niedziela, 27 lutego 2011

Pani Zofia


Anioły... Od jakiegoś czasu rzeźbię anioły.
Często się zastanawiam nad tym, skąd to się wzięło.
    Już trzy razy zdarzyło mi się być - jak to mówią - jedną nogą na tamtym świecie.
Może wtedy widziałem anioła i tego nie pamiętam? 
Może jego wizerunek utkwił gdzieś głęboko w mojej podświadomości? 
I męczy mnie, i woła: "Przenieś na kawałek drewna"?
Być może. Teraz jednak o aniołach, które pamiętam.



Zofia Sumczyńska                                 rysunek

                                   Do drzwi szło się po skromnych, betonowych schodkach, pod baldachimem z pokręconych gałęzi wiekowego lilaka. Potem drzwi stawały otworem i robiło się jasno. Nawet najbardziej słoneczny dzień nie był w stanie konkurować z blaskiem uśmiechniętych zębów Zosi. Witała mnie tak każdego dnia, odkąd się poznaliśmy. I nie tylko witała. Jej uśmiech zapraszał dalej, na pokoje.
           Już podczas pierwszej wizyty siedziałem w salonie na starej, obdrapanej przez kota kanapie, tuż pod wielkim płótnem w pozłacanym obramowaniu. Twarz dziewczyny, która stamtąd spoglądała, była płomienna nie tylko z powodu długich, rudych loków, opadających na nagie ramiona. Całość, w ogóle, miała coś z ognistego rumaka. „No, proszę! Spróbuj mnie ujeździć!” - zdawały się mówić jej oczy, a podkoszulek, także w rudym odcieniu i jakby mokry, powieszony był tam tylko po to, żeby okryć nagie piersi. To wszystko dopełniał pędzel, który trzymała w sposób bez wątpienia wskazujący wprost na mnie. I gdyby obrazy mogły mówić, z pewnością usłyszałbym: „Uważaj, bo ja jestem artystką”.

           Herbatę podała jakaś młoda dziewczyna. Do jej twarzy także był przylepiony uśmiech, lecz zupełnie innego rodzaju. Był raczej z tych uśmiechów, które wyraźnie świadczą o lekkim upośledzeniu umysłowym. Kiedy stawiała cukiernicę ze szkła oprawionego w finezyjny, srebrny ażur, usłyszałem stukanie. Wydało mi się, że ktoś schodzi po schodach, wspomagając się laską. Dziewczyna przestała się uśmiechać i dziwnie wykrzywiła usta, jakby chciała coś brzydko powiedzieć. Nie powiedziała, ale chyba wzrosło ciśnienie w jej twarzy, bo poczerwieniała, a pod nosem uwidoczniła się blizna po operacyjnym usuwaniu rozszczepu wargi. Szybko wyniosła się do kuchni, a w tym samym momencie do pokoju weszła Pani Zofia.
           Wstałem, żeby się przywitać. Zosia jeszcze była u góry, więc sam musiałem się przedstawić. Pani Zofia odstawiła klasyczną kulę łokciową i podała mi dłoń gestem, który dobitnie świadczył o jej arystokratycznym pochodzeniu. Zaraz potem w podobnym stylu machnęła w stronę kuchni.
           - To nasza gosposia. Nie lubię jej, bo to zła dziewczyna. Ale proszę się nie przejmować. - Usiadła w fotelu, naprzeciwko mnie.
           Chwilę milczenia przerwałem delikatnym chrząknięciem. Pani Zofia podchwyciła w trochę innym tonie:
           - Zerka pan, widzę, na mój portret. Właściwie autoportret. Podoba się panu?
           - O, tak! Robi wrażenie. Kolory takie...
           - Malowałam go dawno temu. Pana z pewnością nie było na świecie. To było w czasach, gdy się jeszcze uczyłam u Sióstr Nazaretanek, w Wilnie.
U Pani Zofii nie usłyszałem wileńskiego akcentu. Mówiła jednak pięknym językiem, jak aktorka z przedwojennego filmu. I chociaż jej głos, jak przystało na kobietę osiemdziesięcioletnią, był bardzo szorstki, słuchałem jej słów z wielką przyjemnością. Od razu dało się wyczuć, że trzyma w swojej pamięci ogromny zbiór wspomnień i lubi opowiadać. A ja lubiłem słuchać. Poprawiłem więc, już całkiem rozluźniony, pozycję na kanapie, gotując się na miły wieczór.

           Jednak wtedy stało się inaczej. Po schodach zbiegła Zosia, trzymając pod pachą teczkę z akwarelami, które chciała mi pokazać. Dosyć długo ich szukała. Miałem jednak przeczucie, że to było tylko oficjalne tłumaczenie i tak naprawdę chciała, żebym trochę pobył z jej mamą.
           - I jak się czujesz, mamusiu? - zapytała z uśmiechem, jednocześnie gładząc Panią Zofię po plecach. - Poznaliście się już? To jest...
           - Tak, wszystko już wiem. Nie musisz przedstawiać.
           - Czy jeszcze nalać herbaty? - Zosia zwróciła się do mnie.
          - Tak, poproszę. - Spróbowałem też się uśmiechnąć. - Właśnie dowiedziałem się, że talent odziedziczyłaś po mamie.
           - Tak? Jak to? - Zosia wydała się zaskoczona.
          - No... Ten autoportret bardzo mi się podoba. - Tu odchrząknąłem, bo wydało mi się, że coś jest nie tak. - Pani Zofia opowiedziała mi, że go namalowała w Wilnie.
Zosia spoważniała i gwałtownie spojrzała na mamę. Przez chwilę wahała się, jakby chciała coś powiedzieć. W końcu jednak znowu pokazała cały garnitur śnieżnobiałych zębów.

           Odprowadziła mnie do furtki, wciąż z uśmiechem. Widać było, że jest zadowolona z mojej wizyty. Ja też byłem zadowolony.
           - Bardzo się cieszę - powiedziałem. - Cieszy mnie, że zobaczyłem coś więcej z tego, co robisz. Podoba mi się.
           - Miło mi.
           - No i poznałem jeszcze jedną artystkę. - Chciałem się uśmiechnąć, ale nie zdążyłem, bo w tym momencie Zosia posmutniała. Opuściła głowę i chwilę wpatrywała się w kafle ogrodowej ścieżki, żeby w końcu spojrzeć mi prosto w oczy.
           - Ten autoportret nie jest mojej mamy - powiedziała bardzo poważnie. - To mój autoportret. Namalowałam go osiem lat temu, w czasie studiów.

           W taki właśnie sposób stałem się częścią życia obu pań. Chociaż nie mam absolutnej pewności, czy w przypadku Pani Zofii jest to prawidłowo powiedziane. Miałem wrażenie, że od samego początku potraktowała mnie jak kogoś, kogo się zna przez całe swoje długie życie. Okazało się, że samotnie mieszkające panie potrzebują bardzo dużo męskiej pomocy. Zaczęło się od drobnych awarii, które pojawiały się jakby specjalnie dla mnie. Mogłem w pełni realizować się jako złota rączka, jeżdżąc tam jako hydraulik, elektryk, stolarz, jednocześnie współpracując z Zosią w branży artystycznej. Realizowałem jej projekty jako rzeźbiarz. Często głowiliśmy się do wieczora w jej pracowni na piętrze i wtedy regularnie około dziewiętnastej zaczynały skrzypieć schody. Pani Zofia mozolnie drapała się do góry, by w końcu stanąć w drzwiach z pytaniem:
           - Czy pan Michał zje z nami kolację?
          - A mamusia zna Michała? - Zosia lubiła przekomarzać się w taki właśnie sposób, udając zdziwienie. Może trochę dla zabawy, ale też po to, żeby skontrolować stan umysłu mamy.
          - Też coś?! - Pani Zofia się oburzała. - Przecież to mój dobry znajomy. Pana Michała znam od dziecka.
Zasiadaliśmy do kolacji, które uwielbiałem. I nie tylko dlatego, że były bardzo rodzinne, ciepłe, z rytualnym nakrywaniem do stołu, ale też z powodu opowieści. Najpiękniejsze były te nad albumami pełnymi starych fotografii. Pani Zofia nie musiała ich odwracać, żeby odczytywać, kto jest kto. Doskonale wszystko pamiętała i swobodnie przenosiła nas w przeszłość, przeważnie do Wilna, gdzie uczyła się w szkole dla dziewcząt, i do Niestaniszek, gdzie jej ojciec miał majątek ziemski. Opowiadała o najpiękniejszej rzece Vilia, w której się kąpała i o spływach kajakowych, po tej samej rzece.
           - Nie myślałaś o tym, żeby to wszystko jakoś spisać? - zapytałem, bo wciąż dręczyła mnie myśl, że takie historie należałoby zachować dla potomnych. - Trzeba by się pośpieszyć, dopokąd Pani Zofia tak dobrze wszystko pamięta.
           - Tak, cały czas myślę, ale to nie takie proste. Wymaga czasu i w ogóle... Sam wiesz... - Zosia na moment zamyśliła się. - Właściwie to ciekawe. Wydaje mi się, że mama coraz lepiej sobie przypomina rzeczy z dalekiej przeszłości. A nie pamięta tego, co było pięć minut temu.

           Starość dotychczas była dla mnie czymś obcym i abstrakcyjnym. Prawdę mówiąc nie lubiłem starych ludzi i omijałem z daleka. Może dlatego, że nie znałem. Człowiek z reguły boi się nieznanego. Zawsze sądziłem, że dotknięcie starej, pomarszczonej skóry jest czymś nieprzyjemnym. A świadomość, że to w końcu kiedyś nastąpi, jako naturalna kolej rzeczy, napawała mnie wręcz strachem i wstrętem. I tu dokonałem zdumiewającego odkrycia. Pani Zofia była bardzo starym człowiekiem, mocno zdeformowanym podczas zderzenia z autem, prowadzonym przez młodego szaleńca, gdzieś na przejściu dla pieszych. Chodziła z wielkim trudem, o kuli, dziwacznie przechylając się na jedna stronę. A z każdym krokiem na jej bladej, z wyschniętą i jakby za mocno naciągniętą skórą twarzy, widać było po prostu ból. W końcu musiał nadejść taki moment, w którym zwykły odruch nakazał mi podać rękę, podać kulę, posadzić na wózku. I niczym się nie zaraziłem. Nie przeskoczyły na mnie żadne bakterie, których istnienie wyobrażałem sobie na każdym sprzęcie rodem ze szpitala. Pani Zofia patrzyła na moją męską dłoń jak na coś oczywistego. Patrzyła lekko z góry, z wyniosłością damy z wyższych sfer. A ja, jak wspomniałem, odkryłem w sobie jeszcze jeden talent złotej rączki: stałem się ostoją, specyficznym strażnikiem bezpieczeństwa dla istoty starej i schorowanej. I dawało mi to wielką satysfakcję.

            Pani Zofia siedziała w fotelu naprzeciwko telewizora. Oglądała jakiś film wojenny i obawialiśmy się, czy nie za długo, bo już nie raz zdarzało się, że taki film przenosił ją w dawne, bolesne czasy.
           Tym razem był jednak spokój. Była nawet bardzo bystra, sądząc po komentarzach i po tym, że dokładnie wiedziała, co się dzieje na kanapie, tuż za jej lewym ramieniem.
           - Panie Michale - zapytała w momencie, kiedyśmy się najmniej spodziewali. - Czy pan u siebie w domu nie ma telewizora?
Zatkało nas, ale Zosię bardziej. Ja zachowałem zimną krew i roześmiałem się. Zosia w końcu też się uśmiechnęła i powiedziała:
           - Mamusiu! Jak możesz?! Michał jest naszym gościem! Nieładnie jest tak traktować gościa.
           - I owszem, jest gościem. Ale gość także nie może przekraczać pewnych granic. Poza tym, panie Michale - tu zwróciła się wprost do mnie - może pan się spóźnić na autobus.
           - Nie ma obawy, Pani Zofio. Przecież przyjechałem tu swoim samochodem.
           - Ach tak? Naprawdę? Jednak, mimo wszystko, powinien pan już pojechać. - Pani Zofia zaczęła się podnosić z fotela. - Boże drogi, co też oni wyprawiają z ludźmi. To jest coś okropnego! To są Niemcy, mordercy! Sam pan widzi, że niebezpiecznie jest tak późno wychodzić z domu. Boże! Co oni wyprawiają?!
Pani Zofia podniosła swoją kulę i wymierzyła, niczym włócznią, prosto w mój tors, jakby z zamiarem przebicia. Nic się jednak nie stało, poza tym, że powiedziała kuśtykając do kuchni:
           - Lepiej niech pan już stąd idzie!
          Takich chwil, kiedy czułem, że lepiej się wynieść, żeby zbytnio nie zadrażniać sytuacji, było sporo. Jednak z czasem coraz mniej. Nie miałem pojęcia, skąd u Pani Zofii zdarzały się takie gwałtowne zmiany nastroju i nagłe zmiany stanowiska w stosunku do mnie. Postanowiłem to przeczekać, jednocześnie ucząc się cierpliwości. A przeczuwałem, że jeszcze dużo będę jej potrzebował. Wyszedłem w mrok, nie spodziewając się Niemców morderców. Zanim wsiadłem do auta obejrzałem się. Za szybą kuchennego okna stała Pani Zofia, patrząc na mnie przenikliwym wzrokiem. Poruszała ustami wypowiadając jakieś słowa. A ja, chociaż nie potrafię czytać z ruchu warg mogę dać głowę, że usłyszałem wtedy zdanie: „Idź, idź i więcej nie wracaj. Nie przychodź tu diable wcielony...”

           Kierowcą Pani Zofii zostałem w momencie, kiedy Zosi udało się załatwić dla mamy miejsce w przedszkolu. Tak właśnie mówiliśmy o tak zwanym domu dziennego pobytu dla staruszków. Oczywiście Pani Zofia nigdy nie zaakceptowała naszego nazewnictwa. Sama sobie wymyśliła swoją nazwę i konsekwentnie ją stosowała. Kiedy zajeżdżałem z rana i stając w progu mówiłem: „Dzień dobry Pani Zofio! O! Widzę, że jest pani już gotowa?” - z reguły tak rozwijała się rozmowa:
           - Oczywiście, panie Michale. A dokąd dzisiaj jedziemy? Czy tam, gdzie ostatnio?
           - Tak, właśnie tak. Pamięta pani, gdzie byliśmy ostatnio?
           - No przecież! Dlaczego miałabym nie pamiętać?
          - Mamusiu, jesteś pewna? - Zosia włączała się, żeby pobudzić mamę do bardziej konkretnej odpowiedzi. - Jak się nazywa to miejsce?
           - Myszy - odpowiadała Pani Zofia. - Jedziemy do myszy.
          I zanim wyszliśmy z domu, jeszcze raz sprawdziła dokładnie zawartość swojej torebki, w której znakomitą większość stanowiły papierowe chusteczki do nosa. Były skrupulatnie poskładane w prostokąciki, coraz to mniejsze, w miarę jak się zużywały. Ale były tez fragmenty postrzępione, jednowarstwowe, jakby oderwane od używanej reszty. Wrzucone do torebki na zasadzie: „A, to się jeszcze przyda”. W którejś przegródce leżał portfel, zupełnie nowy. Zosia kupiła go mamie specjalnie na okazję chodzenia do przedszkola. Pani Zofia trzymała w nim kilka starych fotografii i jakieś inne historyczne akcesoria, dające jej poczucie tożsamości. Na samym wierzchu, jakby Cerber strasząc wielkimi zębami, pilnował całej reszty wielki grzebień, który był nieodzowny do dość częstego poprawiania imponującej, jak na taki wiek, czupryny starej damy.
           Potem, już w drodze do myszy, wszystko stawało się rutynowe. Przed jedynym skrzyżowaniem, jakie mieliśmy po drodze, dzień w dzień, zawsze w tym samym miejscu Pani Zofia mówiła wyniosłym głosem:
           - Co to się dzieje?! Co za czasy?! Teraz i żuk i żaba mają samochód! Przejechać nie można!

           Po pracy, około szesnastej, gnałem przez miasto do myszy, żeby odebrać Panią Zofię. Jak zwykle wjechałem wprost na podwórko, na zaplecze dziewiętnastowiecznej willi, pod same schody. Pani Zofia drzemała na swoim fotelu, pod ścianą, tuż przy wejściu do dużej sali. Stanąłem nad nią próbując delikatnie obudzić, gotowy na dialog, który znałem już na pamięć:
           - O! Pan Andrzej! - powiedziała otwierając oczy.
           - Pani Zofio, czy na pewno? - zapytała wesoło młoda terapeutka Kasia. W tej samej chwili pan Andrzej przyniósł z kąta kule. Pani Zofia spojrzała na mnie bardziej przytomnie i powiedziała:
           - Pan Michał? Czy pan po mnie przyjechał?
           - Tak, po panią. Możemy jechać do domu.
          Kiedy pomagałem jej wsiadać do auta, z jednej strony czułem się dumny i dowartościowany. Pomagałem słabej istocie, która w wielkim zaufaniu oddawała się w moje ręce. Lecz tak naprawdę nie miałem pewności, czy Pani Zofia wie, kto ja jestem? Czy pan Michał, czy pan Andrzej? Traktowała mnie wyniośle, co z pewnością było częścią jej charakteru, lecz w tamtej chwili chyba bardziej było pozą, która dodawała jej pewności siebie. Jechała, jak co dzień, w nieznane. Położyłem kule na tylnym siedzeniu i wskoczyłem za kierownicę. I zanim zdążyłem zatrzasnąć drzwi, Pani Zofia powiedziała:
           - Do Wilna proszę!
           - Tak jest! - odpowiedziałem. I poczułem się trochę dziwnie, jakby ze świadomością, że czegoś mi brakuje. Jeśli nie liberii, to przynajmniej jakiejś czapki z daszkiem, która podkreślałaby moją funkcję.

           Był koniec maja i o tej prze, kiedy wjechałem w ulicę Kościuszki, słońce waliło prosto w oczy. Jechałem powoli, bo był duży ruch, ale też lubiłem spokojnie popatrzeć na stare kamienice, oczami pani Zofii. Był to swoisty fenomen, w którym każdego dnia odkrywałem coś nowego. W jej głowie było dwa w jednym: wehikuł czasu i maszyna do teleportacji. Trzymając ręce na kierownicy w ułamku sekundy przenosiłem się pięćset kilometrów na wschód i jakieś sześćdziesiąt pięć lat wstecz.
           - He, he - uśmiechała się pani Zofia. - Tak dawno tu nie byłam. Jak przyjemnie odwiedzić swoje stare kąty.
           - No właśnie - mówiłem. - Więc gdzie teraz jesteśmy?
           - W Wilnie, he, he. To moje ukochane miasto.
           - Jest pani pewna?
           - Też coś? Co pan? Żarty sobie stroi? - obruszała się. - O! Tu na przykład! Proszę spojrzeć, do tej szkoły chodziłam, do Sióstr Nazaretanek.
To była szkoła muzyczna. Zupełnie inny punkt i w czasie, i w przestrzeni. Ale ja byłem zadowolony, bo co dzień poznawałem nową szkołę, w której uczyły zakonnice. Zaraz potem, już przy zjeździe z Jana Pawła, znowu dowiadywałem się, że teraz i żuk, i żaba mają samochód.

           Drzwi otworzyły się jak zwykle z uśmiechem. Zosia o tej porze miała na sobie kuchenny fartuszek i zawsze coś tam trzymała w dłoni. Albo jakiś nóż, albo widelec, albo choćby kartofel.
           - No, mamusiu? - pytała. - I jak tam dzisiaj było w przedszkolu?
           - W przedszkolu? He, he. Nie żartuj sobie, ja nie jestem dzieckiem.
           - W takim razie gdzie byłaś?
           - Jak to gdzie - Pani Zofia niecierpliwie wzruszyła ramionami. - U myszy. U myszy przecież byłam.
           Poszła do kuchni. I zanim usiadła na swoim krześle między stołem a lodówką, podeszła do okna, żeby zerknąć na ulicę.
           - O! Widzę, że już nasze auto stoi - powiedziała zaskoczona. - Tylko coś nie widać kierowcy.
           - Stoi samochód? - udałem zaciekawienie. - A rzeczywiście. Kierowca? Może już pod drzwiami stoi? Kto jest kierowcą tego auta?
          - Pan... Taki pan... Bardzo sympatyczny... Zapomniałam jak się nazywa. - Pani Zofia chwilę się zastanawiała. - No wie pan... Ten Żydek. Taki rudy Żydek.

           Usiadłem na krześle po drugiej stronie stołu. Oboje z Panią Zofią zaczęliśmy się wpatrywać w dżinsy opięte na kształtnych pośladkach Zosi, która stojąc do nas tyłem, coś tam robiła nad zlewem.
           - He, he - zaśmiała się Pani Zofia. - Widać, że ta kobieta była nieźle karmiona w domu.
           - Jak to? - zapytałem. - O kim pani mówi?
           - No proszę, przecież sam pan widzi - wysunęła brodę w geście wskazującym.
           - No wiesz, mamusiu?! Jak możesz?! - do Zosi też to dotarło. - A tak w ogóle, to przecież ty mnie karmiłaś.
           - Ja? A to dobre! - Pani Zofia zaczęła się śmiać, jak ktoś nieźle rozbawiony. - Niby dlaczego to ja miałabym panią karmić?
           - Bo jestem twoją córką! Nie poznajesz mnie, mamusiu? - Zosia całkiem odwróciła się w naszą stronę. Jej twarz lekko poczerwieniała i chociaż wciąż widać było na niej rozbawienie, dostrzegłem coś jeszcze. Może to była lekka złość, ale na pewno w Zosi rodził się coraz większy niepokój.
           Patrząc na to z boku można by rzec, że to sytuacja dosyć komiczna. Lecz w tamtej chwili i ja w końcu poczułem się niezręcznie. Wstałem, gotowy do wyjścia.
           - A ty dokąd? Dzisiaj nie zjesz z nami obiadu? Po co ja tyle ziemniaków obieram? - Zosia wciąż miała na twarzy rumieńce.
           - Tak...? - mruknąłem. - Trochę mi głupio... Wciąż was tu objadam...
           - Daj spokój. Siadaj.
           Przez długie minuty jedliśmy w ciszy. Zosia była jakaś zamyślona, a Pani Zofia jak zwykle jadła tylko pół obiadu. Chociaż nie była tego świadoma, jadła tylko do towarzystwa, bo przecież u myszy dawali normalne posiłki. O tej porze jednak już o tym nie pamiętała i sytuacja mogłaby jej wydawać się dziwna, gdybyśmy tylko my jedli, a ona miałaby się przyglądać.
           Przeżuwałem kotlet z indyka także w milczeniu. Rozmyślałem trochę o planie pracy na resztę dnia, ale też, zerkając w okno, kontemplowałem nieciekawy widok. Po chodniku gnali ludzie z opuszczonymi głowami. Przeważnie wyglądali na głodnych, co nie było dziwne, bo wracali do domu po pracy. Dalej jednostajny szum samochodów, non stop, w obie strony. Ciekawe skąd i dokąd? I jeszcze dalej tło: jednostajna szarość blokowiska. „Smutno tu” - pomyślałem. „Chyba nie chciałbym w takim miejscu mieszkać”. Dobrze chociaż, że do okna zaglądał krzak jaśminu. Chwalił się świeżą zielenią i nabrzmiałymi pąkami, które mówiły: „Niedługo się rozpukniemy i zapachniemy kwiatem!”
Wiesz, Michał...? - nagle powiedziała Zosia. - Gdybyś tu ze mną zamieszkał, mogłabym ci zawsze obiady gotować.

           Zbudowałem ogromne, dwuosobowe łóżko z drewna sosnowego i zamieszkałem u Zosi. Moje życie stało się trochę spokojniejsze - o tyle, że nie musiałem z rana gnać przez miasto w stresie. Zosia regularnie zaczęła gotować większe obiady, żeby i mnie nakarmić. Praktycznie zostałem członkiem rodziny, w dzień i w nocy. Jednak szybko okazało się, że po części - szczególnie wieczorami - trzeba było działać w swoistej konspiracji. Były to chwile często komiczne, w których mieliśmy niezłą zabawę. Mogę uczciwie powiedzieć, że nauczyłem się nieźle grać udając, na przykład, że już wychodzę, że śpieszę się na autobus. A zaraz potem wracałem w ukryciu, na paluszkach, żeby nie drażnić Pani Zofii, która prawie czterdziestoletnią Zosię traktowała wciąż jak małą dziewczynkę. Poza tym jednak - i trudno powiedzieć, czego było więcej - coraz częściej życie wystawiało i Zosię, i mnie na coraz trudniejsze próby.

           Pracowaliśmy u góry. Oboje pochyleni nad dużym blatem, analizowaliśmy nowy projekt. Nagle poczułem swąd. Podniosłem głowę i zacząłem, niczym jakiś zwierz, niuchać. Zosia już mnie znała od tej strony. Wiedziała, że jestem wyczulony na wszelkie podejrzane smrody. Dlatego tylko się uśmiechnęła:
           - To z dworu. Ktoś na pewno jakieś śmiecie pali.
           Okno było uchylone i to było bardzo prawdopodobne. Jednak coś mnie tknęło i na wszelki wypadek wystawiłem nos także na korytarz. I wtedy już wiedziałem. Po schodach bardziej zjechałem, niż zbiegłem. Słup ognia w kuchni sięgał sufitu. Gaz z kuchenki gazowej już się nie palił, bo palnik zalany został przez roztopioną obudowę elektrycznego czajnika. Tworzywo sztuczne płonęło wydzielając mnóstwo smrodliwego dymu, rozlewając się aż na podłogę i przy okazji zatapiając pokrętła kurków na amen. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to złapać wszystkie ścierki, jakie zobaczyłem w kuchni i szybkim ruchem zakryć ogień. Udało się – ugasiłem pożar.
           Usiadłem na krześle ciężko dysząc. A serce, myślałem, że mi żebra połamie. Zosia, bardzo zdenerwowana, otwierała okno.
           - Mamusiu! Co ty tu narobiłaś?! - To był okrzyk rozpaczy.
           - Ja? - Pani Zofia była zupełnie spokojna. - Ja nic nie zrobiłam. Ja sobie tu tylko siedzę.
          Siedziała przy stole, kurczowo trzymając torebkę, z miną skruszonego dziecka. Wiedziała, że coś przeskrobała, wolała jednak zachować się w sposób, który nas nieźle rozbawił. Ale nie tylko. Dostrzegliśmy także, że działania Pani Zofii są coraz bardziej nieprzewidywalne. I jeszcze coś - własną ułomność, przez którą nie byliśmy w stanie wszystkiego sobie wyobrazić.

           Kiedy mocne szarpanie za ramię w końcu mnie obudziło, nie mogłem przez chwilę się zorientować, gdzie jestem. I wreszcie, kiedy dotarło do mnie rozpaczliwe wołanie Zosi, zerwałem się z łóżka. Była to chyba najszybsza pobudka w moim życiu. Wrzucałem na siebie ubranie w tempie przyspieszonym, jednocześnie patrząc za okno. Po drugiej stronie ulicy, za ciągłym strumieniem jazgoczących aut, mozolnie wspinała się po schodkach Pani Zofia. Była w kapciach, co od razu rzucało się w oczy, w kontraście z zimowym płaszczem i czapką. Nie miała kul i szła bardzo niezdarnie. Dawało to nadzieję, że ją dogonię zanim zniknie gdzieś w blokowisku. Zaraz potem stałem na skraju jezdni, czekając na odpowiedni moment, żeby przeskoczyć na drugą stronę. Na karku poczułem chłód, chyba z przerażenia. „Boże! Jak jej się udało?!” Pani Zofia zniknęła za węgłem najbliższego bloku.
           Dopadłem ją tuż przy zejściu obok kościoła, tam gdzie jest skrót w stronę szkoły.
           - Dzień dobry Pani Zofio! - zagadnąłem. - A dokąd to pani tak wcześnie?
           - O! A co pan? - Zatrzymała się gwałtownie. Chyba niechcący ją przestraszyłem. - Idę do szkoły. Śpieszę się. - Odwróciła się jeszcze gwałtowniej i pokuśtykała dalej.
          - Ależ pani Zofio! - Podbiegłem i chwyciłem ją pod ramię. - Dzisiaj jest przecież niedziela i...
           - Proszę dać mi spokój! - Pani Zofia energicznie wyszarpnęła łokieć. W jej twarzy, ale też w postawie całego ciała, pojawiło się coś charakterystycznego dla małej dziewczynki. - Niech pan się odczepi, bo ja nie rozmawiam z obcymi!
Przestraszyłem się nie na żarty. Pani Zofia zaczęła podnosić głos, a ja zerkałem na boki, żeby sprawdzić, czy ktoś z przechodniów nie nabiera w stosunku do mnie niesłusznych podejrzeń. Poczułem się bezradny. Jak wobec niesfornego dziecka, które nagle na środku drogi zaczęło się wydzierać i nie wiadomo, czy dać klapsa, czy pogłaskać po główce, w obawie o naruszenie praw tegoż dziecka. Zastąpiłem drogę Pani Zofii i spróbowałem jeszcze raz, starając się patrzeć prosto w jej oczy:
           - To ja, Michał! Proszę na mnie spojrzeć!
          - A... Pan Michał? - Pani Zofia zatrzymała się i podniosła głowę. - He he, rzeczywiście. Czy coś się stało, panie Michale?
           - Nie, nic... - odetchnąłem z wielką ulgą. - Jednak będziemy musieli wrócić do domu, bo zapomniała pani włożyć buty.

            W końcu każdy dzień zaczął się upodabniać do poprzedniego. Przyzwyczajałem się do innej kuchni i innej rzeczywistości. Chcąc nie chcąc zmuszony byłem dostosować się do innego rytmu, dyktowanego przez kobiety. I nie będę zaprzeczał, że wyniosłem z tego jedynie korzyści. Przestałem gnać gdzieś bez celu. Odrzuciłem dotychczasowy styl życia pod hasłem: gdzieś kątem, na chybcika i na kolanie. Wieczorami byłem w domu. Rozmawiałem, słuchałem, oglądałem i czytałem. Zacząłem się normalnie wysypiać, wcześnie wstawać i jeździć na wycieczki w każdą niedzielę. A w tym wszystkim osią przewodnią była obecność Pani Zofii.
           W drzwiach wejściowych zamontowałem inny zamek. Taki, żeby Pani Zofia nie mogła sama sobie wyjść na zewnątrz. Zainstalowałem nową kuchnię z zabezpieczeniem przed wypływem niespalonego gazu. No i razem z Zosią pilnowaliśmy, żeby elektryczny czajnik nie służył do gotowania wody na ogniu. Grałem też w karty z Panią Zofią, a z Zosią w szachy, a zimą słuchałem jak obie śpiewają kolędy. I coraz częściej oglądaliśmy stare fotografie, bo Pani Zofii strasznie puchły nogi - spacery były coraz rzadsze i już tylko z wykorzystaniem wózka.

           Kiedy mocne szarpanie za ramię w końcu mnie obudziło, nie mogłem się zorientować, gdzie jestem. I wreszcie, kiedy dotarło do mnie rozpaczliwe wołanie Zosi, zerwałem się z łóżka. Nie musiała nic mówić. Od razu pobiegłem za nią na dół. Pani Zofia była przytomna i nawet się uśmiechała. Trochę jakby ze wstydu, bo była prawie naga. Leżała na podłodze i nie była w stanie wytłumaczyć, dlaczego się przewróciła. Miała potłuczoną nogę i łokieć, i nie mogła wstać. Jej ciało leżało jakoś dziwnie, bezładnie, jakby się rozlało na podłodze, jak jakaś ameba. I nawet nie było niemiłe w dotyku, ale trudno było je złapać - jakoś tak uchwycić, żeby podnieść. Zdawało się, że Pani Zofia jest potwornie ciężka i nieźle się z Zosią naszarpaliśmy, zanim w końcu leżała ubrana na kanapie.

           Pani Zofia już nie mogła wchodzić po schodach do góry. Trzeba było błyskawicznie wygospodarować dla niej miejsce na dole. Zrobiliśmy nieplanowany remont, w wyniku którego powstał mały pokoik, oddzielony od salonu dużymi, rozsuwanymi drzwiami. Spory rozgardiasz, jaki trwał przez dobry tydzień, wszyscy znieśli bardzo dzielnie. Pani Zofia - poza godzinami, kiedy była u myszy - przeważnie spała w fotelu. Ja zakasałem rękawy, zacisnąłem zęby i mocno zabrałem się do pracy. Zosia dzielnie mi pomagała w sytuacjach, kiedy jej pomoc była przydatna. Na jej twarzy wciąż był uśmiech, chociaż widziałem, że coraz trudniej przychodzi jej maskowanie wielkiej troski o mamę i narastającego zmęczenia. Przez tydzień ciąłem, kułem, wierciłem, wkręcałem i hałasowałem. I właściwie tylko raz zdarzyło się coś nieprzewidzianego. Pani Zofia otworzyła oczy i krzyknęła:
           - Czy oni wreszcie przestaną hałasować?!
           - Tak, już niedługo będzie spokój - odpowiedziałem. I widząc, że Pani Zofia znowu zasnęła, począłem dalej wkrętarką generować zgrzyty i jęki. Po kwadransie zlazłem z drabinki, żeby trochę odsapnąć. Odwróciłem się prosto twarzą w twarz Pani Zofii. Stała tuż za mną, oparta o jedną kulę, a z jej oczu waliły gromy wściekłości.
           - A masz! - powiedziała. W mój splot słoneczny trafił prawy prosty. Tak mocny, że na kilka sekund dech mi zaparło i nawet jęku nie zdołałem z siebie wydobyć, kiedy złożyło mnie w pół, prawie jak scyzoryk, który miałem w kieszeni. Kiedy się w końcu wyprostowałem, Pani Zofia dalej spała w fotelu.

           Tuż za wejściem do pokoju Pani Zofii, pod ścianą przeciwległą do okna, postawiliśmy nowe łóżko z nowym materacem. U wezgłowia stanęła nocna szafka, nad którą zainstalowałem porcelanowy kinkiet, włączany przez pociągnięcie sznureczka. Pani Zofia była bardzo zadowolona.

           Kiedy mocne szarpanie za ramię w końcu mnie obudziło, nie mogłem się zorientować, gdzie jestem. I wreszcie, kiedy
dotarło do mnie rozpaczliwe wołanie Zosi, zerwałem się z łóżka. W pierwszej chwili jej nie poznałem, tak miała zmienioną twarz od płaczu i wielkiej rozpaczy. „Mamusia umiera...!” Były to słowa kompletnie bezradnego dziecka, wykrzyczane głosikiem niby cienkim, rachitycznym, niby ledwo przeciskającym się przez wszystko, co leciało z oczu i nosa - jednak czuło się w nich całą moc przeszłości, moc miłości między córką i matką, i moc bezgranicznego żalu, że wszystko się kończy. Właściwie czekałem na te słowa. Czekałem odkąd zrozumiałem, że jestem świadkiem przemijania, powolnego zmierzania do końca właśnie. Byłem bardzo ciekawy tej chwili i jednocześnie bałem się jej. Bałem się niewiadomej. Jak się zachowam? Czy dam radę? Czy będę dla Zosi wystarczającym oparciem? Po schodach biegłem ze łzami w oczach.

           Pani Zofia leżała na wznak, miała drgawki i dziwnie patrzyła do góry, jakby pod powieki. Właściwie widać było tylko białka oczu. Też drgały i jedynie na moment, od czasu do czasu, przemykały fragmenty źrenicy. W drzwiach pojawiła się młoda lekarka. Przez chwilę patrzyła na Panią Zofię z oddali i w końcu powiedziała:
           - Właściwie nic tu po nas. To już jest agonia...
Zosia zaczęła szlochać spazmatycznie i musiałem ją schować w ramionach. Pani lekarka zaczęła coś przebąkiwać, że jest jej przykro, jednak nagle przerwała. Chyba wtedy właśnie zaczęła myśleć. Podeszła do Pani Zofii, złapała ją za rękę, popatrzyła tu i ówdzie i odwróciła się do nas.
           - Nie, to jednak nie jest agonia. To wygląda na jakiś poważny incydent neurologiczny. Musimy panią zabrać na oddział.

           Po wyjściu ze szpitala Pani Zofia już nigdy nie otworzyła oczu, a w jej pokoju nastąpiło przemeblowanie. Niskie, drewniane łóżko zastąpiliśmy wysokim, szpitalnym. Takie wysokie jest wygodniejsze, kiedy trzeba operować bezwładnym, ciężkim ciałem. Zosię przeszkoliły pielęgniarki i dobrze wiedziała, jak przewracać Panią Zofię za pomocą prześcieradła, w taki sposób, żeby jak najmniej sobie obciążać kręgosłup. Często pomagałem Zosi, zwłaszcza kiedy trzeba było potrzymać Panią Zofię w pozycji siedzącej, podczas oklepywania pleców. Do karmienia podnosiło się wyżej ruchomą część łóżka. Przyzwyczaiłem się do wynoszenia pampersów i widoku plastikowego worka z brunatnym moczem. Poza tym przyglądałem się. Prawie przez rok obserwowałem, jak Zosia dbała o każdy skrawek ciała Pani Zofii. Widziałem jak zmywa kupki, oklepuje plecy, smaruje maścią odleżyny, jak myje twarz, obcina paznokcie i czesze. Karmienie było dosyć żmudnym, ale też pięknym rytuałem. Zosia zawsze rozmawiała z Panią Zofią. Często też śpiewała, a Pani Zofia wyraźnie się uśmiechała. Jej twarz przypominała twarz dziecka, które śni, że jest w łonie matki.

           Wtedy też nabrałem pewności, że anioł, który długo przebywa wśród ludzi, staje się w końcu człowiekiem. Na chwilę przecież, bo potem znowu, kiedy umiera, staje się aniołem. Miałem wielkie szczęście, że spotkałem jednocześnie dwie takie istoty. Pani Zofia jest już wśród aniołów. W maju pozostawiła swoje ciało na drewnianym katafalku, w kaplicy pogrzebowej. Było, pamiętam, przesadnie i brzydko podmalowane przez specjalistów od pochówku. Zosia bardzo się wtedy rozpłakała i znowu musiałem ją przytulić, bo zaczęła wymyślać, że przecież mówiła tym kretynom, żeby mamusi nie malowali. Wtedy też Zosia przestała być aniołem i już całkiem stała się człowiekiem. Na razie. Nie przeszkadza mi to, bo kiedy wchodzę do domu i tak jest jasno od jej uśmiechu. A anioł? Jest! Wciąż przecież jest z nami Pani Zofia.


***




piątek, 25 lutego 2011

Szpak

W kilku słowach przedstawiam Misia, 
który jednak będzie dominował na tym blogu.


          Po całym wielkim nieboskłonie wędrowały sobie tylko dwie niewielkie chmury. Sunęły z wolna na zachód, trochę jakby za słońcem. Wciąż ulegały wietrznej metamorfozie, co rusz przyjmując inne kształty. A może i  bezkształty, w których mógłby kto dopatrywać się jakichś kształtów.
           - Czy ty widzisz to samo co ja? - zapytał Szpak, nie przerywając dziobania w dojrzałą czereśnię.
           - To samo, czyli co? - Misiu otworzył oczy, spodziewając się czegoś ciekawego. - Widzę tylko niebo, bardzo słoneczne. Jak dla mnie za bardzo.
           - Za bardzo? - Szpak się zdziwił. - To czego tu leżysz na tej trawie? Idź sobie do cienia, jak ci za jasno.
           - Muszę dopilnować, żebyś mi za dużo czereśni nie zjadł.
           - Jak to? Przecież... - Szpak znowu się zdziwił. - Zapomniałeś, co mówiłeś sadząc te drzewka?
           - Oj pamiętam... - Misiu zniecierpliwił się. - Dobrze pamiętam, że to dla was, ptaków, sadziłem. Tak było i tak jest. Ale muszę zachować jakiś pozór.
           - Pozór?
           - Tak, pozór. Nie rozumiesz? Pozór, czyli fałszywy obraz, złudzenie, iluzję...
           - Misiu... Przecież wiem, co to słowo znaczy. Ale po jaką cholerę ci pozór?
           - To nie dla mnie, durny Szpaku. To dla tych, co na mnie patrzą.
           - Ej, tylko nie durny... Bo zawołam kumpli i w sekundę opędzlujemy to drzewko. - Szpak tylko udał, że jest urażony. Aż taki głupi to on nie jest, żeby nie wiedzieć, że jest tylko durnym ptakiem. - Dobra... W takim razie po co pozór dla tych, co na ciebie patrzą?
           - Najpierw ty mi powiedz. Chciałeś mi coś pokazać.
Szpak przerwał dziobanie i zaczął łypać lewym okiem w górę. Prawe tym samym skierował w dół, czyli mniej więcej tam, gdzie Misiu w trawie się wylegiwał. "Zupełnie bez wyrazu. Ciekawe, jak to drugie wygląda? Pewno tak samo... Ach, te głupie ptaki..."
           - Za późno - stwierdził Szpak. - Zagadałeś mnie i przeszło.
           - Co przeszło?
           - Chmury. Ciekawy kształt miały.
           - Kształt? A to dobre. A którym okiem widziałeś? - Misiu był nieco rozbawiony.
           - Nie nabijaj się, bo ci zaraz przetrawioną czereśnię spuszczę.
           - No już dobrze. Co widziałeś?
           - Wariata.
           - Wariata?
           - Tak, wariata.
           - A skąd ty możesz wiedzieć, jak wariat wygląda?
           - Wiem, bo widzę. Prawym okiem. Tu na trawie leży.
"Cholera!" Misiu poderwał się. Oparty na łokciach wpatrywał się w Szpaka, który zdawał się mieć złotawą poświatę. Zresztą wszystko teraz w tych czereśniowych liściach grało pełną gamą kolorów słońca.
           - Sobie za dużo nie pozwalaj...
           - Hej, Misiu... Dla mnie nie musisz tworzyć pozorów. Przecież ja wiem...
           - Wiesz...?
           - Tak. Wszystkie ptaki wiedzą, że jesteś wariatem.


                                                        ***

Zofia Sumczyńska                                                           Ptaszek (olej na płótnie) 


czwartek, 24 lutego 2011

Anioły

Zofii Sumczyńskiej  


... i moje


             No dobra. Wrzuciłem kawałek z morza, pierwszy z brzegu, tak na próbę i na rozgrzewkę. A może i dla zachęty, bo musiałem się jakoś zachęcić, skoro już dałem się namówić na założenie bloga. Teraz więc coś z innej beczki, bo przecież nie będę pisał tylko o morzu. A oprócz pisania także... no właśnie – nie będę pisał. To znaczy będę wrzucał zdjęcia tego co robię, kiedy brakuje mi słów, albo nie chce mi się pisać i gadać, kiedy wolę prowadzić dialog w milczeniu, czyli na migi, machając snycerskim młotkiem. Dialog z drewnem. A jeśli uda mi się coś przemycić, to będą tu także obrazki Zosi i myślę, że przeważnie anioły.
           Wracając jednak do młotka. To, że milczę podczas stukania w drewno nie oznacza, że nie myślę. Zdarza się nawet, że coś mi się lęgnie w głowie takiego, że muszę lecieć do klawiatury i dalej stukać, palcami. I chyba dobrze, bo ile można ślęczeć nad kawałkiem drewna. A tak przynajmniej będę mógł tu jakieś słowa wrzucać i może kogoś to zainteresuje? Serdecznie zapraszam.

środa, 23 lutego 2011

Szachy

                                   Zatoka Biskajska. Wchodzili od południa i wyglądało na to, że tym razem nie będzie wielkiego rzygania. Figury na szachownicy stały spokojnie, nawet przy tych większych przechyłach, kiedy wszystko już zaczynało pojękiwać. Góra sześć, może ciut więcej, w skali Beauforta. Jak będzie tak dalej, to za pięć dni powinni stać na redzie w Gdyni. Misiu wstał z fotela i podszedł do okna. Nic ciekawego. Jak to Biskaje po zachodzie słońca. Sina kipiel zmieszana z sinym nieboskłonem, z zupełnie zatartą linią horyzontu. Wrócił na fotel, żeby dalej samotnie kontemplować szachownicę.

                                            Wszystkie figury patrzyły na niego w niemej gotowości do walki, ale też z niemym pytaniem: „I co tam, Misiu? Będziesz miał w końcu z kim zagrać?” W mesie było jeszcze tylko dwóch. Siedzieli na kanapie przed telewizorem. Radio nadawał film z magnetowidu. „Seksmisja” - już chyba po raz trzydziesty w tym rejsie. Jasiu Praktykant gapił się z wielkim przejęciem, jakby pierwszy raz oglądał. A Chief Połomski chyba spał, bo peruka na jego głowie wyraźnie za mocno na prawe ucho naszła, co raczej człowiekowi na jawie nie przystało.

                                                         „Kurwa!” - dało się też słyszeć z wnętrza pentry. A zaraz potem mocne trzaśnięcie drzwiami od lodówki i w mesie pojawiła się potężna postać Drugiego Mechanika.
          - Czy tego już nikt nie potrafi dopilnować?! - wrzasnął. - Sto osiem dni i dzień w dzień to samo?!
          Nikt nie zareagował. Nawet Jasiu Praktykant. Takie retoryczne pytania zadawane przez zgłodniałych wachtowych już wszystkim zobojętniały.
          - Gdzie jest ten jebany steward? Ja go w końcu nauczę, że o tej porze w lodówce leżą tylko nocne porcje dla wachtowych. I co ja mam teraz...? Topiony serek wpierdalać?
          Jasiu Praktykant nadal był pochłonięty przez telewizor, choć widać było, że od czasu do czasu coś tam przeżuwa. Chief Połomski spał, a Misiu wpatrywał się w precyzyjną intarsję szachownicy, wciąż w nadziei, że komuś się grać zachce.

                                            Do wachty miał trzy godziny i bardzo chciał się jeszcze zrelaksować. Ciekawe, czy się doczeka na chętnego.
          - Mały rewanż? - Z zamyślenia wytrącił go głos Doktorka. Nareszcie! Doktorek przytrzymując fajkę w zębach ukrył w dłoniach dwa piony. Misiu wylosował białego i musieli obrócić szachownicę.
          - No... Wychodź waść. - Doktorek trochę szelmowsko zmrużył oczy, jakby dając do zrozumienia, że nie da przeciwnikowi dzisiaj pograć.
Ale Misiu też nie był w ciemię bity. „Ja go tu zaraz czymś zaskoczę. Coś nietypowego mu walnę, czego się nie spodziewa... Może by tak...” - Misiu trochę zaczął grzebać w pamięci. - „O właśnie... Debiut Ponzianiego... On nie lubi takich otwartych, skubaniec”. I śmiało wysunął piona na e4. Doktorek odparował prawidłowo, czarnym na e5. Teraz czas na białego skoczka, na f3, lecz nagle stało się coś dziwnego. Najpierw od strony korytarza dobiegł nietypowy hałas. Coś, jakby ktoś biegł obijając się na przemian o oba szoty. Następnie do oficerskiej mesy wpadł Felek Marynarz. Kiwał się mocno i wcale nie dlatego, że statkiem kiwało. Był pijany, ale też coś jeszcze. W jego oczach widać było wielkie przerażenie, a wszystkie atletycznej budowy mięśnie drżały, jakby ktoś je do prądu podłączył.
          - Doktorek! - wrzasnął. - Czy jest tu Doktorek?!
          Doktorek pomału wyjął z ust swoja brujerkę i jeszcze wolniej zaczął się odwracać.
          - O... Jesteś! Ratuj, bo ze mną coś się niedobrego... - W jego krzyku
można było usłyszeć cierpienie wszystkich chyba wariatów z Kocborowa. Jednocześnie to wystarczyło, żeby obudzić Chief'a Połomskiego, który zerwał się, nazbyt gwałtownie, bo jego peruka pozostała na oparciu kanapy.

                                                     Chief Połomski wybiegł z mesy z peruką w dłoni, a o jego wściekłości świadczyła czerwień łysiny, zbliżona do czerwieni w znaku armatora na kominie. Jasiu Praktykant oglądał „Seksmisję”. Doktorek wstał z fotela i powoli zaczął zmierzać w kierunku Felka Marynarza. Misiu posmutniał, bo już wiedział, że nie będzie mu dane postawić konia na f3.
          - Co się dzieje? - Doktorek syknął, bo fajkę miał znowu między zębami.
          - Ja... Ja... Mam... Chyba... - Cała szczęka Felka Marynarza tak mocno kłapała, że nie mógł wydusić z siebie słowa.
          - Follow me. - Doktorek krokiem flegmatyka ruszył ku wyjściu. Felek Marynarz poszedł za nim, jak przemarznięty kundel.

                                             Misiu został sam w mesie. Jasiu Praktykant się nie liczył. Był tak, jakby go nie było. „Pozostała jakaś lektura w koi i może mała drzemka...” Już prawie zaczął się podnosić z fotela, kiedy znowu wróciła nadzieja. W drzwiach pokazał się Edzio Elektryk i od razu zauważył, że Misiu sam z sobą próbuje grać w szachy.
          - Partyjkę? - Edzio Elektryk też miał łeb nie od parady.
          - Jasne... - Piony wróciły na pozycje wyjściową. - Już myślałem, że dzisiaj nie pogram. Zacząłem z Doktorkiem, ale coś mu wypadło.
          Przez chwilę obaj milczeli. Gotowali się do burzy mózgów.
          - Dopiero wylazłeś? Miałeś jakąś awarię? - Misiu zapytał, bo zauważył roboczy uniform Edzia Elektryka.
          - Co? A... Nie... Tak sobie dłubałem. Swoje sprawy.
          - No...? Coś ciekawego budujesz? - Chwila ciszy, bo Edziu Elektryk
przyjął otwarty debiut Misia. Zaczął kombinować.
          - He, he... Badania naukowe przeprowadzam.
          - O...! To ciekawe. Rozumiem, że w swojej branży?
          - A nie. Wiesz... Te cholerne karaluchy mnie ciekawią. A konkretnie ich wędrówki. Dzisiaj wpadłem na genialny pomysł, jak to zaobserwować.
          Znowu chwila ciszy, bo tym razem Misiu skoncentrował się na czarnym gońcu przeciwnika.
          - No i co? - Udał trochę większe zainteresowanie. Szachów i tak nic nie przebije. Zresztą po ponad stu dniach rejsu słowa Edzia Elektryka były zupełnie normalne. Każdy próbował sobie czymś zabić nudę i tęsknotę. A takich badaczy karaluchów na każdym statku się spotyka. Misiu też się tym kiedyś zajmował. Zbierał karaluchy do słoika i wlewał lub wsypywał przeróżne świństwa, żeby zbadać, jak na co zareagują. - Przywiązałeś nitkę do karalucha?
          - Nie, no. Co ty. To wszystko już było. Mam coś lepszego.
          - Kur...na. Zżera mnie ciekawość.
          - Pomalowałem kilka, wiesz. Pomalowałem kilka białą farbą. I teraz będę obserwował, gdzie się pojawią.
          - Aha...! - Misiu poczuł się z lekka rozbawiony. - To musiała być ciężka i precyzyjna robótka. Nie dziwię się, że w drelich wskoczyłeś.
        
                                                            Znowu obaj zatopili się w grze, już na dłużej. Temat „karaluchy” w zasadzie został wyczerpany. Misiu był bardzo zadowolony z układu figur na szachownicy i pomału zaczął się przymierzać do krótkiej roszady. Czekał jeszcze na ruch Edzia Elektryka. I wtedy w mesie pojawił się Doktorek. Wchodząc ugniatał tytoń w fajce. Po chwili stał już nad stolikiem.
          - Zająłeś moje miejsce? - rzucił, ale nie wiadomo w czyją stronę, bo wpatrywał się intensywnie w układ figur.
          - I co...? - Misiu podniósł głowę. - Coś poważnego?
          - E tam. Przestraszył się i w jakąś histerię wpadł. Zdawało mu się, że ma już delirium. Musiałem go uspokoić co nieco.
          - A co? Białe myszki już widział?
          - Nie. Właśnie nie. - Doktorek wyprostował się, żeby dobrze zaciągnąć z fajki. Po chwili mesę wypełnił przyjemny aromat; Prince Albert. - Chociaż śmieszna sprawa. On się na wszystkie świętości zaklina, że widział białego karalucha.

                                                             ***