środa, 25 kwietnia 2012

Jadzia i Jasiek (3)




             Jasiek siedział długo milcząc. Wpatrywał się za okno auta smętnym wzrokiem, jakby coś wspominając, może wygląd ulicy, która dawniej wyglądała zupełnie inaczej, kiedy nie miała krawężników, chodnika obok i ścieżki rowerowej. I nagle, z lekka odwracając się do tyłu, zapytał:
          - Jadziu, a czy pamiętasz, jak to za peerelu były takie ciastka, co to się nazywały kokosanki?
          - Jak to?! - Jadzia się zdumiała. - Jak mogłabym nie pamiętać?
          - Ciekawe, czy teraz coś takiego gdzieś robią? - Jasiek nie dawał za wygraną. - Bo gdyby można było gdzieś kupić, to... to chyba byłyby moje ulubione ciastka.
          - No wiesz?! Jasiek! Przecież jasne, że są! Dlaczego miałoby nie być? A cóż to? Nagle za peerelem zacząłeś tęsknić?
          - Tak, ale sama wiesz... Teraz to robią coś innego, nie wiadomo z czego. Nawet jak się tak samo nazywa. A tak... Za peerelu też i dobre rzeczy robili. Na przykład dżemy. Najlepszy był ten dżem... Pamiętasz? Był taki dżem pigwowy...
        - A...! Nie denerwuj mnie! - Jadzia odpięła pasy, bo już wjeżdżali do bramy. - Rusz dupę i wyjdź z domu! Przejdź się, o tu, na drugą stronę ulicy, do Nadolnych, to sam sobie zobaczysz co jest, a czego nie ma.






wtorek, 24 kwietnia 2012

Lachiw rizat, czyli dlaczego Jadzia przestała lubić bób (1)




          W połowie lipca tego roku było bardzo ciepło i Jadzi podobało się, że zamieszkali w szkole. Takiego doświadczenia jeszcze nie przeżyła, bo normalnie w wakacje szkolny budynek obchodzi się raczej z daleka. Zresztą już od dawna obchodziła z daleka. Ostatni raz przychodziła tu, jak została uczennicą pierwszej klasy. Potem przyszli ludzie mówiący innym językiem i kazali jej chodzić do innej szkoły, ale ona nie chciała i przestała się uczyć. Ta szkoła nie była obowiązkowa. Obowiązkowe było tylko przedszkole dla małego Cześka, którego codziennie rano musiała odprowadzać. Przedszkole mieściło się na plebanii i Mały Czesiek grzecznie tam zostawał, wśród innych małych dzieci. Ale potem, kiedy Jadzia wracała ulicą do domu, prawie każdego dnia powtarzała się ta sama historia: Czesiek był już w domu. Przybiegał przed nią, przez pola i ogrody, na skróty, i mówił, że nie chce tam być, bo tam przychodzą tacy źli panowie i wyśmiewają się z dzieci mówiąc, że Pana Boga nie ma.
      Ciekawe było też to, że oprócz nich w tym obszernym, jasnym, murowanym budynku zamieszkało mnóstwo innych ludzi. Znanych i nieznanych, z bliska i z daleka. To była jakaś nowa, zupełnie inna sytuacja. Wokół wsi czaiło się coś bardzo złego i wszyscy musieli być w kupie, pilnować się nawzajem i nie wolno było się nigdzie oddalać. Takie były rozkazy. Jadzia nie wiedziała, kto je wydał, ale tatuś i mamusia kategorycznie nakazali, że trzeba ich przestrzegać. Nawet w nocy było ciekawie, chociaż czuło się jakiś strach. Jadzia też się przestraszyła, kiedy wieczorem wyjrzała w ciemność przez okno i zobaczyła wielki blask w oddali, coś takiego, jakby gdzieś palił się ogromny ogień. Blask pełen jakiejś tajemnicy, złowrogiej, właściwie rozświetlający całe niebo, jakby w zamiarze pokazania tego miejsca, z którego zło przyjdzie w końcu tak blisko, że stanie się niebezpieczne. Ktoś z dorosłych szepnął: „podpalają wioski...”. I wtedy mamusia kazała Jadzi iść spać, ale Jadzia i tak długo nie mogła zasnąć. Wiercąc się na ciasnej, szkolnej ławce zastanawiała się, kto i po co może podpalać wioski? Zastanawiała się także, jak to się dzieje, że trzeba spać na szkolnej ławce? I jak długo jeszcze? Jasne, że to jest atrakcja, coś zupełnie niespotykanego, ale po tych dwóch nocach nabrała pewności, że to musi być tylko chwilowe, bo na dłużej się po prostu nie da. Tatusia wtedy nie było, bo poszedł na wartę z grupą innych tatusiów. Jadzia była dumna, że ma takiego odważnego tatusia, który sam sobie wystrugał długi, gruby, ostro zakończony kij i poszedł w ciemność pilnować, żeby to zło za bardzo się do nich nie zbliżyło i żeby można było spokojnie spać w Hucie Stepańskiej.
          Następnego dnia już od samego rana z zewnątrz dochodziło coraz więcej trzasków, takich podobnych do tych, kiedy tatuś strzelał z bata, wstając z siedzenia bryczki i wołając: „nuuu...!”, a konie gnały coraz szybciej, żeby mogli zdążyć do kościoła. Jednak teraz było tego więcej, a czasami raz za razem i Jadzia już się dowiedziała, że to nie przyjechał żaden tabun furmanów na jakiś konkurs strzelania z bata. Ktoś z dorosłych szepnął zalęknionym głosem: „znowu strzelają...”. I wtedy Jadzia nabrała pewności, że zło jest coraz bliżej. Po południu nawet coś uderzyło w ścianę, tuż koło ich okna, i wszyscy jak na rozkaz położyli się na podłogę, w wielkim popłochu, pośród pisków i głośniejszych krzyków. Powietrze w szkole było coraz cięższe, przesiąknięte strachem, wszyscy byli w stanie jakiegoś niecierpliwego oczekiwania, nie wiadomo na co, spoglądając sobie nawzajem w oczy, głęboko, jakby z nadzieją, że tam znajdzie się potwierdzenie, że nie ma się czego bać i że będzie dobrze. Jadzia już nie odchodziła na krok od mamusi, czasami nawet się przytulając, ale też starała się pomóc ile się da, bo Czesiek i Wandzia, jej młodsze rodzeństwo, wymagali dużo opieki. Tatusia już właściwie wcale nie widziała, bo ciągle chodził na wartę.
          Wieczorem tatuś przyszedł tylko na chwilę, powiedział do mamusi coś o koniach i powiedział, że przyjdzie później. Jadzia zrozumiała, że szykuje się jakiś wyjazd. Późnym wieczorem, a może już w nocy mamusia to potwierdziła. Powiedziała całej trójce, że tatuś właśnie przygotowuje furmankę i że nad ranem muszą być wszyscy gotowi do drogi.

(ciąg dalszy nastąpi)


piątek, 6 kwietnia 2012

Smacznego zająca i wesołego jajca :)




W duchu chrześcijańskim, wszystkim bez wyjątku, kochającym ludzi i pokój, a w szczególności nadwrażliwcom, którym ta dolegliwość każe wciąż tu ślęczeć godzinami i tworzyć coś na swoim blogu, przy okazji nadchodzącego Święta, które upamiętnia zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa - życzę wszystkiego najlepszego.