niedziela, 27 października 2013

Copacabana



Trzydzieści pięć lat to szmat czasu. I chociaż tyle się zmieniło, i nadal się zmienia, ja głupek zawsze myślałem o jednej rzeczy (może nawet nie tylko o tej jednej), że jest niezmienna, stała, nieruchoma, jakże wielka, choć mała wobec otoczenia, i niezniszczalna swoją kamienną mocą, że wciąż na mnie czeka, taka jak wtedy, kiedy dotarliśmy tam z Andrzejem i kiedy zrobiłem te zdjęcia. Zdjęcia, na które przez wiele lat co jakiś czas zerkałem z nadzieją, że kiedyś tam wrócę.

I w końcu wróciłem. Wirtualnie, jednak wróciłem. Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że w taki właśnie sposób wrócę, popukałbym w czoło. Bo przecież nawet Lem nie był w stanie przewidzieć, że doczekamy czegoś tak oczywistego jak telefon z cyfrowym aparatem fotograficznym, mało tego – z komputerem w ogóle, z dostępem do internetu, do telewizji, nie mówiąc już o czymś tak banalnym, jak możliwość rozmawiania z kimkolwiek twarzą w twarz, oko w oko, z przeciwległych krańców globu. 

Ech... internet. Już od jakiegoś czasu z wielkim zainteresowaniem odkrywam Street View. To też coś wręcz niewiarygodnego, dla nas, dinozaurów, wychowanych na liczydle i suwaku logarytmicznym. No, może w moim przypadku nie do końca, bo przecież pamiętam jak dzisiaj to dziwo, które przyniósł jeden kolega z roku - kalkulator, marki Texas Instruments. To dopiero było!

Tymczasem doczekałem czasów, kiedy mogę sobie tu, przy laptopie, nie wychodząc z pokoju, podjechać pod swój dom! I do tego widzę swoje autko, stojące pod płotem. Czyż to nie bajka? A może sen jakiś?

Sen nie sen, w każdym razie wykorzystując to, postanowiłem jeszcze raz pospacerować po plaży Copacabana, z zamiarem dotarcia do miejsca, które widać na moich starych zdjęciach. Zawsze mnie fascynował ten domek, a raczej fakt, że tak sobie się ostał, wciśnięty między kolosy.

Odpaliłem Mapy Google, wklepałem Avenida Atlântica, Copacabana, Rio de Janeiro, Brazylia i zjechałem do poziomu Street View. Ach jak pięknie! Jakbym tam był naprawdę! Chciałoby się rzec: przeniosło mnie w czasie i przestrzeni. No, może nie w czasie, bo auta jednak innej generacji. Zacząłem iść, tak jak kiedyś, od miejsca, gdzie wysiedliśmy z autobusu, w pobliżu Morro de Leme, od strony Głowy Cukru. Przeszedłem całe cztery kilometry, aż pod Fort Copacabana. Moje serce przyśpieszyło tempa. Wróciłem z powrotem, potem znowu z powrotem. I co? I nic. Co jest, do cholery? Czyżby moje slajdy nie były z Rio? Pomyliłem się, czy co? 

Zerknąłem jeszcze raz na zdjęcia i nagle coś mnie dotknęło. Numer! Na jednym przecież wyraźnie widać numer domu! W Google Maps wklepałem Avenida Atlântica 2600.

I zrobiło mi się bardzo smutno. Znowu to poczucie przemijania, bezpowrotności, bezsilnego żalu, że coś całkiem umrze, razem z resztkami (może już tylko mojej) pamięci, zapisanej także na zdezelowanych kawałkach kliszy marki ORWO. Jakby po wiosennej zieleni, pomału wdeptywanej w jesienne błoto.

I nawet gdybym miał 400 dolarów żeby spędzić tam noc, wiem, że to już nie jest to samo miejsce.









wtorek, 23 lipca 2013

Kos zwyczajny *


       - Misiu! - zawołała żona. - Dzwoni twój telefon!
Misiu oderwał się od roboty i wybiegł po schodach z piwnicy. Rzeczywiście, dzwonił jego telefon. Ale gdzie? Gdzieś w oddali, jego dźwięk ledwo dał się słyszeć.
       - Gdzie jest mój telefon?
       - Nie wiem. Nie zostawiłeś w ogrodzie, na stoliku? - Żona spojrzała na okno. - Stamtąd dochodzi dźwięk.
       Misiu wybiegł na zewnątrz, przez drzwi na taras. I chciałoby się powiedzieć: wszelki słuch po nim zaginął. Dlaczego? Ano dlatego, że jak ktoś idzie do ogrodu odebrać telefon, to go odbiera. Tymczasem telefon dzwonił i dzwonił, i nikt go nie odbierał. Stało się coś? Żona wreszcie, zaniepokojona, też postanowiła wyjść do ogrodu. W końcu jak długo można nie odbierać telefonu?
      Misiu stał na środku trawnika i gapił się do góry, najwyraźniej gdzieś ponad dach domu. Przy uchu nie trzymał żadnego telefonu. Bo i po co miałby trzymać dzwoniący telefon? Telefon wciąż gdzieś dzwonił.
      - Nie znalazłeś...? - zapytała zdziwiona zachowaniem Misia.
      - Znalazłem.
      - Więc dlaczego nie odbierasz?
      - Nie mogę, nie da się. - Misiu zaczął wyglądać na nieco rozbawionego, nadal wpatrując się w coś ponad dachem.
       Żona zaniepokoiła się już nie na żarty. Misiu ostatnio zachowywał się dziwnie, ale żeby aż tak? Zamiast odebrać telefon, może bardzo ważny, na przykład od klienta, stoi i gapi się gdzieś w niebo, z głupawym uśmieszkiem na ustach. Opanowała się jednak i zadała spokojne, proste pytanie:
       - Jak może się nie dać odebrać telefonu?
       - No może... Sama zobacz. - Misiu wyciągnął swój długi palec wskazujący.  - Jest tam.
      Żona powędrowała wzrokiem w wyznaczonym kierunku i zastygła w niedowierzaniu. Najwyraźniej Misiu dobrze wskazywał i to nie był żart. Telefon siedział ponad dachem, na antenie telewizyjnej i wciąż nadawał.

                                             


*  [...] Do śpiewu wplata świergotliwe motywy i naśladownictwa – powtarza dźwięki zasłyszane z okolicy, a nawet dzwonki telefonów komórkowych. Najczęściej śpiewa siedząc na wysokim stanowisku, jak wysokie drzewo, antena telewizyjna lub dach dużego budynku.[...] (Za Wikipedią)




   

niedziela, 30 czerwca 2013

Lachiw rizat, czyli dlaczego Jadzia przestała lubić bób (3)

 Lachiw rizat, czyli dlaczego Jadzia przestała lubić bób - cz. 1

   
                          Na zdjęciu Jadzia - pierwsza od prawej
             Wielkie drzewa dają poczucie bezpieczeństwa. Dają ciepło i schronienie przed deszczem, przed słońcem, i w ogóle chyba przed wszystkim. Pod ogromnym świerkiem zebrało się sporo ludzi i było jakoś raźniej, bo wszyscy, chociaż wciąż dyszeli po szybkim biegu, raczej wyglądali na spokojnych, mimo dobiegających z oddali wystrzałów. Jadzia przycupnęła na ściółce przy samym pniu, na plecach czując żywiczny dotyk kory. Wciąż wydawało jej się, że do piersi przyciska swój ukochany obrazek, po który musiała wrócić, i przez który wszystko się tak bardzo skomplikowało, a przecież zgubiła go gdzieś tam, przy rowie, gdzie zostawiła też swoje sandałki. Ostatnio zdarzyło się jej bywać w coraz to dziwniejszych sytuacjach. Popatrzyła wokół, przez gęstwę ludzkich nóg. Kilka kroków na prawo z radosnym zdumieniem zobaczyła swojego śmiesznego kuzyna, który mieszkał w sąsiedniej wsi i często u nich bywał, a jak bywał, to uwielbiał przebierać się za księdza. Jadzia go lubiła i lubiła te jego zabawy, jednak teraz była tak bardzo zmęczona, że wolała pozostać sobie przy pniu świerka i spokojnie czekać na coś, co będzie dalej. Dorośli coś wymyślą, bo przecież nie można wciąż siedzieć pod drzewem.
         Dorośli szeptali między sobą, bardzo delikatnie i cicho. I nikt nie musiał ogłaszać, że trzeba być cicho. Wszyscy o tym wiedzieli, nawet Jadzia, bo tak trzeba, jak coś złego jest blisko. Między korony drzew wciskał się już normalny dzień, wypierając szarość promieniami porannego słońca. Narzeczona wujka Stacha złapała Jadzię za rękę i poszli, wszyscy razem, kilkanaście osób. Cały dzień wędrowali przez lasy, a raczej skradali się, uważając, żeby nikt ich nie zauważył. Wszyscy wciąż porozumiewali się tylko szeptem i z tego szeptu Jadzi udało się co nieco wyłowić: szli do jakiegoś dużego miasta, które nazywa się Sarny.
          Późnym popołudniem wszyscy byli bardzo zmęczeni i głodni, i rozglądali się po lesie w poszukiwaniu miejsca, gdzie dałoby się odpocząć, a najlepiej gdzie dałoby się coś zjeść. I wtedy usłyszeli krowy. Krowy jak są niewydojone, to strasznie ryczą. Jadzia wiedziała o tym, bo tak nieraz mówili starsi. Widocznie krowom jest ciężko w takiej sytuacji i w swoim języku rozpaczliwie wołają o pomoc. A jak ryczą niewydojone krowy, to może być znak, że w pobliżu nie ma ludzi, że jest wieś, z której wszyscy sobie gdzieś poszli albo uciekli. Ciekawe, czy w takiej wsi jest coś do jedzenia? Zmęczeni i głodni dotarli do skraju lasu. Krowy nie kłamały. Wieś przycupnięta u stóp drzew wyglądała na opuszczoną, chociaż trudno było pozbyć się wrażenia, że ktoś z ukrycia ich obserwuje. Już w najbliższym ogródku dostrzegli jabłonie, których gałęzie zachęcająco wychylały się sporo za drewniane sztachety płotu. Z gałęzi zwisało mnóstwo dorodnych owoców. Nie były jeszcze w pełni dojrzałe, z pewnością jednak potrafiły ugasić głód i pragnienie. Wszyscy wyciągnęli ręce i zaczęli zrywać. Wszyscy oprócz Jadzi. Jadzia podskakiwała, odbijając się jak tylko mogła bosymi stopami od trawiastego podłoża, jednak nie zdołała uchwycić żadnego jabłka. I wtedy coś w niej pękło. Cała okrutna rozpacz dziewięcioletniego dziecka, wzmocniona głodem i ciągłym strachem, i tęsknotą do nagle utraconej rodziny, rozpacz dziewczynki, która - w tak krótkim czasie przecież - tak dużo się nauczyła, musiała w końcu odnaleźć gdzieś ujście. Jadzia zaczęła głośno, wbrew panującemu w tej grupie prawu, głośno krzyczeć: „ja też chcę, ja też chcę jabłko, ale nie mogę dosięgnąć!” I mogłaby jeszcze tak dalej, gdyby nie jakiś pan, który wykazał się dobrym refleksem i szybko zakrył jej usta dłonią, szepcząc do ucha: „ciii...” Jadzia opamiętała się i zaraz potem, w nagrodę, dostała swoje upragnione jabłko.
         Wędrowanie przez las bez sandałków nie było przyjemne. Najgorsze były stare szyszki i połamane, ostre patyki. Doszło do tego, że narzeczona wujka Stacha próbowała brać Jadzię na plecy, jednak długo tak się nie dało, bo Jadzia już swoje ważyła. Więc tak po trochu, raz tak, raz tak, przedzierali się, wciąż w tym samym kierunku. Po drodze zdarzyło im się chyba ze trzy razy spotkać inne niedobitki, uciekinierów przed złem z innych wiosek, więc grupa się powiększyła i Jadzi wydało się, że jest trochę raźniej. Nocą też długo szli, ale w końcu ktoś zdecydował, że muszą się przespać. Jadzia była bardzo zmęczona, tak bardzo, że nawet zasnąć nie mogła. Rozmyślała. Zdawało się, że to mogły być takie ciekawe wakacje, tyle atrakcji, ale żeby aż tak? Wszystko tak bardzo się skomplikowało. To już nie były żarty i Jadzia poczuła dziwną pewność, że więcej nigdy nie zobaczy swojego domu. Zrobiło jej się bardzo smutno i nawet jak już zasypiała, to nie mogła zasnąć pełnym snem. Popadła w stan drzemki, przeplatanej obrazami z niedalekiej przeszłości. Bardzo lubiła rodzinny dom, chociaż nieduży, skromny, z dachem pokrytym tylko papą. Stał w ogrodzie pełnym kwiatów i warzyw, kwitnących wiśni i mamusi, krzątającej się wśród klombów i grządek, i pachnącego krochmalem prania, rozwieszonego na linkach.
     Tatuś był szewcem. Bardzo też kochał konie, które były tuż obok, w gospodarstwie babci. Dziadek Adam umarł, więc teraz tatuś pomagał babci je doglądać. Tatuś marzył o tym, żeby dach domu pokryć blachą. W izbie, przy oknie na podwórze stał stół, w którego szufladzie były magiczne narzędzia. Jakieś noże, szpikulce, młotki, kowadełka i dratwa. Dratwę tatuś smarował woskiem, a potem przetykał przez otwory w grubej skórze i wiązał w mocny ścieg. I potem wszyscy mówili, że zrobione przez niego buty są niezniszczalne. Co tydzień Jadzia lubiła pomagać tatusiowi przy liczeniu zarobionych pieniędzy. Był to swoisty rytuał, podczas którego najładniejsze, srebrne monety, takie z głową jakiegoś pana z wielkimi wąsami, albo z głową anioła chyba, bo w aureoli zrobionej z kłosów zboża, były odkładane na bok. Następnie tatuś wkładał je do blaszanej puszki po cukierkach, którą zaraz potem Jadzia z dumą niosła na strych, do schowka w kominie. Wiedziała, że są to pieniądze, które tatuś zbiera na kupno blachy do pokrycia dachu. Jakiś wielki żal ścisnął Jadzi serduszko, a w brzuchu coś zaczęło nieprzyjemnie łaskotać. Ciekawe, co z tym będzie? Co się stało z puszką po cukierkach? A konie? No właśnie, gdzie się podziały konie babci? Przecież do wozu były zaprzęgnięte tylko dwa... Takich i mnóstwo innych pytań przewijało się jeszcze długo przez Jadzi główkę, a pod jej powiekami przemykały obrazy jak w kalejdoskopie, raz w prawo, raz w lewo, coraz to szybciej i szybciej, aż w końcu na dobre zasnęła.
       Wędrowali jeszcze dwa dni, przeważnie przedzierając się przez lasy. Po drodze spotykali opuszczone wioski, czasami też bardzo przestraszonych ludzi. Przez dwie następne noce Jadzia też nie mogła zasnąć, potwornie zmęczona po całodziennym skradaniu się w kierunku Sarn. Z natłoku wspomnień w jej głowie układały się co raz to nowe obrazy, przeważnie w formie sennych marzeń, a w chwilach przebudzenia po policzkach spływał wielki żal. Miała już pewność, że te wszystkie miejsca, które były całą radością jej dzieciństwa, należą do przeszłości. Nigdy do nich nie wróci. Nie będzie więcej biegać za tatusiem po ścieżynce przez pole kartofli, do koni w stajni u babci, żeby je czesać, ani nie będzie chodzić za krowami na łąkę. Nie będzie biegać na drugą stronę, za płot, do ludzi którzy nazywali się Żydzi i których bardzo lubiła. Biegała tam w każdą sobotę, żeby zapalić zapałką świeczki do kolacji, bo oni mówili, że u nich tego dnia jest szabas i nie mogą tego robić. Jadzia nie wiedziała dlaczego, ale lubiła to robić, zwłaszcza że zawsze coś jej za to dawali. Z chłopakiem od Żydów, troszkę starszym od Jadzi, często robili przez płot handel wymienny. On prosił Jadzię o dojrzały kwiat słonecznika, a w zamian dawał jej coś, co się nazywało maca. Jadzia była bardzo zadowolona, bo to był dla niej kawałek innego świata. Zadaniem Jadzi było też roznoszenie nareperowanych przez tatusia butów. I to też z pewnością należy do przeszłości, a szkoda - tak bardzo Jadzia to lubiła. Odbierała od klientów zapłatę i z radością wracała do domu. Jedynie do tej pani, która mieszkała pod Słonym Błotem nie lubiła chodzić. Ta pani też nazywała się Żydówka, ale miała zeza i Jadzia strasznie się tego bała. Zawsze jak tylko dała jej buty, od razu odwracała się i uciekała do domu. Tatuś się potem denerwował, a Jadzia i tak musiała iść tam jeszcze raz po zapłatę.
       Ostatniej nocy, kiedy już prawie spała, do jej uszu dotarł czyjś urywany szept, z którego Jadzia wyłowiła coś strasznego. A wydawało się jej, że nie może być nic bardziej strasznego od tego, co już zobaczyła - od martwej kobiety i płaczącego dziecka. Słuchała o kimś, kogo znała. I może dlatego było to dla niej bardziej namacalne, chociaż tego nie widziała. Strzępki zdań złożyły się w całość:
       Zginęły dwie Konwerskie, córki Konwerskiego. Mieszkały naprzeciwko, po drugiej stronie drogi. Biegły do szkoły, żeby się tam schronić, ale było za późno. Biegły przez pole - właśnie to pole, które było między domem Jadzi rodziców, a domem babci. Tam rosły kartofle, ale dalej także pszenica. Lodzia, Jadzi rówieśniczka, zdążyła się schować w zbożu, ale dwie pozostałe nie zdążyły. Jedną zamordowali na miejscu, a drugą strasznie pocięli nożami i czym się dało, gardło miała podcięte, ale jeszcze żyła. Ich matka, też poraniona, przybiegła jakoś z boku, kiedy ci źli już poszli, zaciągnęła córkę do domu, w którym mieszkała babcia Jadzi i tam robiła jej opatrunki, starała się ratować, ale córka prosiła: „uciekaj, bo i tak już ze mnie nic nie będzie”. I rzeczywiście zaraz potem zmarła. Lodzia z mamą zdołały dogonić konwój. I teraz Jadzia zastanawiała się, czy jeszcze kiedyś będzie się tak ładnie bawić z Lodzią, jak dotychczas.
      Ostatniego dnia Jadzia była już tak bardzo zmęczona, niewyspana i głodna, że właściwie było jej wszystko jedno. Szła w grupie jak w letargu, może nawet przysypiając po trochu, a w głowie jej się kręciło, zupełnie jak na tym kieracie u dziadka Adama. U dziadka Adama był duży sad śliwkowy, duża stodoła, no i kierat właśnie - takie urządzenie, gdzie konie, zaprzęgnięte do długiego dyszla, chodziły w kółko, a oni lubili na to patrzeć, ale też siadać, chociaż dziadek Adam ich odganiał.
    Kiedy to wreszcie się skończy, ten marsz? Ktoś powiedział, że już niedaleko. Jadzia, chociaż ledwo powłóczyła nóżkami, była dzielna i szła cierpliwie, jak zawsze, kiedy na coś trzeba było czekać. Wiedziała, że ostatecznie będzie nagroda. Zupełnie jak u stryjka Antoniego, który był fryzjerem i pierwszy miał radio, takie na słuchawki, i długo musieli wystawać w kolejce, żeby sobie posłuchać.
       Wyszli z lasu i zobaczyli domy, ogrody i całą masę ludzi, którzy siedzieli na trawnikach i gdzie było można. Wszyscy wyglądali na przerażonych i zszokowanych, a kiedy zobaczyli, że od lasu idzie nowa grupa, zrobiło się poruszenie i wypatrywali, jakby kogoś szukając. Ale ludzie, z którymi szła Jadzia, na razie mieli coś innego na głowie. Byli tak bardzo głodni, że zaczęli wpadać do ogrodów i jeść, co się tylko dało. Jadzia zauważyła bób na grządkach. Jego strąki były na tyle napęczniałe, że łatwo dawały się otwierać. Jadła i jadła dorodne, zielone ziarna, i nic to, że nie były w pełni dojrzałe i surowe. Jadła do momentu, kiedy poczuła się najedzona, a raczej poczuła, że ma pełny brzuszek. Wtedy też usłyszała za plecami: „i ty ocalałaś...?” Tuż za nią stała ciotka Stacha, siostra wujka Stacha. Zabrała Jadzię mówiąc, że pójdą do ludzi, którzy pomagają i dają schronienie. Po drodze jeszcze ktoś z jakiegoś ogrodu dał Jadzi wiśni. Ale dużo już Jadzia nie mogła zjeść. Czuła, że zaczyna się robić coś niedobrego z jej brzuchem, ale dokładnie nie wiedziała co. Wieczorem dowiedziała się w pełni, co to takiego. Bardzo rozbolał ją brzuszek i miała straszne rozwolnienie. Dowiedziała się także, że surowy bób to jest coś okropnego i od tamtej pory nawet na sam jego widok bierze ją na mdłości.



                                                 ***



wtorek, 26 marca 2013

Dyptych*


Najlepsze wina, jakie piłem w swoim życiu, nalewane były z najzwyklejszych, omszałych butelek. Zawsze jakby w zgodzie z tym, czego dawno, dawno temu uczyli mnie starzy marynarze:  trunków nie kupuj w pięknych butelkach, bo do takich wlewa się siki - tylko po to, żeby dały się sprzedać!
I chociaż, z racji wieku, ilość trunków ograniczam już zdecydowanie do dobrego piwa, wciąż mam świadomość - kiedyś zaszczepioną przecież - wyższości treści nad formą.
Dlatego też, kiedy kilka dni temu w skrzynce na listy znalazłem skromne zawiniątko, od razu byłem pewien, że w środku jest coś wielkiego.
Nie pomyliłem się.
Zobaczyłem treść, którą można smakować jak najlepsze wina. Z omszałych butelek. I nic to, że struna w ukulele pękła** - są przecież dwie deski, wycyzelowane ręką mistrza. Jarek zrobił to w sposób doskonały, godny dłoni, która - znać to - potrafi trzymać dłuto. No i pióro, oczywiście. Jednak to nie wszystko; trzeba mieć jeszcze to coś, dzięki czemu

                      uporczywie się zdarza
                      że widzę inaczej
                      za każdym razem na prześcieradle 
                      płótna caravaggia***

Tomik jest wysublimowany. Od początku do końca, i od końca do początku (i z pewnością będzie tak jeszcze wiele, wiele razy) biegnę jak przez

                     łany pszenicy bez dzikiego owsa****


rozkoszując się najwyższego lotu poszanowaniem słowa.
Czytam i czuję:

                     w wychodku nie chowam broni
                     pogodę mamy bezwietrzną
                     nietrudno bydło przegonić
                     inną żyjemy ucieczką*****

I wołam: szukajcie, aż znajdziecie! Nie tylko po to, żeby poznać co się stanie, kiedy żagiel ważniejszy niż ster******
Przede wszystkim, żeby poznać prawdziwe słowa z prawdziwego życia siwobrodego poety.


Jarosław Jabrzemski 
     dyptych ciułaczy
           Miniatura
**  z umiłowania piękna
***  tenebryzm
****  wywiad z przedsiębiorcą rolnym
*****  ballada z koniokradem
******  romanca z bosonogą divą







sobota, 9 marca 2013

Widoczki




     Wpatrywałem się długo, zupełnie zaskoczony. Zobaczyłem swój własny świat w mikroskali, świat z pradawnego podwórka, z żabiej perspektywy, ukryty w sekretnych miejscach, pośród traw i kamieni, strzeżony przez robaki, ślimaki i smoki. I anioła, który fruwa gdzieś w błękitach. Brałem do ręki następne kartki, pokryte akwarelą, i odkrywałem dalej, jakby to były te dziewczyńskie widoczki z dzieciństwa, gdzie wszelkie marzenia i pragnienia, układane w symbole z najcenniejszych skarbów przyrody, mieściły się pod skrawkiem szkła z rozbitej butelki, zamaskowanym dla niepoznaki warstewką piasku, liści i igliwia.
I wtedy po raz pierwszy zrobiło mi się gorąco na plecach. A kiedy się odwróciłem, zobaczyłem to samo, jednak w dużo większej skali: kolory rzucone na płótna. „Lubię kolor” - powiedziała. Tak, to widać od razu. Jednak to nie wszystko. Do tego potrzeba jeszcze odpowiedniego manipulowania paletą, żeby dać odbiorcy tyle ciepła. Potem – jakiś czas potem – z ust jednej pani usłyszałem to samo: „Te obrazy grzeją. Czuję to na plecach. I w ogóle - w całym mieszkaniu jest jakoś tak ciepło, słonecznie, radośnie...”

„Który ci się najbardziej podoba?” - zapytała, widząc że wszystkie mi się podobają. I w taki oto sposób stałem się później, z okazji jakiegoś święta, posiadaczem akwareli, na której zobaczyłem siebie. Takiego, jak lubię – w całkowitym odizolowaniu od reszty świata. W bezpiecznym kokonie, zawieszonym gdzieś w kosmosie, a może zagnieżdżonym na samym końcu jakiejś głębokiej nory, w wygodnej, embrionalnej pozycji, z głową pełną bajkowych snów z dzieciństwa. Znowu to słowo; wciąż łapię się na tych powrotach do zamierzchłej przeszłości. Jednak – tak sądzę – nie da się tego uniknąć i jest tu uzasadnione.
Oprócz akwareli dostałem coś jeszcze: poznałem Zosię*. Poznałem i pokochałem, tak samo jak to, co robi. Więcej: poznałem i pokochałem dzięki patrzeniu na to, co i jak robi. Często szukam odpowiedzi na pytanie: czy człowiek jest wart tyle, ile jego dzieło? Nie znajduję. Jednak w odniesieniu do Zosi mogę stwierdzić całkiem świadomie: jej sztuka jest w stu procentach odzwierciedleniem jej duszy. Jest jak język dziecka, które zobaczyło nagiego króla - szczery, często naiwny, kolorowy ciągłą radością poznawania świata, i w związku z tym zdarza się, że jest także błądzeniem – jednak pozytywnym, twórczym, chociaż dla otoczenia (także dla mnie) czasami uciążliwym.

Kolory, kolory, jakie kolory...? Obserwuję Zosię przy sztalugach, z bezpiecznego dystansu. Nie lubi, jak się patrzy na jej ręce podczas pracy. Rozumiem to, bo mam tak samo. Ona nie lubi, jak ktoś podgląda ją w trakcie podglądania świata przez pryzmat palety. Kątem oka dostrzegam, jak poważnieje i odnoszę wrażenie jakby chowała gdzieś głęboko, w zanadrzu swoją radosną, dziecięcą intuicję, zamieniając się w naukowca, w magistra sztuk, wykładając na paletę wszelkie instrumenty, całą wiedzę zdobytą przez lata studiowania w poznańskiej Akademii Sztuk Pięknych. Wkurza mnie to czasami, bo mam obawy, iż jestem świadkiem zatracania czegoś; kreska i kolor utracą lekkość intuicyjnej spontaniczności, stając się idealne w swojej naukowej sztywności. Jednak zawsze potem okazuje się, że moje lęki są niesłuszne, i biję się w piersi - po raz kolejny Zosia zdumiewa efektem swojej pracy.
Szkło. Kolorowe szkło także stało się przedmiotem pasji Zosi. Witraże to też obrazy, przez które świeci słońce. Zosia to widzi doskonale. A ja mógłbym dalej pisać o moich obawach, ale też o uwielbieniu, o tym jak kocham, obserwując kątem oka z bezpiecznej odległości, z jakim namaszczeniem Zosia łapie światło przez każdy kawałek szkła, zanim zrobi kompozycję, która potem zagra genialnym zestawem barw w jakimś przeszkleniu, albo chociażby w lampie.

Prawdę mówiąc, pisanie o pracy twórczej bliskiej, ukochanej istoty nie jest łatwe, i nawet może być niebezpieczne; tu już trudno mówić o zachowaniu odpowiedniego dystansu. I tak sobie pomyślałem, że dobrze się stanie jeśli zacytuję na koniec piękne słowa, wypowiedziane przez inną bliską mi osobę**, podczas wernisażu w Tawernie Mestwin w Gdańsku, gdzie Zosia wystawiała swoje pejzaże i anioły:
[...]Jej obrazy - myślę o cyklu aniołów - są kolorystycznie czyste, żywe, stonowane i - to prawda! - emanują ciepłem, spokojem, sentymentalnym figlem, niemalże chagall'owską tajemnicą i niemalże chagall'owską lekkością. Rysunek postaci jest uproszczony[...] Spojrzenia tych listonoszy z metafizycznych parków są nieobecne, dłonie znakują napięcie między modlitewną ekstazą a erotycznym - zażenowanym lekko - zachwyceniem, pochylenie głowy wskazuje na iluminacyjną pokorę albo otwiera przestrzeń marzenia sennego.[...] W obrazach Zosi - myślę o malowanych pejzażach - nie pada deszcz, ale i słonce jest ukryte, w tych obrazach przede wszystkim nie ma ludzi. Przez obrazy Zofii Sumczyńskiej - kolorystycznie - płynie czas, barwy odmierzają pory roku i znakują niemalże renesansową zgodę na przemijanie świata i przemijanie tego, który na to przemijanie patrzy. Zastanawia autorskie, artystyczne "łamanie" powierzchni, kolorystyczne "zakładkowanie" pochwyconej pędzlem rzeczywistości. Zapewne jest to swoistego rodzaju podpis Zofii Sumczyńskiej, znak wydeptanej w artystycznym lesie ścieżki. Tak jakby próbowała - uchylając pionowe, kolorystyczne żaluzje odsłaniające świat - dotrzeć do istoty postrzeganych zjawisk, tak jakby próbowała w inny jeszcze sposób złamać dwuwymiarowość malarskiej płaszczyzny. A być może jest tak (przecież w jednym z kościołów w Nowym Dworze znajdziemy ogromne witraże jej autorstwa), że - sprowadzony do dosyć czytelnych, uproszczonych znaków - świat w obrazach artystki uobecnia się tak, jak uobecnia się światło w kawałku szlachetnie ciętego szkła. Więc popatrzmy.


* Zofia Sumczyńska - Urodziła się w 1965 roku w Gdańsku. Absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Mieszka i pracuje w Starogardzie Gdańskim. Pod koniec 2012 roku otworzyła galerię sztuki pod nazwą "Galeria autorska 24B", w której prezentuje swoją twórczość, ale także, z założenia, twórczość innych artystów.
Na swoim koncie ma kilka wystaw indywidualnych w Gdańsku oraz w Starogardzie Gdańskim. Brała także udział w wielu wystawach zbiorowych w Polsce oraz w innych krajach, między innymi w Japonii, Wielkiej Brytanii i Niemczech. W latach 2011 i 2012 otrzymała stypendium twórcze od Prezydenta Miasta Starogard Gdański.

** prof. UG, dr hab. Feliks Tomaszewski - Instytut Filologii Polskiej, Katedra Teorii Literatury i Krytyki Artystycznej.



niedziela, 10 lutego 2013

Anioły trochę większe i całkiem małe


Oj długo, bardzo długo robiłem te anioły. Duże i ciężkie. Strasznie dały mi w moją starą kość. I jeszcze ten montaż, nie dość że wysoko (co szkodzi na mój lęk wysokości), to jeszcze zimno. Na zewnątrz minus 15, wewnątrz podobnie, bo przecież w kościele nie ma kaloryferów.









     

I kiedy wreszcie to wymęczyłem, przy ogromnej pomocy mojej żony Zosi, która także kładzie na te moje rzeźbki piękną polichromię, postanowiłem sobie: nigdy więcej aniołów! Co najwyżej do rzeźbienia aktów wrócę. Ale najpierw sobie odpocznę!
No i zapadłem w sen zimowy. Długo jednak nie pospałem, bo nagle zaczęła się do mnie dobijać urocza Ania, wołając i tu, i tam: hey, anielski! Albo: ...oderwij się od tych wysokich lotów i zajrzyj na chwilkę do skrzynki pocztowej, proszę!!! :)
I jak tu pospać?
Więc się obudziłem i wyszło coś takiego:








Miało być wielkości dłoni i jest.
A teraz idę dalej spać :)