W końcu wszystko pokazuje nam
kierunek, kłaniając się się ku zachodowi - drzewa i krzewy,
ludzie, domy i krowy na pastwiskach. Potem już tylko trawy i krzewy.
Gnamy ponad miarę, ku słońcu, które już ledwo co widać. Chcemy zdążyć. I wcale nie po to, żeby uniknąć nadrabiania kilometrów.
Wymyśliliśmy sobie, żeby zdążyć złapać specyficzną chwilę.
Wymyśliliśmy w innej, tak zwanej ostatniej chwili.
Zdążyliśmy.
Osiemnasta pięćdziesiąt cztery, więc
słońce dogorywa już za murami zamku.

Prom kursuje do dziewiętnastej, jednak
- no właśnie... Przecież promu nie ma! Stoi po drugiej stronie. A
kiedy wróci, czy nie będzie za późno?
Poczekamy, zobaczymy. Przed nami też
czekają i słychać, jak przebąkują: „z chłopakami idzie się
dogadać”.
Idealna cisza i spokój zachęcają do
czekania. I mimo obaw, nie zawiedliśmy się. Złapaliśmy
specyficzną chwilę. Poczułem się jak na fotografii. Wszystko
nagle zastopowało, jak za jednym pstryknięciem. Woda w rzece nie
płynie, ptaki w oddali osiadły na mieliźnie, a wędkarz zamienił
się w brązowy pomnik wędkarza.

Nawet prom, który już wraca, wygląda
jakby zatrzymał się na środku rzeki, a nad tym wszystkim, na
nieruchomym niebie, zawisł człowiek-ptak, uratowany z obrazu
Bruegla.
Z chłopakami „szło się dogadać”.

Nadal wszystko toczy się powoli,
delikatnie, śpiewnie i płynnie – zgodnie z nurtem ledwo co
płynącej rzeki. Moje obawy co do autka, które nie całkiem się
zmieściło na tej właściwej części promu, zupełnie rozmyły się
w tej atmosferze chwili, która w końcu też zdała się być jedną
z ostatnich, bo ciut w górę rzeki dobiega końca budowa mostu. I
wtedy prom przestanie być koniecznością. Może pozostanie? Mógłby
- jako atrakcja turystyczna, jako relikt przeszłości, jako klimat
specyficznej chwili, gdzie nie trzeba będzie się spieszyć,
kontemplując czekanie i środek rzeki. Jedyne co trzeba będzie, to
„dogadać się” z chłopakami. Nie mam nic przeciwko temu.