czwartek, 28 lipca 2011

Przy ogrodowym stoliku





                       Makaron był kolorowy, a właściwie dwukolorowy i wyglądał wyśmienicie - zmieszany z grzybami, pomidorami, kawałkami cukinii, i sosem, który był tylko jej tajemnicą. Uśmiech w jej oczach też wyglądał wyśmienicie, kiedy zanurzała chochlę w porcelanowej misce, przekładając spaghetti na talerze.
          - Cukinia z mojego ogródka - powiedziała z dumą. - A makaron jest włoski. Szpinakowy i pomidorowy.
          - Tak? I to nazywa się spaghetti? - zapytał, nie przestając rozlewać czerwonego wina.
          - Tak. Takie moje spaghetti - uśmiechnęła się jeszcze szerzej, pokazując wszystkie śnieżnobiałe zęby.  -  Można jeszcze posypać serem.
          Przyjął skwapliwie  miseczkę z wypolerowanej stali i zagarnął łyżką rozdrobniony ser. Uwielbiał takie specjały.
         Przez chwilę jedli w milczeniu. W końcu zadała pytanie, którego można było się spodziewać:
          - I jak? Smakuje?
          - Tak, bardzo - odpowiedział zupełnie szczerze. - I trochę mi głupio, że jestem takim niezdarą, i nigdy Ci o tym nie mówię. Ale wiesz, że wszystko co robisz, bardzo mi smakuje.
          Dalej skupili się na jedzeniu, aż do pierwszej dokładki. Gdzieś z gałęzi gruszy doleciało skrzeczenie sroki.
          - To chyba sroka? - zapytała.
          - Tak, sroka - odpowiedział tonem znawcy. Zamyślił się na chwilę, popijając z kieliszka i zaraz pociągnął dalej - właściwie nie wyobrażam sobie, żeby ptak o takim upierzeniu wydawał inne dźwięki.
          - Czarno-białym? Mówisz o kolorach?
          - No właśnie. To coś jak pingwin.
          - Pingwiny też tak skrzeczą?
          - A wiesz, że nie wiem? Ale chyba nie śpiewają.
          Oboje się uśmiechnęli, nabierając następną dokładkę. Sroka jeszcze raz zaskrzeczała, ale zza płotu dało się też słyszeć pohukiwanie innego ptaka. „Hu, huu, hu, hu, huu, hu...”
          - To jednak dziwne, nie uważasz? Jak on, to znaczy samiec sroki, chce zachęcić samicę takim skrzeczeniem?
          - He, he - zaśmiał się. - A skąd ta pewność, że to nie jest skrzeczenie samicy?
          - Nie no... Wiesz... - też się zaśmiała. - To chyba jasne, że jak brzydko skrzeczy, to musi być samiec.
          Porcelanowa miska była już pusta i teraz delektowali się tylko winem.
          - A ten ptak, co tak dziwnie pohukuje? - zaczął. - Wiesz, co to za jeden?
          - No właśnie... Często myślałam o tym, czy to czasem nie jakaś sowa? Ale w dzień sowy przecież śpią. Może to jakiś gołąb?
          - Tak, synogarlica. Śmieszne to jej pohukiwanie, nie? Muszę się przyznać, że dopiero od niedawna wiem, co to za ptak. Dowiedziałem się przez przypadek. I właściwie wbrew swojej woli.
          - Jak to wbrew swojej woli? - Zaciekawiła się mocniej, bo jakoś jej to nie pasowało. - Ty i niechęć do poznawania? Dlaczego?
          - No wiesz... Jakoś tak mi pozostało z dzieciństwa. Legenda, którą sam sobie zbudowałem i w którą wierzyłem. Prawda by ją zburzyła, a tego nie chciałem. Było mi z tym dobrze. - Dopił wino i sięgnął po butelkę.
          - Cha, cha... Ciekawe. - Też szybko dopiła i podsunęła kieliszek. - Opowiadaj dalej.
          - Wyobrażałem sobie, że to jakiś duszek woła, nawołując do życia.
          - Hm... Duszek życia?
          - Nie no... Nie aż tak. Raczej oznaka życia. To jego wołanie, ni to śmieszne, ni to straszne, ponure jakieś takie... Jako dziecko zdarzało mi się chorować latem. I wtedy zawsze, przez otwarte okno, docierało do mnie smętne:„Hu, huu, hu, hu, huu, hu...”. Tak właśnie to odbierałem: z jednej strony jako wyraz smutku, że jestem chory, odizolowany od pełnego zabawy podwórka, a z drugiej jako znak, że za oknem trwa życie, że wszystkie dzieci czekają na mnie, że straszna nuda jest tylko chwilowa i się skończy.
          - Nuda... - chciała coś wtrącić.
          - To jest jakieś paradoksalne. Teraz też często to czuję, kiedy budzę się przy otwartym oknie i słyszę na dzień dobry pohukiwanie synogarlicy, brzmiące jak zapowiedź bardzo nudnego dnia, jak zniechęcanie do wstawania. I w ogóle do wszystkiego.
           - Tak...
           - A jednak nie. W tych dźwiękach coś się kryje. Coś, co przeważa i zmusza do aktywności. Nie mam pojęcia, co to jest. He, he... Jakaś część składowych harmonicznych, dających pozytywną barwę? W każdym razie dodaje otuchy. Jest oznaką, że wszystko się toczy, jak dotychczas. Że jeszcze nie umarłem.
          - Wtedy, kiedy byłeś dzieckiem – chyba chciała  zmienić temat - nie było telewizorka? Wspomniałeś coś o nudzie w czasie choroby?
          - E... Nie. Telewizor był, ale za ścianą, u rodziców. Dla nas była dostępna tylko dobranocka.
          - Dobranocka...! Jacek i Agatka?
          - No jasne. Też. Ale najlepszy był Pies Huckleberry. Jak to było...? – rozmarzył się, przymknął oczy i zaczął nucić - Oh my darling, oh my darling, Oh my darling, Clementine!
          Nawet udało mu się zagłuszyć pohukiwanie synogarlicy.
          - I Gąska Balbina - ona zagłuszyła jego fałszowanie i zacytowała - Cześć Balbyna, Czo robisz?
          - Też. Pamiętam. Ale to było tylko takie rysowane, od tyłu, na planszach, nieruchawe i nudnawe.
          - Tak, ale mile to wspominam. Zresztą teraz, z naszej perspektywy... Chyba wszystko już się wspomina z łezką w oku...
          - Tak... Wiesz? Tak sobie myślę... Może właśnie o tym wciąż nam śpiewa ta synogarlica...?





4 komentarze:

  1. zacytuję słowa jednego z moich czytelników - "będzie dalej?!" Dobrze by było, uwielbiam kawałki z kulinarnym wątkiem;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale mi naprzypominałeś :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ach Klarko - chciałbym być tak płodny, jak Ty:) Serdeczne dzięki, że tu do mnie zaglądasz:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawe co, Margo? Mamy wspólne jakieś wspomnienia? :)

    OdpowiedzUsuń