Zapukałem nieśmiało do drzwi biura. Otworzyły się.
- Śmiało, śmiało... – powiedział Pan Nauczyciel i zaraz dorzucił pod innym adresem, do kogoś, kto siedział tyłem do drzwi, w fotelu:
- Przepraszam na chwilę, wydam tylko papier żeglarzowi.
- Aaa... - na to tamten, wstając i podchodząc do mnie. - Mamy młody narybek? Gratulacje!
Podał mi dłoń i poczułem uścisk, który mnie wręcz sparaliżował. I nie dlatego, że była to dłoń kulturysty. Była to dłoń - już wiedziałem czyja - gitarzysty. Spotkałem się z żywą legendą, oko w oko. Poznałem go. Przecież wszyscy go znali. Był to Krzysztof Klenczon.
Taka chwila w życiu, zdawać się mogło, nic nie znacząca wobec wieczności. Podpisałem, zabrałem i wyszedłem. A jednak była to chwila, w której poznałem człowieka. Poznałem, to znaczy dowiedziałem się o nim, tak sądzę, wszystkiego. Może to niewiarygodne, ale potem już przez resztę mojego życia kiedy tylko wspominałem tę chwilę, zawsze miałem to samo przekonanie: poznałem człowieka. Człowieka wielkiego, a jakże skromnego. Wiedziałem, że jest wielki, ale nie biło od niego żadne gwiazdorstwo. Zwyczajny człowiek, pełen ciepła, kumpel, który podał mi dłoń.
Teraz, po wielu latach spotkałem go znowu. Tym razem to ja podałem mu dłoń i do tego zrobiłem zdjęcie. Jest jak żywy – taki, jak go zapamiętałem. Nie mam pojęcia kto go wyrzeźbił. Wędrując po internecie natknąłem się na Roberta Pigonia, z Krakowa, ale nie mam pewności. W każdym razie, kimkolwiek jest, chwała rzeźbiarzowi.