sobota, 31 marca 2012

Dziadek (fragment)



                                                     Misiu znalazł swojego dziadka. Siedział w nodze od stolika i przyglądał mu się przez maleńką dziurkę, wydrążoną przez kornika. Misiowi trochę zrobiło się głupio, bo właśnie w tym momencie przygotowywał pętlę z grubej liny. Taką pętlę, która się sama zaciska. Na szyi na przykład.
               - Misiu, czy ci nie wstyd?
          - Uuuu.... - Misiu wzdrygnął się, przestraszony na dźwięk ponurego głosu, jakby zza jakiejś ściany. Najpewniej drewnianej, bo głos brzmiał trochę tak, jakby dochodził z drewnianej skrzyni.
           No tak, ale tu przecież nie ma drewnianych ścian i żadnej drewnianej skrzyni. Misiu zaczął się rozglądać. Wkoło tylko beton i cegła.
          - Tu jestem. - Ponury głos zaczął go naprowadzać. „Zaraz pewno będzie zabawa w zimno-ciepło” - pomyślał Misiu.
               - Tu, bardziej na prawo. W samym rogu piwnicy.
           W rogu piwnicy leżał zabytkowy stolik, a właściwie sekretarzyk dziadka Jana Stanisława. Leżał w kawałkach, bo Misiu rozebrał go w celu dokonania renowacji. Na samej górze sterty starego drewna, pomalowanego grubą warstwą niebieskiej farby, sterczały cztery nogi w kształcie wymyślonym przez Ludwika XV.
            Misiu podszedł bliżej w nadziei, że głos będzie bardziej wyraźny.
            - Kto i po co mi tu nadaje - zapytał.
           - No pewno, że nie poznasz mnie po głosie, boś nigdy mnie nie widział. Ale powinieneś się domyślać, skoro siedzę tu, w kawałku swojego mebla.
       - Aha... W kawałku swojego mebla? Z tego wynika, że możesz byś jedynie moim dziadkiem.
             - Tak, dobrze załapałeś.
             - Czy mogę cię jakoś zobaczyć?
             - Oczywiście. Masz jakąś lupę?
         - Tak, mam. - Misiu otworzył szufladę warsztatu i wyjął wielkie szkło powiększające w czarnej oprawie.
         - Jestem w tej nodze, którą walnąłeś tak ukośnie. Czwarta dziurka od góry, na samej wypukłości, od zewnątrz.

                                                   Magia wypukłego szkła sprawiła, że otworek stał się ogromny i odkrył swoją zawartość. Misiu zobaczył wnętrze w kształcie kopalnianego szybu, pracowicie wyrobione przez anonimowego kornika. Stał tam maleńki sekretarzyk, taki sam jak ten rozebrany, tylko bez niebieskiej farby. Miał kolor naturalnego orzecha. Obok stało krzesło w podobnym stylu, a na nim siedział dziadek Jan Stanisław. Misiu z trudem go rozpoznał, bo na głowie nie miał charakterystycznej, bujnej czupryny, znanej z fotografii. Miał ogoloną na łyso głowę pod przykryciem dziwnej czapki - ni to beretu, ni kucharskiego czepca - wykonanej z materiału w pasy, takiego samego jak cała reszta uniformu. Był to typowy dla niemieckich obozów koncentracyjnych pasiak. Na lewej piersi widniała naszywka z numerem 2816.

                                                            Dziadek Jan Stanisław siedział przy swoim sekretarzyku i coś pisał. Robił to pomału, starannie, co jakiś czas chuchając w końcówkę kopiowego ołówka, spod której wychodziły takie litery, jakich dzisiaj już nikt nie pisze. Misiu westchnął z zazdrości. „Prawdziwa kaligrafia”.
          - Piszę. Widzisz? Wciąż piszę. A ty o bzdurach myślisz. - W głosie dziadka dało się wyczuć zdenerwowanie. Misiu nigdy nie słyszał głosu dziadka, ale od razu poczuł w nim jakąś swojską nutę. Z pewnością zawsze i wszędzie, gdy tylko usłyszałby ten głos, odczułby to samo. To chyba geny.
           - Tak... - Misiu się zawstydził, choć nie wiadomo dlaczego. - A co ciekawego piszesz, dziadku?
             - Nic specjalnie ciekawego. Listy piszę. Listy do rodziny. Wciąż te same, od początku.
             - Jak to...? - Misiu nic nie zrozumiał.
          - Od wielu lat piszę listy, te które dawno temu napisałem. W kółko te same. I będę je pisał przez wieczność, chyba że...
             - Chyba że...?
             - Chyba, że ktoś w końcu tą niebieską farbę usunie z mojego sekretarzyka.
             - Nie bardzo rozumiem, co ma...
          - To zrozum w końcu! - Dziadek podniósł głos. - Wychodzi na to, że na ciebie padło, Misiu! A ty zamiast wziąć się do roboty, to o bzdurach myślisz! Nie rozumiesz, że zostałem tu uwięziony?!
             - Dobrze, ale...
            - Nie ma żadnego ale! Moja dusza... - Dziadek zaczynał się uspokajać, jak przystało na choleryka. Tak, choleryka. Misiu wiele razy słuchał opowiadań o tej przypadłości dziadka. - Moja dusza jest tu uwięziona... A ty możesz mnie stąd w końcu uwolnić.
             - Jak to? Co ja mogę, dziadku? - Misiu był oszołomiony.
            - Przecież ci powiedziałem. - Dziadek już całkiem złagodniał. - Masz usunąć tą ohydną, niebieską farbę, ponaprawiać wszystko, pokleić do kupy... i niech stoi. Niech dalej służy następnym pokoleniom. Rozumiesz?
              - Tak... Chyba rozumiem. Czyli co? Wtedy twoja dusza zostanie uwolniona?
              - Właśnie. A dopokąd tego nie zrobisz, ja dalej zabieram się za pisanie.
           Misiu nie mógł się pozbierać. Wciąż zdumiony gapił się w szkło lupy. Gruba lina, którą trzymał jeszcze w lewej ręce, wyślizgnęła się i upadła na podłogę. Nie mógł uwierzyć, czy to czasem nie jest jakaś ułuda, czy nie ulega jakimś wytworom swej chorej wyobraźni. Misiu postanowił zapytać o fakty.

                                                             Historię swojego dziadka znał bardzo pobieżnie, bo tak naprawdę mało było o nim wiadomo. To znaczy od momentu, kiedy Niemcy go aresztowali i wywieźli do jakiegoś obozu koncentracyjnego.
               - Dziadku, czy mógłbym o coś zapytać?
             - No pewno. Przecież po to jestem twoim dziadkiem. - Dziadek widać już całkiem się udobruchał.
               - O czym właściwie piszesz w tych swoich listach?
               - A... To chciałbyś wiedzieć? Dlaczego właśnie to...?
           - No bo... Tak sobie pomyślałem, że z listów mógłbym się wiele o tobie dowiedzieć. Przecież właściwie w ogóle się nie znamy...
            - Patrzcie, jak sobie wykombinował. - Wychudzona twarz dziadka stała się pogodna. - Wiesz, masz rację. To niezła myśl. Poczytam ci, ale obiecaj, że potem weźmiesz się za tą farbę.
            - Obiecuję... - Misiu nie wypowiedział tych słów z całkowitym przekonaniem, ale dziadek to przyjął.
            - Dobrze. Zacznę więc od początku. Zresztą piszę dzisiaj też od początku, czyli pierwszy list. Posłuchaj:


Schutzchäflting Flossenbürg 2.II.1941
Jan Stanisław
2816-12


Moja kochana żono i dzieci!

Idzie mi dobrze, jestem zdrów. Bądź spokojna o mnie, myśl tylko o sobie i dzieciach.
Niniejszym dzielę się z Wami moim nowym adresem: Schutzchäflting Pole M.J.S. Nr 2816, Block 12. K. L.Flossenbürg, Bay. - Ostmark.
Bądź tak dobra i opisz mi wszystko, co u Ciebie zaszło.
Serdeczne pozdrowienia Tobie i dzieciom.
Jan Stanisław

Listy do mnie piszcie tylko atramentem i w języku niemieckim.



czwartek, 15 marca 2012

Paczka



                         Misiu był chyba w najgłębszej fazie snu, po nocy mało przespanej, przed telewizorem, pod kocykiem, w butach. Może dlatego dochodzące do jego mózgu natarczywe dźwięki nabierały cech czegoś z zaświatów, jakby echo powstania wszechświata, dobiegające zewsząd i znikąd. Dźwięki choć natarczywe, początkowo były jedynie tłem, najprawdopodobniej dla jakichś marzeń sennych, które i tak nie istniały, bo nie istnieje to, czego się potem nie pamięta. Jednak czas mijał robiąc swoje. I natarczywość rozciągnięta w czasie spowodowała, że Misiu otworzył oczy. Poczuł się tak, jakby leżał na dnie pustej, wyschniętej studni i jedynie ból nagłego przebudzenia mówił mu, że sam nie jest pustką wypełniającą ową studnię. Dzwonek do drzwi nadal dzwonił natarczywie.

                               Listonosz, który stał na wycieraczce był jakiś nowy, bo Misiu nigdy jeszcze go nie widział.
            - Pan Misiu?
            - Tak, Misiu.
            - Paczka do pana.
       - Paczka...? - Misiu zdziwił się. Nie czekał na żadną paczkę. Ale paczka to paczka. Zawsze lubił dostawać paczki. Chwycił do ręki nieduży pakunek. I jeszcze jakąś kopertę, ale to był tylko rachunek z elektrowni.
        - A tu autograf poproszę. - Listonosz podsunął mu pod nos płachtę, pokazując gdzie złożyć podpis.

                                                                                     Paczka wielkości koperty A4 leżała na stole.
Misiu rozkoszował się jej widokiem, zastanawiając się cóż to może być. Za nim stanęła Żona. Sfrunęła radośnie po schodach, bo usłyszała coś o paczce. Też lubi paczki dostawać, a najbardziej lubi je otwierać.
             - To do ciebie, czy do mnie? - zapytała.
             - Do mnie.
             - Ale ja otworzę? - ciągnęła dalej z uśmiechem. - Pozwól mi...
           - Nic podobnego.  To  do mnie.  Zobacz,   jest napisane.  - Misiu złapał paczkę i przez chwilę droczyli się w zabawie, jak małe dzieci. - A poza tym muszę ostrożnie. To może być jakaś bomba.
          - E tam bomba. Otwieraj, nie wygłupiaj się. - Kobieca ciekawość zawsze jest silniejsza od zdrowego rozsądku.
         - No tak... Przecież nie zamawiałem żadnej paczki. Nie wiem od kogo to może być. - Misiu mówiąc to, jednocześnie desperacko rozerwał kopertę. Nic nie wybuchło, więc zajrzał do środka.

                      W środku było bardzo kolorowo. Kolorowe pudełka, pudełeczka i jakieś drobiazgi.
             - No pokaż wreszcie.
            - Pomału, ostrożnie... - Misiu wsunął palce do koperty i wyciągnął pierwsze pudełeczko. Pussy coś tam. - A... To pewno jakieś kosmetyki. Jakaś reklamówka może...
Złapał następne, długie i położył na stole.
             - Co za cholera??? Kurwa no... Co to za jajca?
             - Fuuuujjjj...!!! - Żona odskoczyła od stołu z niesmakiem.
       Misiu w osłupieniu gapił się na najdłuższego penisa, jakiego w życiu widział. Ohydny pseudo-cielisty kolor, widoczny za foliową szybką eleganckiego pudełka, rzeczywiście mógł wycisnąć na usta jedynie słowo fuj. Kiedy wysypał resztę zawartości paczki na stół, jego osłupienie sięgnęło zenitu, a zaraz potem przemieniło się we wściekłość, podsycaną przez śmiech Żony.
           - Nareszcie! Nareszcie wiem, co ty w nocy przy kompie robisz. - Jej śmiech był szczery i w końcu stał się zaraźliwy. - To ty takie rzeczy sobie zamawiasz?
          - No... Jeśli masz mnie za takiego durnia, to śmiej się dalej - Misiu też już się śmiał, choć nie było mu do śmiechu. - Przestań już, do cholery... Trzeba pomyśleć, o co tu chodzi...

                          Żona złapała rozdartą kopertę i zaczęła oglądać ze wszystkich stron.
          - Zobacz, tu jest adres i telefon nadawcy.
          - Tak? Pokaż.
      Na małej naklejce przeczytali: Bajerek, Michał Grądcki, Poznań, Konatkowskiej 3, kom. 696-800-807. Misiu bez wahania złapał za telefon i zaczął wystukiwać numer.
         - Kurwa... Zaraz wszystkiego się dowiem. - Dawno nie był tak zdeterminowany. - Zaraz się dowiem, co za chuj robi takie numery.
          - Misiu, tylko nie denerwuj się. Nie ma co... To wszystko się wyjaśni.
          - Dobra, nie bój się... Będę spokojny.

              Długo nie czekał.
           - Czy to firma Bajerek?
           - Tak. W czym mogę pomóc?
       - Proszę pana, przed chwilą otworzyłem paczkę, którą otrzymałem od pańskiej firmy. Chciałbym się dowiedzieć, kto ją zamówił, bo ja nic takiego nie potrzebuję. Moja żona też nie. Czy to może wy robicie takie prezenty?
           - Otrzymał ją pan kurierem czy przez pocztę.
           - Przez pocztę.
           - Za pobraniem, czy opłacona była?
           - Opłacona, ja nic nie płaciłem.
           - Proszę pana, my nie wysyłamy takich rzeczy za darmo. Kiedy została wysłana?
           - Wczoraj. Dziewiąty września jest na stemplu.
           - Aha... Adresowana na pana nazwisko?
           - Tak, na moje.
          - Co jest wydrukowane nad pana nazwiskiem? - Nic nie jest... To jest pisane odręcznie i nie ma żadnego numeru. Aha... Pod nazwiskiem jest napisane: UP Poste Restante...
        - No tak... Ale wie pan... Jeśli to odręcznie pisane... Będzie problem, nie wiem, czy uda się ustalić, kto to zamówił. Proszę podać numer telefonu, zrobię co będę mógł i oddzwonię...
          - Ok, czekam.

              Misiu postanowił, że poczeka do poniedziałku. A potem będzie gotów nawet prokuraturę powiadomić.
          - Jak on mi nie powie, kto to wysłał, to go policją postraszę.
          - Misiu, daj spokój... Czy są jakieś podstawy?
       - Tak, to się nazywa naruszenie miru domowego. - Sam się śmiał w duchu z tego, ale ciągnął dalej: - Myślisz, że nie czuję, że ty masz jednak wątpliwości...
         - Misiu, nie... Przecież ja żartuję. Zobaczysz, że to się wyjaśni. - Żona była rozbawiona, ale  nagle spoważniała. - Zauważyłeś, że dzisiaj jest dziesiąty?
         - Tak. Myślisz, że to sprawa polityczna?
         - No wiesz... To teoria spiskowa, ale kto wie, czy nie wyłapują takich jak ty i potem Palikot penisy wysyła za te niewybredne wpisy na fejsbuku.
         - No dobra... Czyli mamy potrójna alternatywę.
         - Właśnie...
         - Czyli Palikot, albo jakiś kutafon, który mnie nie cierpi zrobił brzydki dowcip, albo to jakaś pomyłka.
       - Tak... Misiu, a zauważyłeś, że w adresie jest drobny błąd? Zobacz: jest numer domu 22 zamiast 24. I kod pocztowy jest zły. Powinno być XY-200, a nie XY-202.
         - No tak, ale takie pomyłki nieraz się zdarzały i dochodziło.


                   Firma Bajerek ma stronę pod adresem: www.wysparozkoszy.pl.  Misiu zadał sobie trud i przeanalizował zawartość paczki:
  • Lady Finger Vibrator - 11 zł.
  • Wibrator winylowy Penetrating Pleasures - 40 zł.
  • Pussy Hand Job (pochwa dziewicy, 100% real) - 26 zł.
  • Come in Gleit-Gel Care + Aloe Vera 100ml - 50 zł.
  • Spanish Love Drops (mucha hiszpańska itp.) - 27 zł.
  • Pierścień erekcyjny - 5 zł.
  • Prezerwatywy różnego rodzaju szt. 10 - 20 zł.
Razem wychodzi 179 zł.
Plus przesyłka.
           - Ja nie mam takich wrogów, którzy by aż tyle wydali, żeby mi głupi kawał zrobić.
           - No właśnie. Też tak sądzę. Misiu, daj spokój, w poniedziałek się wyjaśni.
           - Tak, ale ty... Wiesz, gdybym był Palikotem, nie wysyłałbym takiego zestawu. Sam penis by wystarczył.

                                                                                                      Weekend był dla Misia przesrany.
I chociaż nie dał po sobie poznać, historia z paczką strasznie go męczyła. Do tego stopnia że bał się, że w końcu sam uwierzy, że to on ją zamówił.
Na przykład po zbyt dużej ilości nocnego piwa, albo w zmęczeniu, kiedy się naćpał relanium.
           - Kurwa!!!

             W poniedziałek oczywiście nikt nie zadzwonił. Misiu postanowił dać Bajerkowi szansę i postanowił poczekać do wtorku. Kosztem jednak niezbyt przespanej nocy. We wtorek też nikt nie zadzwonił.
          - Jutro ja do kutasa zadzwonię. Podpowiem mu, że po zawartości paczki może łatwo dojść, kto to zamówił. A jeśli nie będzie mu się chciało, to powiem mu, że policja mu pomoże.
             - Dobrze, Misiu...

                          Jednak jeszcze we wtorek wieczorem Misiu zaczął rozumować logicznie. Był w toalecie, zwalił piękną kupę, jak za dawnych, młodzieńczych lat. I wtedy doznał olśnienia. Pobiegł do kompa i zaczął szukać. Przejrzał strony Poczty Polskiej, przeczytał regulaminy, przeszukał adresy placówek w Swoim Mieście, potem przeleciał mnóstwo internetowych książek telefonicznych, potem wrzasnął:
          - Do kurwy nędzy!
      - Misiu, przestań wreszcie przeklinać! - Żona zdenerwowała się. - Czego ty właściwie szukasz?
        - Chcę znaleźć, czy w Naszym Mieście jest jeszcze jeden Misiu. Ale tu, kurwa, wszystkie spisy abonentów prywatnych polikwidowali. To jakiś absurd, do cholery! Tego nigdzie na świecie nie ma. Mają pierdolca z tą ochrona danych osobowych!
         - Misiu, zapomniałeś, że mamy zwykłą, papierową książkę?

                      Po gorączkowym wertowaniu grubej księgi Misiu zawołał:
           - Dobra, Żono. Teraz posłuchaj, jaką mam teorię.
           - Cała zamieniam się w słuch - powiedziała z powątpiewającym uśmiechem.
        - Nie śmiej się, bo mówię poważnie. Otóż po pierwsze numer 22 jest adresem poczty, która znajduje się na Osiedlu Kopernika. Po drugie, pod moim nazwiskiem jest napisane poste restante, czyli ta przesyłka powinna czekać na odbiorcę na poczcie. Zakładam, że jest w Naszym Mieście drugi Misiu i zamawiając towar na poste restante podał adres tej poczty. Nawet kod XY-202 się zgadza. Kurwa, to niewiarygodne!
            - Misiu, i co dalej? - Żona się zaciekawiła.
           - Oczywiście nie znalazłem w tym grajdole drugiego Misia, ale wynotowałem wszystkich o moim nazwisku.
           - No właśnie. I co?
           - I to, że przecież gdzieś tam może być Misiu, jako syn na przykład.
           - No może, ale jak to sprawdzisz?
           - Bardzo prosto. - Misiu wziął telefon i zaczął wykręcać pierwszy numer ze swojej listy.
           - Misiu, ale już późno...
           - A mnie to gówno obchodzi.

                 Dopiero za trzecim razem na pytanie: „Dobry wieczór, czy mogę rozmawiać z Misiem”, Misiu nie usłyszał słowa „pomyłka”, tylko:
        - Misia? Chwileczkę... - W tle dało się słyszeć stłumione „do ciebie” i Misiowi zaczęło walić serce. Czyżby trafił?
           - Słucham?
           - Czy rozmawiam z Misiem?
           - Tak, z Misiem.
           - Przepraszam bardzo, ale mam pytanie. Czy to ty zamawiałeś w sklepie Bajerek penisa big size i inne takie akcesoria?
W telefonie zrobiła się cisza, ale niezbyt długa. I bardzo wymowna jakaś
           - Tak, zamawiałem... - wychrapało z telefonu wyraźnie zmienionym głosem.
Misiu miał już pewność, że dobrze trafił.
           


Całkowicie oparte na faktach.




wtorek, 13 marca 2012

Lokomotywy





Byliśmy tam. Wtopić się w strukturę stali, najgłębiej jak tylko się da, w najskrytsze zakamarki wykresu żelazo-węgiel. Stać się ferrytem, austenitem, cementytem, perlitem, ledeburytem i nitem, który jako jeden z wielu łączy grube blachy w cylindryczne kształty, odpowiednie do przenoszenia dużych ciśnień pary. Wędrować wzdłuż korbowodów, od tłoka, po okręgach kół pięknie pomalowanych. Szlifować rdzawe szyny wzdłuż szybkobieżnych torów, w poszukiwaniu śladów prędkości, czystości i doskonałości. W poszukiwaniu bezpiecznej tradycji, która regulowała zegarki i pozwalała spokojnie spać.


*Śpiewa: Doris Day - Sentimental Journey 

poniedziałek, 5 marca 2012

Misiu w podróży, czyli Margarithes



Zawsze mnie ciekawiło jak to jest stanąć na twardym gruncie? Niektórzy mówią na to: w realu. Uważam jednak, że dialog, który prowadzimy z Margarithes od dobrych dwóch lat, tutaj, on-line, jest jak najbardziej realny. A to, że nastała chwila jego kontynuacji ot tak, twarzą w twarz - jest tylko tego potwierdzeniem. I bardzo się cieszę, bo stwierdzam, że w tych wirtualnych rozmowach nic mnie nie zawiodło. No, może odrobinę szkiełko i oko, ale na pewno nie intuicja :)
Margarithes, serdeczne dzięki za to, że byłaś w stanie wybudzić Misia z zimowego snu, chociaż na chwilę. A - uwierz mi - mało komu się to udaje :)







Papierosów oczywiście nie cierpi, ale bardziej nie cierpi, kiedy się je fotografuje.






















Laptop, wiadomo, stał się dla niej częścią ciała.







A nocą, przy piwie, obowiązkowe warsztaty literackie.