić. Kanarek śpiewał bezstresowo, mając z klatki piękny widok – na zielone liście i dalej, przez duże okno, na ogród.

          To było po długim rejsie przez Australię, dookoła świata. Misiu wszedł do dużego pokoju i wypakował prezenty. I wtedy Dziadek powiedział na powitanie:
          - A wiesz...? Skubaniec przestał śpiewać...
          - Jak to przestał?!
          - No... Nie śpiewa... Przestał i już. Od dobrego miesiąca nie śpiewa...
          - Hm... Jak to możliwe...? - Misiu posmutniał. - Może jest chory?
          - Nie wygląda na chorego - Dziadek raczej był tego pewny. - Zobacz sam. Jest ruchliwy i wesoły. Ma dobry apetyt.
          Doszli do wspólnego wniosku, że trzeba przeczekać, że może to chwilowe. Już kiedyś przecież milczał i potem zaśpiewał. Misiu był trochę niepocieszony i dobrze było się tak wspólnie z Dziadkiem pocieszać.

          Właściwie na tym można by zakończyć, bo kanarek z Szanghaju już nigdy nie zaśpiewał. Był zdrowy, wesoło skubał ziarenka, jednak na zasadnicze pytanie nikt nie znał odpowiedzi. Z czasem wszyscy się do tego przyzwyczaili, a Misiu, kiedy przypływał, podchodził do niego i zamiast słuchać wpadał w lekką melancholię, wspominając pierożki Guo Tie.
          Jednak to nie było prawdziwe zakończenie. Prawdziwe nastąpiło dopiero po dobrych sześciu latach. Wtedy to Misiu, po powrocie z Japonii dowiedział się, że kanarek nie żyje. Kot, ten z czwartego pokolenia po Gacku, był tak sprytny, że skoczył z filodendrona na klatkę, z której już bez problemu wydłubał ptaszka. W oczach Misia pojawiły się łzy.
          - Nie przejmuj się... nie wytrzymała Babcia. - To i tak nie był twój kanarek z Szanghaju...
          - Uuuu... Co ty wygadujesz?! - obruszył się Dziadek
          - Co takiego?! - Misiu się wyprostował. Coś zaczęło mu się przejaśniać. - Teraz to już dokończ...
          - No bo nie chcieliśmy, żeby było ci przykro... Wtedy, kiedy niby przestał śpiewać... Twojego kanarka też kot pożarł. Więc kupiliśmy nowego. Nie było łatwo znaleźć podobnego. Ale w końcu udało się. Jednak to była widocznie samiczka, a samiczki nie śpiewają.



***

piątek, 10 czerwca 2011

Jadzia i Jasiek, czyli wesołe życie staruszka (1)

               Jadzia (lat 76) odwiedziła Jaśka (lat 87) w szpitalu, gdzie wylądował z powodu trzepotania przedsionków. Jasiek posiedzi tam pewno kilka dni, wobec tego wypada od czasu do czasu dostarczyć mu trochę prowiantu, ale też poinformować o tym, co dzieje się poza szpitalem.
            - Ogłosili konkurs na wykonanie relikwiarza... - zaczęła Jadzia.
            - Windziarza? Tu nie potrzeba windziarza. Jest teraz bardzo nowoczesna winda... - Jasiek przysunął się bliżej do Jadzi, żeby lepiej słyszeć.
            - Relikwiarza! - Jadzia wrzasnęła mu do ucha. - I jest problem, bo żaden z naszych lokalnych artystów nie chce się tego podjąć!
            - A...! Relikwiarza! - odpowiedział Jasiek. - Nie krzycz tak, przecież dobrze słyszę. A czyjeż to relikwie oni chcą tam trzymać?
            - No przecież nie twoje! - Jadzia nadal podnosiła głos, lecz tym razem raczej z oburzenia.
            - Przecież wiem, że nie moje - Jasiek mocno się skrzywił. - Ja nie jestem jeszcze gotowy!


poniedziałek, 6 czerwca 2011

Guo Tie, czyli kanarek z Szanghaju (2)

                                                                                     
                                                                                                              Ciepło prawie jak tam, na Morzu Południowochińskim i nic się nie chce. Jednak spróbowałem trochę się przełamać i wrzucam dalej co nieco  o żółtym ptaszku. Może komuś zechce się poczytać? :)                                                                                                                    

                                  Kanarek milczał także następnego dnia. I jeszcze następnego, i po tygodniu. Za każdym razem Misiu wychodził z maszyny z nadzieją, że usłyszy coś ciekawszego od hałasu swoich sprężarek. Jednak nie. Schładzał ładownie pod załadunek szynki, potem dokerzy już ładowali szynkę, a kanarek milczał. I potem, kiedy na statek przyszło chyba z milion Chińczyków, żeby obskrobać rdzę i pomalować blachy, kanarek nadal milczał. Wieczorami do kabiny Misia przychodził Andrzej z gitarą. Pili piwo i śpiewali, raz nawet „Międzynarodówkę”, jednak ptaszek nie miał ochoty zawtórować.
          - Wygląda na to, że kitajec cię zrobił na szaro - powiedział w końcu Andrzej.
          - Na to wygląda... - Misiu pokiwał głową zrezygnowany. - Ale nie będę składał reklamacji na ptaka. Niech już sobie tu żyje. Nawet go polubiłem, wiesz?
          - No tak, to widać - Andrzej wybałuszył oczy nieco ironicznie. - Nie możesz już żyć bez niego. A tak serio - Andrzej zrobił przerwę na duży łyk piwa - spróbuj jeszcze go wypuścić z klatki. Może on musi sobie polatać?
          - Polatać...? - Misiu też zassał z butelki. - A co ma latanie, kurwa, do śpiewania?
          - No... wiesz... - Andrzej głośno wypuścił nadmiar gazów z żołądka. - Wszystko możliwe. Możliwe, że to sprawa harmonii, rozumiesz? Takie, kurwa, ptasie jing i jang. Nie ma latania, nie ma śpiewania.
          - Tak, tak... - Misiu też beknął, dając tym samym do zrozumienia, co sądzi o tych teoriach. - Nie ma chlania, nie ma sikania.
          Wstał i poszedł do łazienki. I zza niedomkniętych drzwi krzyknął:
          - Dopijemy i idziemy spać. Za dużo tego piwa. Od jutra morskie wachty, wychodzimy w morze.
          Kiedy już został sam, sprawdził, czy okna są dobrze zamknięte, w drzwiach przekręcił klucz i podszedł do klatki. Delikatnie wyciągnął zatyczkę i uchylił małe drzwiczki.
          - Polataj sobie, ptaszku - powiedział. I zaraz potem zasnął.

                               Wszystkie sprężarki ze wszystkich pokładów obu ładowni bzyczały jak pszczółki w ulu. Pracowały bezawaryjnie, a ich dźwięk układał się w swoisty chór - pod batutą termostatów. Temperatura była wzorcowa; chińska szynka zamrożona do minus dwudziestu dwóch stopni Celsjusza płynęła do kraju. Misiu był bardzo zadowolony i czuł się panem tego ogromnego urządzenia chłodniczego. Poznał je do perfekcji i był spokojny o delikatny ładunek. Jeśli będzie tak dalej, to jego praca ograniczy się jedynie do rutynowych czynności eksploatacyjnych, a poza tym będzie jak na wakacjach.
          Statkiem delikatnie kiwało na boki, szli jakieś szesnaście węzłów po niezbyt wzburzonym morzu. Misiu wpisał do dziennika co trzeba, sprawdził sprężarkę od prowiantówki, potem tę większą od klimatyzacji i zaczął się szykować do fajrantu. Wyszedł z maszynowni do rękawa, gdzie było wejście do łazienki. I jak co dzień, od kilku dni, myjąc ręce, pomyślał:  „Ciekawe, czy dzisiaj zaśpiewa...?”
          Tak - już kilka dni minęło, odkąd wyszli z Szanghaju. Teraz zmierzali przez Morze Południowochińskie w kierunku Singapuru. Zaczęło się robić naprawdę gorąco i wilgotno, jak przystało na te okolice globu. A kanarek nie śpiewał. Mało tego: nawet najmniejszego pisku z siebie nie wydobył. Misiu spłukiwał pastę Black Out z dłoni i zerkał w lustro, na odbicie - co tu dużo gadać - twarzy smutnego człowieka. Kanarek miał śpiewać „Międzynarodówkę”, a tu nic, cisza. Wszelkie zabiegi nie pomogły. Nauczył się za to latać po kabinie. Nauczył się nawet sam wracać do klatki. Misiu nie musiał już polować na niego z wykorzystaniem fortelu, który wymyślił, polegającego na tym, żeby zagnać ptaka do łazienki, tam zgasić światło, po chwili zapalić i kanarek stawał się całkiem ślepy. Wystarczyło podejść i wziąć go do ręki.
          Misiu był smutny. Nawet wtedy, kiedy już osuszał ręce ręcznikiem i zaraz potem, kiedy do łazienki wszedł Józwa Motorek, od razu mówiąc:
          - Czołem, panie Trzeci. Jak tam pańska szyneczka? Mrozi się?
          - Mrozi się, mrozi. Jest ok... - Misiu nie miał specjalnie ochoty do konwersacji. - A co u ciebie? Dalej z Czwartym jeździsz?
          - Tak, z Czwartym. Ale dzisiaj cały dzień na pokładzie. Puszcza hydraulika na dwójce i cybanty zakładałem.
          - Aha...
          - A wiesz, panie Trzeci... Z tym kanarkiem to żeś pan trafił w dziesiątkę.
          - No...?
          - No, że tę klatkę z nim pan w oknie na forszocie postawiłeś...
          - Taa... Tylko, kurwa, śpiewać nie chce.
          - Jak to? - Józwa Motorek  bardzo się zdziwił. - Przecież słychać go aż na dziobie. I na mostku. A marynarze mówią, że od razu im się lepiej rdzę z pokładu obstukuje.
          - Co?! - Misiu wrzasnął i natychmiast wybiegł, a w łazienkowym lustrze pozostało jedynie odbicie zdumionego oblicza Józwy Motorka.


(cdn)