Ech... To były czasy. Może się mylę, ale coś mi się wydaje, że teraz już całkiem zanikła ta tradycja, przynajmniej pomijając jakieś szkolne żaglowce. Zresztą już wtedy ludziom specjalnie się nie chciało. I tak na przykład ja - zostałem ochrzczony chyba dopiero za piątym razem, kiedy przekraczałem równik. A fakt, że było to tuż po zniesieniu stanu wojennego i można było wreszcie zabrać w rejs żony, był niezłym dopingiem. Chłopy chcieli się popisać co nieco i nic to, że trzeba było dużo przygotować. Ochoczo zabrali się do pracy. I stało się.

W samo południe, 22 września, Kapitan Rejnowicz osobiście powitał świtę króla mórz i oceanów, Neptuna. Na tę okazję Starszy Mechanik zrobił sobie cycki z owoców grapefruita, od tamtej chwili występując jako Prozerpina. Tak marynarze nazywali żonę Neptuna. Tak było. Nie wiem dlaczego, bo żona Neptuna ma przecież na imię Salacja.
W tym samym czasie tak zwani neofici byli ustawiani w kolejce do odbycia obrzędu przez różnej maści rzezimieszków, wśród których przeważali tacy z rogami, czyli diabły. Kolejka została usztywniona za pomocą drabiny.

Natomiast Kapitan i jego dostojni goście zajęli miejsca za stołem, pod baldachimem chroniącym głowy przed tropikalnym żarem.

No i po kolei... Pierwsze narzędzie tortur - dyby.

Potem był Salun fryzjerski
rococo, spułka z ograniczonom odpowiedzialnościom.
To było
dosyć przyjemne: siedziało się na klozetowej muszli i na koniec
"fryzjerskiej" obróbki, która obejmowała wszystko od
stóp do głów, czyli pedicure, manicure, farbowanie włosów,
trwałą ondulację i diabli wiedzą co jeszcze - od dołu, z tej
właśnie muszli było podawane prosto między pośladki duże
ciśnienie wody morskiej z magistrali przeciwpożarowej, co było dobrą ochłodą
dla rozgrzanego organizmu.

Z salunu wychodziło się
dokładnie tak, jak widać obok.
Borowina, podobno lecznicza, znajdowała
się w blaszanej beczce po oleju i była niczym innym, tylko zwykłą
wodą zęzową, czyli mieszaniną wody morskiej, wody słodkiej,
paliwa i oleju smarnego z przecieków, oraz wszelakiego innego
szajsu, jaki powstaje w trakcie eksploatacji maszynowni na statku.
Oczywiście trzeba było obowiązkowo wejść do beczki i zanurkować.
Nie mam tego na fotografii, natomiast poniżej widać, jak wyglądałem
po zakończeniu kuracji.
Zabiegu, który nosi nazwę powszechnie znaną jako lewatywa nie będę komentował.
Czołganie się przez rękaw było
dosyć bolesne, bo diabły waliły ogonami gdzie popadnie, chociaż z
drugiej strony wciąż lejąca się woda przynosiła ulgę i przez
chwilę nawet naszła mnie taka myśl, żeby w tym rękawie pozostać.
Podsumowaniem wszystkiego, czyli
ostatecznym wykazaniem hartu ducha, odpowiedniego do
przekroczenia równika, było wypicie czegoś, czego recepturę znał
tylko szef kuchni. No... Może też i łaskawy Neptun, bo tuż potem
trzeba było lecieć do burty i wychylając się, natychmiast
wszystko oddać Jego Wysokości.
A to wszystko zostało udokumentowane - na wieki - na piśmie. Nawiasem mówiąc, wszystkie te dyplomy (kilkanaście sztuk) wykonałem własnoręcznie, za pomocą wystruganego na płask patyka, z wykorzystaniem gotyckiej czcionki podpatrzonej na nalepce wody kolońskiej Prastara.
Po dziś dzień jednak nie mam pojęcia, dlaczego nazwali mnie Karmazyn?